Forteczka - zmierzch
Niebo szybko ciemniało, zaś suchy wiatr toczący czasem kolczasty krzak szybko przyganiał kolejne chmury. Zachodzące słońce szybko chowało sie za góry podświetlając krwawym blaskiem nieboskłon. Być może pięknie by taki zachód wyglądał na Sycylii, czy w Italii, ale tu przejmował tylko dreszczem. Część wojowników widziało w nim złą wróżbę, dla wyprawy i tej nocy. Ci żegnali się ukradkiem, czy mamrotali pod nosem modlitwy, z tym większą jednak pilnością przepatrując okolicę, bądz wypełniając rozkazy.
Hektor pilnie rozglądał się po okolicy snując jednak dalej swą opowieść jedną z tych w jakie obfitowało jego życie. I zdaje się że nie był nawet specjalnie zainteresowany czy ktoś naprawdę go słucha. Posuwali się wąskim, suchym żlebem aż do miejsca gdzie liczne głazy zwalone z góry lawiną zatarasowały go zupełnie. Przedzieranie się przez tą barykadę przy szybko zapadającym zmroku nie wróżyło powodzenia.
Edward jechał w milczeniu obserwując okolicę. Nie widział jednak żadnych śladów bytności jakichkolwiek ludzi. Widząc wąski jar wysłał tam jednego z turkopoli. Ten wrócił szybko rozkładając bezradnie ręce.
-
Nie ma wody panie. Kiedyś była, ale teraz - pokręcił głową.
Rycerz zachmurzył się. Te wieści w tak suchej okolicy to były złe wiadomości.
Reinfrid pilnie baczył by jego ludzie przygotowali się do noclegu. Lubiący sobie dobrze zjeść i podpić w domu, czy obozie, zmieniał się jednak na wyprawie. Tu nie był Hrabią Graviny, a Normanem, prawdziwym wojownikiem jednym z tych co świecili łunami pożarów w oczy bizantyjczykom i Italczykom.
Rothais zmarszczyła swój nieco zadarty nosek, po czym prychnęła ze złością. Ojciec jak zwykle nic nie rozumiał. Gdyby chciała by jej strażnikiem był milczący
Hama przecież by o niego POPROSIŁA.
Jej czoło przecięła pionowa zmarszczka, tak charakterystyczna dla Ramercourtów. No tak jej ojciec nie może im rozkazywać, bo to nie jego rycerze, ale jaki rycerz jej odmówi gdy go poprosi o opiekę. Albo jeszcze lepiej, jeśli taki rycerz sam się zgłosi do ojca by zostać jej strażnikiem ?
Jej twarzyczka rozjaśniła się. TO przecież jest dla niej proste, jeden czy dwa nieśmiałe uśmiechy, westchnienie, nadmienienie, że wszystkim im grozi przecież niebezpieczeństwo. Wydęła wargi. Nie byłaby sobą, gdyby jej się to nie udało, a ojcu też pokaże, jeszcze nie wiedziała dokładnie co, ale pokaże...
Falke starał się wypełniać najlepiej jak umiał swe obowiązki dziesiętnika. Wiedział, że wszyscy pomieszczą się wewnątrz budowli, ale co zrobić z wierzchowcami ? No i miała nadzieję, że skądś zdobędą wodę.
Ragnar przemknął obok
Torwaldo wyjąc jak potępieniec i wymachując na oślep rękami jakby goniła go horda potępionych pomknął ku zbawczej klapie w dachu.
Giermek przypomniał sobie z pełną jasnością, że przecież jego obowiązkiem jest chronić Hrabiego i że akurat na pewno w tej chwili je zaniedbał. Obydwaj dopadli klapy jednocześnie i w bezładnym kłębowisku rąk i nóg stoczyli sie na dół, przy czym
Torwaldo akurat znalazł się na górze malowniczej piramidki jaka stworzyli z
Ragnarem.
- Demony - nieco niewyraznie wycharczał
Norman wzdrygując się i obmacując kark.
-
Uhhhmmm - potwierdził niezbyt pewnie
giermek. W końcu nie czuł ani smrodu siarki, czy innego paskudnego zapachu jaki zawsze diabłom, czy demonom towarzyszy.
-
Uhhhmmm - potwierdził jeszcze raz i obejrzał się. Obok niego ział czarną, smolistą ciemnością otwór w podłodze prowadzący gdzieś w dół. Wyraznie ciągnęło stamtąd chłodem i
Torwaldo aż poczuł ciarki ciągnące wzdłuż kręgosłupa.