| | Danstan
- Zatem chcesz wiedzieć? – akcent, jaki stryj położył na tym zdaniu zabrzmiał złowróżbnie. Na tyle, że obecne kobiety opuściły salon. Ciotka natychmiast zabierając ze sobą Lizę. Matka z pewnym wahaniem, spoglądając w Twoją stronę i posyłając Ci nieśmiały uśmiech. Stosunki w rodzinie nie zmieniły się.
- Na temat twoich zachcianek jeszcze porozmawiamy. – powiedział Henry gdy w salonie zostali już sami mężczyźni. - Teraz faktycznie zajmiesz się tą sprawą. Machata przywiozła niejaka Catherine Chauprad. Jak wróci woźnica dowiemy się gdzie mieszka. – sięgnął po stojącą na inkrustowanym w szachownicę stoliku szklanicę z winem.
- Twierdziła, że rozpoznała jednego z napastników, że to człowiek na służbie u Jana de Veille, książęcego szampierza. Może i tak. Ale to nie musi być żadna grubsza sprawa. Bogowie dali Machatowi zbyt ładną gębę, a on nieumiejętnie z niej korzystał. Mogło pójść o jakąś dziwkę. Ale w takim wypadku, imię tej dziwki też chcę znać. Każdy zamieszany w tę sprawę ma tego gorzko pożałować. Rozumiesz? Machat był moim synem.
Henry mówił o Machacie w czasie przeszłym. W swoim życiu widziałeś większą liczbę rannych i pobitych niż byś chciał. I faktycznie, trzeźwo rozumując, nie dałbyś przyszywanemu kuzynowi szans. Ale brak jakiejkolwiek nadziei w słowach stryja przyprawiał Cię o głuchą wściekłość. Bez zaproszenia nalałeś sobie do drugiej szklanicy. Stryj obrzucił Cię ponurym spojrzeniem.
- Kombinował na boku – dodał po chwili – na niewielką skalę więc puszczałem mu to płazem. Sprzedawał między innym Oktawianowi Maurissaut, bogatemu dzieciakowi, co za wcześnie odziedziczył rodową fortunę. Związanemu z de Veille’m. Może to jednak nie przypadek.
- Machata napadnięto i wczoraj. W karczmie twego ojca. W miedzy czasie, wyobraź sobie, był na dziwkach. W „Tańczącej Driadzie”. Tam jest drogo. – wyraźnie zastanawiał się nad Twoimi możliwościami finansowymi – Ale chyba odłożyłeś coś z żołdu.
- No i nie można wykluczyć że to Gildia Złodziei. Stosunki między nami układają się różnie. A jak już wspominałem Machat potrafił podpaść. O to wywiedz się w „Małej Rosette”.
O Janie de Veille sam trochę wiedziałeś. Kiedy wyjeżdżałeś z Brionne 8 lat temu, jeszcze nie był książęcym szampierzem. Był już natomiast gwardzistą i ozdobą dworu. Świetne nazwisko, ród, koligacje, najlepsza partia w mieście. Co ciekawe nadal. Nie śpieszyło mu się do ożenku. Już jako bardzo młody człowiek miał opinię bezwzględnie dążącego do celu. Zastanawiałeś się przez chwilę, czy stryj naprawdę mógłby porwać się na tego człowieka. Jeśli tak to jego możliwości w ciągu ostatnich 8 lat znacząco wzrosły.
Spędziłeś w domu Henre’go jeszcze chwilę. Wyciskałeś matkę. Przywitałeś się z ojcem i resztą rodziny.
Liza o fiołkowych oczach nie chciała Cię puścić. Powiedziałeś jej gdzie się zatrzymasz i obiecałeś szybko wrócić.
Najpierw udałeś się do „Małej Rosette”. Wykluczyć najmniej prawdopodobną opcję. Nie wierzyłeś by Machat narobił sobie w gildii wrogów. Diego
W takim tempie sam spalisz się w ogniu swego południowego temperamentu. Brak snu, szalona ucieczka, stracie z ludźmi Leticii, pojedynek, spotkanie z ukochaną, nowa bójka. I w jakim czasie to wszystko? Minęło chociaż 6 godzin, odkąd wyskoczyłeś z okna Myszy Polnej?
Ale póki co wszystko Ci wychodziło. Na bójkę na środku, no prawie, Małego Rynku nie zareagowała gwardia miejska. Dwóch bandytów pokonałeś. Z niewielka pomocą słodkich piesków. Dwóch uciekło. W glorii i chwale przemówiłeś do uratowanego mężczyzny.
Patrzył na ciebie półprzytomnie. Przestał już płakać. Miał podkrążone oczy jakby nie spał od wielu dni, i faktycznie opasany był paskiem z widocznym wybrzuszeniem z zapasem monet. Cud, że dopiero teraz go napadnięto.
- Pomóżcie mi łaskawy Panie – padł przed Tobą na kolana, jakby nieświadom faktu, że przecież właśnie mu pomogłeś.
- Córeczkę mi zatracili. Znikąd zmiłowania. Nic mi nie chcą pomóc. A to dobra dziewczyna, pieniądze do domu przysyłała, dla synka tu przyjechała, co by mu niczego nie brakowało. Zręczna i robotna dziewczyna z niej.
- Mówią Panie że w świat poszła, a ja wiem że coś się stało. Pewnie któryś z tych paniczyków ją skrzywdził.
Drżącymi dłońmi zaczął wysupływać monety. Również złote. Oczywiście rozsypał je na ziemi. Ecu, korony, luidory i mnóstwo srebrników, musiało tego być z 50 koron. Duże pieniądze jak na kogoś takiego.
- Odkładaliśmy dla wnuka – na klęczkach zbierał monety. Zaraz się zrobi zbiegowisko chętnych do „pomocy”
- Ale on matki potrzebuje szlachetny Panie, nie pieniędzy. Za ładna ta moja Weronika. Jako pokojówka pracowała. U książęcego szampierza. A mnie tam wpuścić nie chcą.
- Uwieść się nie dała Panie nikczemnikowi. W ciemnicy pewnie ją trzyma. Ratujcie moje dziecko jedyne.
A wokół Was rósł tłumek gapiów. Diego i Pappo
Pappo cierpliwie czekał aż Diego załatwi sprawę z wieśniakiem. Krewki szermierz wydał mu się interesującą osobą z wielu względów. Udzielił pomocy starszemu mężczyźnie, zlitował się nad złoczyńcą i psy go polubiły. A któż lepiej niż one zna się na ludziach.
Dokonaliście prezentacji.
- Monsieur Barosso – przemówił niziołek – wyświadczył by mi Pan drobną przysługę?
I tak Diego zgodził się towarzyszyć halflingowi w jego wyprawie do serca podłej dzielnicy – karczmy „Mała Rosette” Peter
Wkurzali Cię ale co nie co im wyjaśniłeś. Białowłosa dotąd siedząca cicho na wzmiankę o Kornie i klechach zaczęła dygotać na ławce jakby jej się zimno zrobiło i dopiero gdy wyszczerzyła wszystkie zęby, zrozumiałeś że się śmieje. No właśnie ... wszystkie zęby. Białe jak jej włosy. Upiornie dziwna baba. Nagle przyszło Ci do głowy, że to młoda dziewczyna przebrana za staruchę. Aż się wzdrygnąłeś, od tych obrzydliwych myśli.
Obdartus był spokojniutki. Nawet ciągnięty w górę za mięsiste ucho. Wyjaśnił Ci, jeszcze raz, spokojnie, że Flott tu był i pytał o Ciebie, a on sam, posługując się logiką i dedukcją, wyciągając wnioski i analizując fakty, pozwolił sobie na konkluzję, że skoro był i pytał, to znaczy że szuka.
Ale nie dałeś się wywieść w pole. Jak to był, skoro nikt nie wie że tu jesteś. W końcu jednostronnie rozciągany obdartus przyznał Ci się, że spotkał zatroskanego Flotta na Alei Głównej, Flott go odprowadził i wyjawił, że chce z Tobą pogadać.
I że przecież wiesz kim jest, bo u niego mieszkasz. Czyli że jest gospodarzem i ma Oskar na imię, a jego pani Beatrycze.
A Leah nadal śmiała się razem z białowłosą.
- Peter, pobiłeś dla mnie kapłana? – była zachwycona. W końcu nie wytrzymała i zerwała się z tej cholernej ławki. Poczułeś satysfakcję, jakbyś właśnie wygrał w kości. Dlatego nie oponowałeś gdy rzuciła Ci się na szyję. Całkiem fajnie wyglądała w sukience i pachniała dużo lepiej niż Ty. Widziałeś jak pokazała język Marianne.
Oskar masował lewe ucho, przeciwne niż to za które ciągnąłeś. Aż oba stały się symetrycznie zaczerwienione.
No i ruszyłeś. Najpierw do Rosette. Porozmawiać z niziołkiem co łazi po mieście i się o Ciebie wypytuje.
Odrobinkę niepokoiła Cię myśl, że to może Gildia upomina się o swoją dziesięcinę, ale Ty przecież nic ostatnio nie zarobiłeś, a nikomu o drogocennej perle nie mówiłeś. Mała Rosette
Stała na końcu ślepej uliczki. Przechylona na bok, jakby piętro miało odpaść od parteru i osunąć się w kanał ściekowy, który przepływał obok. Ale trwała w tym nachyleniu co najmniej całe życie Petera, może osiągnęło ono swój stan krytyczny, a może jakieś czary, albo zespolona wola bywalców podtrzymywały te kamienne ściany, bo w przeciwieństwie do całej prawie dzielnicy Rosette nie była z drewna. Niewykluczone, że miała i piwnice, ale jeśli tak był to sekret pilnie strzeżony i sądząc po bagnistym otoczeniu, mokry i smrodliwy.
Na parterze mieściła się sala karczemna, olbrzymia z kilkoma wykuszami, słabo izolowanymi, bo dużymi. I kuchnia, zwana tak z powodu jednego paleniska, z którego rzadko można było dostać coś więcej niż kaszę ze skwarkami. Pomieszczenie za to z powodzeniem robiło za składzik, przede wszystkim pustych beczek i warzelnię piwa, choć trunek przygotowywano tam od święta, bo zarządcy, co za szumna nazwa, Rosette zmieniali się dość często i różnie dbali o knajpiany interes.
Na piętro, zamieszkiwane przez Louisa, jego efemeryczne narzeczone i aktualnego zarządcę wchodziło się z kuchni.
Bo barman się nie zmieniał, niezbyt wysoki, za to zbyt szeroki, co nie znaczy wcale gruby - Skurczybyk Louis, obecnie na etapie zarośniętym , choć często golił się na łyso, słynny z siły i z tego, że go baba pokonała na rękę. Od czasu porażki w bardzo złym humorze, pewnie zakochany. W każdym bądź razie lista tematów, które przy barowej ladzie należało omijać rozrastała się imponująco. Peter, Danstan, Diego i Pappo
Weszliście do Rosette w tym samym momencie. Chwila przepychanek w drzwiach i znaleźliście się w środku. Gwar ucichł. Patrzono na Petera, który wprowadził tu obcych. Tak to przynajmniej wyglądało. Na Diego, Pappo i Danstana, jakby zrobili właśnie cos bardzo głupiego.
Postąpiliście dwa kroki do przodu. Zamykające się za Wami drzwi jęknęły głucho. Zauważyliście go bez trudu, jedyny poza Pappo halfling siedział w wykuszu. Dokładnie naprzeciwko drzwi. Sam.
Znowu krok w tamtym kierunku.
- Ocipiałeś śmieciu?! – w ciszy rozległ się huk, gdy Louis trzasnął ruchomą częścią kontuaru – co to za zawszone kundle?!
Nagle zrobił się niewiarygodny hałas. Ludzie zaczęli coś krzyczeć, wstawać od stołów. Jakby cała Rosette czekała na hasło do rozróby.
Flott ruszył w kierunku kuchni. Podobnie jak kilka kobiet.
Ale pierwszy cios nie spadł wcale na Was, choć opryskały was krople złocistego trunku z dzbana rozbitego na głowie gościa, który miękko opadał na podłogę. Facet z uchem dzbana w prawej ręce, w drugą chwycił kufel swej chichoczącej towarzyszki, by go z kolei rozbić na głowie Diego.
Rosły oprych, ochroniarz wycofującego się pasera, trącił Petera
- Kogo tu kurwa sprowadzasz? Pan Muchołapka się zdenerwował.
Pappo obrawszy azymut na kuchnię, z godną podziwu zręcznością ominął pierwszego ochroniarza, pijaną babę, dwóch wyrosłych jak spod ziemi gości, by skapitulować przed następnym, którego ominąć się już nie dało. I nagle ze zewsząd otaczali rudego niziołka skorzy do bójki ludzie.
- Wszyscy są wkurwieni przez te morderstwa – ładnie ubrany elf oparty o ścianę powiedział to smutno i cicho, ale i tak go wszyscy usłyszeliście.
Danstan odtrącony przez wir wydarzeń prawie pod bar znalazł się w promieniu rażenia jedynego barowego stołka ciśniętego przez pijaną grubą niewiastę, właśnie zakasującą rękawy buroszarej bluzki. Ciężko zgadnąć po co, bo w zaciśnięciu pięści w niczym one nie przeszkadzały.
Ale najstraszniejszą broń chwycił w ręce drugi z ochroniarzy szacownego Muchołapki, osłaniający odwrót pracodawcy. Z wiadra, które wyciągnął nie wiadomo skąd śmierdziało szczynami.
Skurczybyk Louis, który nagle znalazł się przy wejściu, z szalonym błyskiem w oku opuszczał na drzwi metalową sztabę.
Jakiś wariat w kącie sali grał na grzebieniu. Tłum pijanych twarzy wokół Was się zacieśniał. Musieliście się bronić.
Ostatnio edytowane przez Hellian : 06-05-2008 o 09:31.
Powód: u na a :)
|