Staliście przez chwilę na środku placu pośród dziwnych budynków. Caelrashar, najwyraźniej nie mogąc znieść tajemniczych szeptów, rozkazał im się ujawnić - pierw we wspólnym a potem w elfickim języku.
Pierwsze zawołanie zostało jakby zignorowane - niezrozumiałe głosy ani nie ucichły, ani nie nasiliły się a już na pewno się nie ujawniły.
Jednak kiedy elf powtórzył zawołanie w ojczystym języku... Zadziałało.
Szepty momentalnie przeszły w okrzyki. Nie rozumieliście żadnego ze słów, jednak jedno ciągle się powtarzało - "Naelsh".
Krzaki po lewej stronie zaczęły się ruszać... Zobaczyliście jakiś cień w drzwiach jednej z chałup... Coś złego wisiało w powietrzu...
Nagle, jakby się zmówiły, dziwne istoty zaczęły wybiegać zarówno z zarośli, jak i z domów.
Nie mieliście czasu nawet wyciągnąć broni, czy wypowiedzieć zaklęcia kiedy byliście już otoczeni. Istot było grubo ponad dwadzieścia - nie widzieliście ich wszystkich.
Całej sytuacji towarzyszyły krzyki, a raczej okrzyki - głównie radości i jakby tryjumfu. Wszyscy grozili wam trzymanymi w rękach brońmy - włóczniami, kijami i toporkami. Tych ostatnich było najwięcej, a na żadnym nie dostrzegliście metalu - jedynie drewno i ociosany kamień.
W tamtej chwili każdy z was spostrzegł ironię tej sytuacji - uciekliście od Kurzena by nie iść ku ruinom, jednak i tak się tutaj znaleźliście.
Kiedy już myśleliście, że zostaniecie zaatakowani z tłumu dziwnych istot wyłoniła się jedna, mająca drewnianą maskę na twarzy. W ręce trzymał laskę, na której czubku umieszczona była wypolerowana ludzka czaszka.
Domyśliliście się, że stoi przed wami szaman... plemienia. Przez chwilę wpatrywał się w was, a przynajmniej tak to wyglądało ponieważ twarz zasłaniała mu maska.
- Aef shil tirrlum hani wura aladi naelsh? - zapytał wreszcie.
Nic z tego zdania nie rozumieliście.