| Po skompromitowaniu się i kolejnym rażącym błędzie skontaktował się z Vincentem.
- Hej Vinc, tu Chris. Zabijesz mnie jak Ci to powiem, ale mam do Ciebie prośbę. Dasz radę zrobić coś dla mnie przyjacielu?
-Nie dziś, przybądź jutro wieczorem, ok?- odparł swym typowo grobowym głosem Vincent. Ambers westchnął
- To sprawa nie cierpiąca zwłoki, ale dobrze, jeśli naprawdę nie mogę – rzekł z lekkim żalem – to wpadnę jutro.
Samochód śmignął, mijając dużą ciężarówkę sunącą ulicami Nowego Jorku. Ambers włączył muzykę i oparł obie ręce, odziane w skórzane czarne rękawiczki – na kierownicy. Kierował się prosto do szkoły, uważając zarazem, by nie łamać zbyt wielu przepisów na oczach zbyt wielu kolegów po fachu.
Gdy dotarł do szkoły, sprawdził godzinę i zamknął samochód. Sprężystym krokiem pomaszerował do wnętrza budynku, starając się porzucić myśli o pracy i przestawić na „życie rodzinne”. Nie było łatwo. Gdy miał już wejść na miejsce spotkania, przypomniało mu się, że ma przy sobie broń. Tak się przyzwyczaił do całego tego sprzętu, że niemal o nim zapomniał. Zaklął w duchu i ruszył szybkim krokiem do samochodu, gdzie złożył cały swój „arsenał”.
Ponownie go zamknął i wszedł do Sali, gdzie odbywało się zebranie. Zapukał, przywitał się serdecznie i wszedł spokojnie, zerkając na ludzi wokół. Jego wygląd musiał budzić zdziwienie – mundur policjanta, czarne okulary, rękawiczki – nie wyglądał jak typowy rodzic. Podszedł do żony i ucałował ją na przywitanie.
- Witaj kochanie, mam nadzieję, że się nie spóźniłem? – zerknął badawczo na żonę i spoczął na miejscu obok niej.
Ostatnio edytowane przez Umbriel : 06-08-2008 o 13:07.
|