Reputacja: 2  | W zupełnie innej przestrzeni właśnie zapadł zmrok nad Onirią, najstarszym, największym i najbrudniejszym mieście w Zonularisie. Rzadka mżawka siąpiła z nieba akcentując spowijająca ulicę mgłę znad rzeki. Szczury rozmaitych gatunków zajmowały się swoimi nocnymi sprawami. Pod osłoną wilgotnego płaszcza nocy skrytobójcy mordowali, złodzieje kradli, a dziewki uliczne prezentowały swe atuty.
Pijany kapitan straży nocnej Vincent Mins zatoczył się wolno, delikatnie zsuwając się do rynsztoku przed strażnicą i legł nieruchomo, gdy środkiem czmychnęła szczelnie otulona płaszczem postać. Z pomiędzy toczących pianę ust wydobył się gardłowy odgłos:
- Nie tylko nie on-
Strażnik wtopiwszy się w zawartość rynsztoku niczym kameleon, rozbieganymi oczyma bacznie obserwował oddalającą się sylwetkę. Gdy ta znikła w odmętach noc Vincent odetchnął z ulgą donośnie przy tym bulgocząc.
Okryta czernią postać przemykała przez ciemne uliczki, skacząc od bramy do bramy, aż dotarła do posępnego, mrocznego portalu. Od razu było widać, że żadne zwykłe wrota nie staja się tak posępne bez szczególnego wysiłku. Wyglądały jakby architekt otrzymał specjalne instrukcję. „Chcemy czegoś groźnego, w ciemnym dębię”, usłyszał. „Do tego proszę umieścić jakiegoś niemiłego gargulca nad bramą, docisnąć łuk, jakby nastąpił na niego pijany cyklop, by każdemu dać do zrozumienia, że te wrota nie odpowiadają wesoło „dzyń dzyń” kiedy przyciśnie się dzwonek.”
Postać wystukała skomplikowany kod na ciemnym drewnie. We wrotach otworzyło się małe, zakratowane okienko i wyjrzała para przekrwionych, podejrzliwych oczu. Po chwili tuż pod nimi dało się słyszeć szarpniecie. To kolejna klapka odsunęła się ukazując następną parę wnikliwych ocząt. Gdy poniżej rozwarła się kolejna klapka, postać przed drzwiami wzięła głęboki oddech. Nie minęła chwila, jak otworzyła się najniższa klapka. Cztery pary złowrogich oczu w skupieniu wpatrywał się w przybysza.
Po kilku chwilach niezręcznej ciszy drzwi w końcu stanęły otworem. Smukła sylwetka wślizgnęła się zwinnie do wnętrza karczmy. Czuła na sobie spojrzenia wszystkich znajdujących się tu istot, a było ich niemało.
Tu trzeba przyznać, że dekorator wnętrz się postarał. Można godzinami zachodzić w głowę czego wymagali zleceniodawcy, jednak przy efekcie jego prac trumna z perspekty leżącego w niej denata prezentowałaby się jak wesoły lunapark. Mrok panował niepodzielnie, jakby celowo nieoświetlone blaty stołów dawały do zrozumienia, że lepiej nie patrzeć na to, co się tu je.
Tajemniczy przybysz wypatrzył swój zarezerwowany stolik w przeciwnym kącie sali. Mdławy blask lejący się spod kaptura miejscami oświecał wnętrze tawerny, wprowadzając w oburzenie wszędobylski mrok. W niemal pełnej po brzegi izbie, nie sposób było się przedostać do wolnego stolika nie wzbudzając niepotrzebnego zamieszania. Postać bez większego namysłu wzleciał ponad stoły, wywołując przy tym, jak zwykle, odwrotny skutek niż miała w zamiarze. W szmerze szeptów i huku spadających w przestrachu z krzeseł bywalców, postać zasiadła na swoim miejscu. Nim zdążyła się na dobrze rozgościć, podszedł do niej jeden z przedstawicieli dominującego gatunku, gospodarz, zapluty człeczyna o twarzy truciciela. Spojrzenie bardziej gorzkie od dobrego tytoniu i złego ryżu wpatrywało się weń wyczekująco. Wtem dobył się glos mocarny, nieco patetyczny:
- Podaj wszystko co masz.
Nie jestem wstanie opisać miny jaka malowała się w tym momencie na twarzy gospodarza, jednak gdy do jego małych, pełnych włosów i kurzajek uszu dotarły ponownie te same słowa, jegomość w radosnych podskokach udał się na zaplecze. Gdzieś zza ściany dało się słyszeć dwa głosy brzmiące jak śmiech wesołych idiotów.
- Raz w życiu trafia się taki gość, wystawimy mu tak wysoki rachunek, że staniemy się bogaci, słyszysz stary capie B-O-G-A-C-I!
Z każdą godziną stos rozmaitych glinianych naczyń sięgał coraz wyżej. Nie bacząc na nic gość pochłaniał, co znalazło się na jego stole i nie smakowało jak glina. Po kilku godzinach postać znikł zza stosami pustych półmisków i talerzy. W izbie siedziały już jedynie osoby, które nie były w stanie o własnych noga dotrzeć do swych domostw. Głośne chrapanie, wtórowało donośnemu mlaskaniu, które skutecznie zagłuszyło wątły głosik dziewczynki.
Nie spostrzeżona przez pochłoniętego jedzeniem przybysza, mała dziewczynka zbliżyła się, zaglądając ciekawsko pod opadający na „twarz” kaptur. Po chwili podskoczyła radośnie klaszcząc przy tym.
– Pan Świetlik! Znalazłam pana! – i mała pociągnęła gwałtownie kraniec szaty, obnażając przy tym tajemnice przybysza.
– Tylko niech pan mi nie waży się uciekać. – pokiwała mu jeszcze palcem na ostrzeżenie.
Mała świetlista kulka, nie zdawał sobie sprawy z tego, że została obnażona. Acheont jakby nigdy nic brodząc w zupie z bliżej nieokreślonych komponentów, pochłaniał ją łapczywie, soczyście przy tym siorbiąc. Dopiero charakterystyczne odchrząknięcie, wydawane, by osoby ogólnie niedostrzegane stały się dla innych widoczne, wyrwało Acheonta z transu. To nie kto inny jak gospodarz, trzymający zwitek przypominający z grubsza niedokładnie zwinięty papier toaletowy, próbował ściągnąć na siebie uwagę Świetlistego. Nawet nie zbyt bystry umysł wydedukowałby po ilości nakryć na stole, że jest to nic innego jak rachunek. Gdy tylko Acheont zwrócił się w stronę gospodarza, jego twarz przybrała wyraz pięknego w swym okrucieństwie starego sępa.
Mężczyzna już miał otworzyć usta, gdy kulka znów całkowicie go ignorując zaczęła się wiercić w półmisku. Po chwili jakby nigdy nic zwrócił się do małej:
- Straszny się przeciąg tu zrobił. Nie uważasz?- wtem obok niego dobyło się ponownie jeszcze bardziej donośne chrząknięcie.
- Panie Świetliku...
Nim mała zdążyła skończyć, Acheont przerwał jej szepcząc coś pod nosem, tak jakby rozmawiał ze swoją bardziej inteligentną połową świadomości.
- Hmn Moje nadprzyrodzone, nigdy nie mylące się przeczucie podpowiadam mi, że coś jest nie tak... Wiem co to jest... Mam to na końcu języka... Już wiem...- wtem dobył z siebie znów tego mosiężnego głosu ociekającego patosem.
- Gospodarzu! O już jesteś! - wzdrygnął się zaskoczony Acheont-
Potrzebuje soli.
- Tak naturalnie so.. Czego? Nieważne zaraz kogoś po to pośle.
Lekko zakłopotaną minę zastąpił na jego twarzy niezwykle szyderczo uprzejmy uśmiech, składający się z drobnych, szpilkowatych zębów koloru smoły-. – Czy moglibyśmy wprzód uregulować rachunek z jaśnie panem? - Jakie pieniądze, toż to nie był, skromny darmowy posiłek dla legendarnego herosa? Wzleciał ponad stół zaskoczony Acheont i zaczął nerwowo się oglądać, gdy napotkał strofujący wzrok gospodarza.
- Hehe No jasne, że to nie był darmowy posiłek, dla legendarnego herosa. Hehe żarcik taki, sytuacyjny bym powiedział. Hehe... W małym rozumku Acheonta zaczął się skomplikowany proces tworzenia wymówki. Gdyby buzia Świetlistego mogła by wyrazić to z jakim trudem przychodzi mu skupienie się na jednej rzeczy, to grymas jaki by się na niej malował przypominał, by minę cyklopa, który próbuje zrobić zeza.
- Drzwi zabarykadowane, okna przesłonię okiennicami... Komin! Komina nie mogli zaślepić. Kominem zawsze mi się udawało! Co ja mówię. Oszukuje sam siebie. Kominy pod oceanem? Jestem w pułapce niczym tucznik w piekarniku! Właśnie! Wieśniacy zawsze tuczą świnię zanim ją usmażą na wolnym ogniu.- Świetlisty pomału zmierzył wzrokiem gospodarza.
- Ale wy nie możecie mnie zjeść? Prawda? - Acheont skupił wzrok na ustach gospodarza, pomału licząc „pod nosem”, rzędy jego zębów.
Po kilkukrotnym nerwowym przeliczaniu dobył z siebie pisku w tonacji falsetu.
Zauważywszy, że jego „mrocznista” szata, będąca jeszcze wczoraj wyleniały kocem leży na ziemi, w mgnieniu oka wleciał pod nią, szepcząc: - Może tutaj mnie nie znajdą. Głos ścichł, z pod koca słychać było pochlipywanie. Jak będę cicho to na pewno zaraz sobie pójdą. Ja chce do mamy...
- Panie Świetliku Proszę wstać musimy już iść. – powiedziała delikatnie mała dziewczynka, zaglądając pod koc.
- Ej mała nie przyznawaj się, że mnie znasz, bo będziesz zmywać za współudział. Po za tym masz całkowitą rację. Nie powinien się mazać jak mała siksa. –świetlista kulka wzleciawszy ponownie nad stół, otulony szczelnie kocem, nie miała zamiaru przerywać swojego wywodu. Całkowicie ignorowany gospodarz poczerwieniał na twarzy. Był jednym z tych stworzeń, które wolą nie wchodzić w słowo dziwnej latającej kulce światła. W swoim zamyśle doszedł do wniosku, że kiedyś Świetlisty musi przestać bełkotać od rzeczy. Biedactwo nie wiedział jak bardzo się myli.
- Ostatnio często popadam w taką nostalgię,- ciągnął dalej Acheont .
- Ta ciągła huśtawka nastrojów mnie wykończy. Czuję w środku taką wewnętrzną pustkę. – Mała z niedowierzanie spojrzał na stosy glinianych naczyń dokoła stołu i na nim. – Mój psycholog mówił, że mam depresje. A łakomstwo jest objawem tego, że czegoś mi brakuje, czegoś ważnego. Jak zwykle zapisał mi jakieś pigułki, ale na jednym forum czytałem, że lepszy jest gruby sznur z pętlą i drzewo. Połknąłem nie jedną linę, a pętle wiązałem zawsze z dwóch stron profilaktycznie, ale drzewa bez popijanie nie dałem rady połknąć. Myślisz że taka małą sadzonka może wystarczyć?
- Panie Świetlisty chodźmy już!- przytupnęła lekko nóżką zniecierpliwiona mała, ciągnąc go za obszycie koca.
- No dobrze- powiedział smutnym głosem, po czym chwycił zwitek papieru, zwany rachunkiem. Wysmarkawszy się w niego siarczyście, zwrócił go gospodarzowi. Skłonił się lekko w stronę gospodyni i zamykając drzwi z drugiej strony, krzyknął na porzegnanie do gospodyni
- Nie możesz tak po prostu wyjść złodzieju! Stój- karczmarz rzucił się w stronę drzwi, które zamknęły mu się tu przed nosem. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, we wrotach otworzyło się małe zakratowane okienko, przez które wlała się do pomieszczenia jasna łuna.
- Pomógłbym zmywać, ale żona rodzi. Moje maluszki pchają się jednocześnie na świat. Cała dwudziestka. Musze pomóc je łapać, żeby żadne nie upadło na główkę, bo będzie jak tatuś, w wieku 300 lat ciągle się chować pod kocem jak ktoś zgasi światło.
- Wracaj tu! Bo jak nie !
- Mała chodu, on tu idzie! Czekaj, czekaj, a tak właściwie skąd ja cię znam? Mamy swoim dzieciom często powtarzają żeby nie szli nigdzie z obcymi. –Acheont zatrzymał się w pewnej odległości nad ziemia i zmierzył małą wzrokiem.
- Wiesz co, daruj, że ci to mówię, ale wolę żebyś uciekała w innym kierunki niż ja czerwony kapturku. No chyba, że masz koszyczek z konfiturami dla babci... Hmn To jak będzie?
__________________ Nie wierzę w cuda, ja na nie liczę... Dreamfall by Markus & g_o_l_d
Ostatnio edytowane przez g_o_l_d : 06-04-2008 o 20:21.
|