Kiedy noże zawiodły, Ashin sięgnął po inną broń mogącą pomóc mu w porządkach. Z wewnętrznej kieszeni płaszcza skrytobójca wyjął cztery dziesięcioramienne gwiazdki. Ale po chwili zastanowienia, rozmyślił się postanawiając zostawić ostatnią broń rzucaną jaką miał na potem. Assasin zamiast sam zabijać zbójów zamierzał zostawić brudną robotę osłaniającym go ochroniarzom. Jego zadaniem było tylko ułatwienie wykonania roboty ludziom karczmarza. Właśnie do tego potrzebny mu był bolas. Połączone sznurkami i odpowiednio wyważone trzy metalowe kule były ulubioną bronią unieruchamiającą skrytobójcy. Zawsze nosił ją przywiązaną do pasa i właśnie teraz kiedy była mu potrzebna sięgnął po nią. Żeby użyć bolasa potrzebna była przestrzeń więc Ashin oddalił się trochę od stołu za którym się ukrywał, ochroniarze widząc co assasin planuje zrobić dali mu więcej miejsca i skrytobójca mógł zaczął kręcić. Początkowo nisko nad głową żeby zbóje nie zorientowali się co zgotuje im mężczyzna. Kiedy bolas kręcił się dostatecznie szybko, Ashin migiem wstał i rzucił broń w kierunku zaskoczonego zbira (tego do którego rzucał nożami).
[Rzut w Kostnicy: 77] [Rzut w Kostnicy: 73]
Bolas szybko poszybował ku korpusowi Zbója. Ten próbował uniknąć trafienia jakimś dziwnym skrętem ciała, ale żadne wygibasy nie uchroniły go przed trzema metalowymi kulami. Bolas okręcił się wokół brzucha wroga, jednocześnie unieruchamiając jego ręce. Cel, który przed chwilą biegł w stronę Ashina, stracił równowagę i jego tyłek opadł na podłogę.
Lilawander tymczasem stał spokojnie obserwując dziwne w jego mniemaniu zachowanie bandytów. „To nic dam im jeszcze jedną… szansę, ciekawe czy będą się uganiać za iluzjami?". Powtórzył zaklęcie tym razem przykładając mniej mocy, za to więcej staranności. Najpierw splótł magię, jak nakazywał obyczaj a dopiero później rzucił czar. - Karyap el olrecgh – wyinkantował cichuteńko.
[Rzut w Kostnicy: 51]
[Rzut w Kostnicy: 17]
Oczywiście wyszło mu. Iluzja ruszyła spokojnie w stronę asassina i schodów. Po ostatnich utrapieniach z zadziałaniem magii na krasnala elf zaczynał mieć wątpliwości co do własnych umiejętności… Nie ma to jednak jak poprawne użycie magii. Miał czas na to by przejść w południowo wschodni róg karczmy, za szynkwasem, za barmanem który od wewnątrz bronił pozycji elfa a i którego zapewne najbardziej ochroniarze będą pilnować. Kucając spoglądał ukradkiem na rozwój sytuacji.
Kiedy Rob zorientował się, że czarodziej, którego iluzja siedziała na krześle naprawdę stał tuż koło niego nawet nie zdążył zareagować, a elf - iluzja podreptał w kierunku schodów.
- Nigdy nie zrozumiem tych spiczastouchych istot. Bitka w najlepsze, a on sobie idzie do pokoju. Co za tchórz może i w jego dupsko poleci trochę kul? - Myślał Rob sięgając po sakiewkę z prochem. Chciał jak najszybciej przeładować swoją rusznicę by stalowy smok zagrzmiał ponownie, tym razem patrosząc łotrów którzy ośmielili się napadać na jego gości i demolować jego przybytek.
Zbój skrępowany bolasem jak na razie nie mógł podjąć żadnych działań oprócz próby uwolnienia się z krępujących mięśnie więzów. Spróbował wykorzystać swoją krzepę by przerwać linę.
[Rzut w Kostnicy: 47]
Mężczyzna z całej siły naprężał bicepsy, szamotał się niczym dzika świnia próbując przerwać solidne więzy unieruchamiającej broni. Oczy wychodziły mu już z orbit, żyły i tętnice pulsowały jak szalone, ale wszystkie te wysiłki spełzły na niczym. Bolas nadal ciasno oplatał jego ręce, a przy tym talie.
Zniewolony zbój mimo iż jego umiejętności zawiodły go, to nadal mógł liczyć na pomocne cięcie swoich kamratów. Jeden z nich zamiast dalej szarżować na ochroniarzy, zatrzymał się widząc iż jego kompan potrzebuje pomocy. Dobiegł do leżącego kolegi. Do przecięcia więzów musiał użyć swojego miecza gdyż nic nie miał innego pod ręką. Powoli przepiłował linę krępującą zbója, tracąc na to dużo czasu.
Jeden z ochroniarzy Roba, który zabezpieczał prawą flankę skrytobójcy, widząc iż jeden z przeciwników jest unieszkodliwiony zerwał się szybko z uniesionym toporem. Biegł co sił w nogach nie bacząc co robią inni. Szanse na udany atak zaprzepaścił jeden z kamratów, który przeciął węzły bolasu. Jednak ochroniarz biegł na tyle szybko by zadać cios przeciwnikowi, wtedy kiedy on się podnosił.
[Rzut w Kostnicy: -19] [Rzut w Kostnicy: 7] [Rzut w Kostnicy: 10]
Energicznym ruchem ochroniarz zamachnął się toporem na głowę swojej ofiary. Zbój, który był zaskoczony atakiem, a może po prostu brak mu było już sił na jakiekolwiek działania nie uniknął uderzenia. Obuch topora z szybkością błyskawicy odciął kawałek skóry zbira, przejeżdżając mu po czole jak po maśle, ledwo nie dosięgając oka. Z rany trysnęła czarna krew spływając po oczach przerażonego mężczyzny. Zbój zaczął wrzeszczeć wniebogłosy wymachując mieczem na prawo i lewo, na przemian przeklinając wszystkich wokoło i modląc się do Morra by ten nie zabierał go jeszcze do swojego królestwa.
Drugi z kompanów zranionego zbira ani myślał żeby pomagać kumplowi. Nie bacząc co dzieje się z resztą jego grupy minął drewniany stolik z mieczem uniesionym nad głową. Zamierzał zaatakować ochroniarza, który osłaniał lewe ramie skrytobójcy. Mężczyzna, który miał być celem ataku również poderwał się, zamierzając zderzyć się ze zbirem.
[Rzut w Kostnicy: 56] [Rzut w Kostnicy: 5] [Rzut w Kostnicy: 85]
Ochroniarz próbując przechytrzyć zbira najpierw udał że zamierza uderzyć w lewe udo, ale tak naprawdę w ostatniej chwili planował zmienić cel i zatopić obuch swego topora w brzuchu mężczyzny. Ten jednak nie dał nabrać się na mizerną sztuczkę i zaryzykował szybkie pchnięcie mieczem w prawą pierś ochroniarza. Jednak ostrze zamiast centralnie wbić się w tors ofiary, ledwie drasnęło pancerz, pozostawiając lekką szramę z której powoli wypływała krew. Mimo to ochroniarz łapiąc się za pierś, jękną cicho i przyklęknął na podłodze, opierając się o jedno z krzeseł.
Obydwa krasnoludy doznały jakichś obrażeń w walce, ale żaden nie zmierzał oddać pola drugiemu. Na moment przyklękli prawie jednocześnie by po chwili znów rzucić się na siebie. Szybszy był
Snorii, ignorując ból zaatakował Gromitora.
[Rzut w Kostnicy: 35] [Rzut w Kostnicy: 8] [Rzut w Kostnicy: 8] [Rzut w Kostnicy: 71] [Rzut w Kostnicy: 3] [Rzut w Kostnicy: 3] [Rzut w Kostnicy: 17] [Rzut w Kostnicy: 4] [Rzut w Kostnicy: 5]
Dwa młoty zwarły się w walce kiedy krasnoludy zasypywali się na wzajem serią ciosów. Zwarci przeciwnicy raz po raz obijali się o bar przewracając wszystkie szklanice i naczynia, które na nim stały.
Snorii podbił młot Gromitora do góry umożliwiając sobie zadanie ciosu. Jego młot poszybował ku żebrom krasnoluda. Trzon uderzył w klatkę piersiową oponenta fundując mu co najmniej niezły siniak. Zdenerwowany małą efektywnością ataku
Snorii, chcąc poprawić uderzenia zamachnął się na prawą rękę Gromitora. Ten jednak szybko ją cofnął, tak że uderzenie tylko wybiło rękę do góry. Równocześnie wrogi krasnolud uderzył swoim młotem na odlew w lewą rękę
Snoriiego. Cios był równie silny co poprzedni rzut młotem w prawą rękę i ledwo co a połamałby paluchy krasnoluda ( -10 do ww bronią dwuręczną ). Zachęcony sukcesem Gromitor rzucił się na
Snoriiego. Pierwszy cios ledwo musnął prawą rękę nic nie wnosząc do pojedynku, ale krasnolud obrócił się rozpędzając młot do ponownego ataku. Młot ledwo tyknął skórzany kaftan
Snoriiego nie czyniąc poważnych szkód.
Nigdy mnie nie pokonasz! Musiałbyś mieć łaskę bogów! A oni plują na takich jak ty! Na Zabójców! Na Wyrzutków! Na tych którzy odwrócili się od khazadów! Nie pokonasz mnie żałosny krasnoludku! Albrecht leżał na ziemi trzymając się za głowę i nie mogąc się ruszyć. Wszystko docierało do niego jakby z oddali, ale spotęgowane jego własnymi uczuciami. Huk rusznic brzmiał jakby wystrzał stu armat krasnoludzkich. Kiedy czytał księgi i wielkich bitwach, chciał się tam znajdować, uczestniczyć w nich i zwyciężać. Teraz jednak wpadł w sam środek miejskiej burdy i to już paraliżowało wszystkie jego zmysły, wiec jak mógł marzyć o wielkich bitwach. Klecha łkał, cicho się modląc. Powoli, centymetr za centymetrem, poruszał się na kolanach w kierunku wyjścia na piętro. To było teraz jedyne bezpieczne miejsce w tym barze. Nie widział nic innego tylko schody.
" Dlaczego one są tak daleko? Dlaczego tak powoli się zbliżają? Dlaczego wpadłem na ten głupi pomysł?" Nagle
Albrecht usłyszał krzyk
"
Snorii? Nie... chociaż może jednak... ale jeżeli tak to to był okrzyk zwycięstwa...desperacji... wściekłości... bólu? "
Albrecht był już na wyciągnięcie od schodów, ale nogi odmówiły mu posłuszeństwa. Teraz jedyne czego chciał to obudzić się w swoim starym łózku, z masą listów do napisania i kiepskimi zarobkami. Jednak to co się działo w około to nie był sen. Człowiek, "klecha" jak go nazwali, złapany w sam środek wielkomiejskiej burdy, nie mogący zrobić nic. W desperacji
Albrecht oparł się o coś plecami, nie wiedział co, czy jakiś wywrócony stół czy ściane, wyjął mały puginał z buta i kurczowo go trzymał. Oczy miał zaczerwienione od łez i cicho powtarzał pod nosem bezsensowne zdania:
" O Sigmarze ochroń... nie zbliżajcie się do mnie... swojego skromnego... zabije was zabije... który żył zawsze według twoich... każdego zabije, nie zbliżajcie sie... proszę obroń mnie przed złem"