| Najwyraźniej trzeba było się pogodzić z tym, że nie wygląda się tak groźnie jak by się chciało. Jak również i z tym, że zdrowy rozsądek nie jest tak powszechny jakby można się spodziewać.
Zbir z gębą, która co wrażliwsze osoby mogła przyprawić o torsje najwyraźniej do strachliwych nie należał i do mądrych też nie za bardzo.
Bo czyż rozsądny człowiek stanąłby z mieczem w ręku naprzeciw rapiera i lewaka ?
Dla Diego odpowiedź była oczywista. W życiu. Miecz był ciężki, mało elastyczny i trudniejszy do operowania. Nadawał się wprawdzie do okładania zakutych w zbroję rycerzy, ale do pojedynków już średnio. Estalijczyk nie mógł pojąć zamiłowania Bretończyków do miecza i wręcz nabożnej czci jaką się cieszył. Miecz to był przeżytek. Dobry sto lat temu, a nie teraz w dobie prochu i rapierów.
Wyciągnął rapier i lewak uśmiechając się drwiąco i mruknął do łotra : - Jak chcesz Senior, ale będzie bolało.
I zaatakował. Nie miał zamiaru zabijać tego durnia, ot co najwyżej okaleczyć, by nie przeszkadzał.
Związał klingę miecza przeciwnika i wyszedł na jego lewy bok chcąc go obejść, by lewakiem uderzyć go w skroń. Manewr niezwykle efektowny i skuteczny jeśli zrobi się go wystarczająco szybko, a Diego był szybki. Przeciwnik zaś wydawał się powolny.
Wydawał się ...
Gdy tylko szermierz wyszedł na bok zbir nadspodziewanie zręcznie odbił rapier i z całej siły grzmotnął wolną ręką Diego prosto w szczękę. Zaskoczony Estalijczyk poleciał do tyłu tracąc równowagę i grzmotnął w skrzynki z sałatą, które stały tuż przy murze pobliskiej kamienicy.
Zamroczony na szczęście nie wypuścił broni i nieporadnie spróbował wstać.
Szpetny łotr nie miał zamiaru dać mu się pozbierać i ruszył na niego chcąc go przygwoździć, póki miał okazję.
Nie wiadomo jakby to się skończyło dla Diego, gdyby nagle nie przyszła odsiecz w postaci dwóch psów.
Te poszczute przez jakiegoś niziołka, najwyraźniej właściciela rzuciły się do nóg zbira próbując zgodnie ze swoją naturą przegryźć mu ścięgna u łydek. To zmusiło zbója do zajęcia się nimi. Mądre psy unikały zasięgu miecza i gdy jeden atakował z przodu, drugi próbował z tyłu. Efekt był taki, że zbir kręcił się w koło i mógł co najwyżej odganiać się.
Diego potrząsając głową wstał próbując poruszyć bolącą szczęką i lekko ją rozmasować. Spojrzał złowrogo na bandziora. Był zły. Nie tyle na niego co na siebie. Zachował się jak dureń. Jak skończony kretyn, żeby tak dać się załatwić.
Wystarczyła kilka chwil z Leticią, a zupełnie się posypał. Ta dziewczyna doprowadzi go kiedyś do zguby. Diego był tego pewien, ale nie przejmował się tym. Każdy musi kiedyś umrzeć, a ujrzenie pod sobą jej pełnej ekstazy i szczęścia twarzy było warte całego życia.
Ścisnął mocniej rękojeść. Znów się dekoncentrował. Już miał zaatakować, gdy usłyszał krótki krzyk niziołka : - Uważaj ! – i metaliczny błysk po prawo.
Odwrócił się błyskawicznie. Zupełnie zapomniał o drugim zbirze z kastetem. Pięść draba dosłownie musnęła jego nos.
W krótkim czasie Diego dostał dwie przykre nauczki, jak to nie wolno lekceważyć przeciwnika.
Zabolała go zaciśnięta w złości szczęka. Już nie miał zamiaru dać się zaskoczyć. Jak na jeden dzień w zupełności wystarczy.
Nietrafiony cios wytrącił zbója z równowagi i odsłonił jego prawą stronę. Estalijczyk błyskawicznie uderzył lewakiem i przebił biceps drania na wylot. Ten zawył z bólu jednak nim krzyk przebrzmiał dostał drugi cios w bok. Wymierzony i wyrachowany. Ostrze zagłębiło się prawie do połowy i przechodząc między żebrami przebiło prawe płuco. Takie rany były niezwykle bolesne. Każdy oddech stawał się cierpieniem i praktycznie przeciwnik był wyeliminowany z walki. Jednak Diego na wszelki wypadek uderzył zbója głowicą w splot słoneczny i popatrzył jak ten upada na bruk ulicy.
Tymczasem bandyta z mieczem cofał się do ściany odpędzając się wściekle od psów.
Diego podniósł do góry rapier i rzucił się do przodu. Prima poszła na szyję, secunda na serce, a tercja znów na szyję. Przeciwnik odbił pierwszy cios. Z drugim miał już poważne problemy, bo psy wyczuwając, iż na razie miecz im nie grozi jak na zawołanie rzuciły się do jego nóg. Tercji nie zdążył sparować. Ostrze rapiera przeszło przez bok szyi przecinając tętnicę. Diego odskoczył patrząc jak zbój upuszcza miecz i rozpaczliwie chwyta się za szyję. Krwawił obficie. Jeśli ktoś mu nie pomorze zatamować krwi, w kilka pacierzy straci przytomność. Estalijczyk spojrzał na przeciwnika ponuro i ... wyciągnął z sakwy przy pasie bandaż rzucając go bez słowa bandycie.
Nie czekając na jego reakcję pobiegł w stronę uliczki, w której zdążył już zniknąć trzeci zbój ze swoją ofiarą. Po drodze wyprzedziły go dwa psy niziołka. Diego wypadł zza rogu w chwili gdy czworonogi z ujadaniem dopadały drania. Ten początkowo chciał się odpędzać, ale widząc zbliżającego się Estalijczyka rozsądnie podał tyły i rzucił się do ucieczki poganiany dodatkowo przez dwa kąsające go po łydkach psy. - Ufff ... – szepnął szermierz chowając broń i spoglądając do tyłu w oczekiwaniu na niziołka. Był mu winien podziękowania. Gdyby nie te jego czworonogi mogło być niewesoło. - Senior nawet nie wiesz ile mnie kosztowało wyrwanie Cię z łap tych los banditos. – Diego uśmiechnął się do zapłakanego starca. - Nie wiedziałem, że dobre uczynki są takie męczące. Jak się czujesz ? Lepiej uważaj na siebie Senior. Chodź, wróćmy do głównej ulicy. Tu nie jest bezpiecznie.
Wziął mężczyznę pod ramię i powoli zaczął z nim iść z powrotem.
Ostatnio edytowane przez Tom Atos : 06-03-2008 o 07:45.
|