| Peter Nie żeby coś miał przeciw bieganiu, ale to już była druga ucieczka tego samego dnia! Tym razem było o tyle gorzej, że goniący mieli kusze. Dwa świszczące pociski otarły się o niego, zostawiając krwawe smugi. Ale nie to było najgorsze. Podarły mu bowiem ubranie! Ciężko było znaleźć na ulicy dobrą koszulinę i spodnie, a ci je po prostu podziurawili! Odkąd starał się dbać o swój wizerunek, to nie chodził w podartym ubraniu, teraz zaś będzie musiał znaleźć kogoś, kto to zaceruje. Co za świat! Na szczęście nie umieli ładować tych diabelskich machin podczas biegu, co z miejsca ich skreślało. Zresztą, na chuj go gonili? Kilku strażników w tej dzielnicy... w zasadzie to im trochę współczuł.
Przebiegł przez barak, odwracając się tylko kilka razy. Za nim gonił ten koleś z szabelką. Coś najwyraźniej wystawało mu z obojczyka. Bełt? Zapewne. Peter zwolnił, po czym spojrzał na tamtego, gdy już ciężko sapiąc, biegł tuż obok. -Trzymaj się mnie to nie zginiesz. Zaraz pozbędziemy się tych skurwieli i znajdziemy kogoś, kto ci to wyrwie. Masz miedziaki?
Nie czekając na odpowiedź, przyspieszył znowu, skręcając nagle w boczną, ciasną uliczkę. Kilkoma zaułkami wydostał się na większy, zatłoczony placyk handlowy. Wpadł pomiędzy ludzi, ale nie zamierzał tego od tak zostawiać. Sama ucieczka chyba nie sprawiałaby mu aż tyle przyjemności. Zatrzymał się więc i uśmiechnął do goniących go. A potem znów ruszył, w prawo, ku dużej kamienicy, stojącej niemal u wylotu ulicy. Słychać było stamtąd stukot ciężkich młotów uderzających o kowadła. Otworzył drzwi i wepchnął człowieka z bełtem do środka, wchodząc za nim. Poklepał pierwszego pracującego niedaleko wyjścia czeladnika, po czym podszedł do kowala, którego mięśnie były chyba ze dwa razy większe od nienależącego do ułomków Petera. -Peter? Co ty tu robisz? Dziś nic nie kupuję.
-E, ja nie o to. Goście będą.
-Co? Jacy kurwa goście? Znów żeś się na...
Drzwi kamienicy w tym samym czasie otworzyły się z hukiem a do środka wpadło kilku strażników. Nie zatrzymując się podbiegli bardziej w stronę środka kuźni. -Stójcie! Jesteście aresztowani!
Ich sierżant był wyraźnie głupszy niż jego podwładni, gdyż stał twardo, wyciągając łapy z kajdanami. Jego ludzie rozglądali się zaś na boki, po solidnych, trzymających młoty i miechy mężczyznach. Peter zaś wyszczerzył się podle i odezwał tak by wszyscy go słyszeli. -Ci jaśnie strażnicy przed chwilą zabili kilku naszych w Rosette. Bez powodu.
W końcu chyba i sierżant załapał, bo zaczął cofać się powoli. Peter nie czekał, widząc coraz bardziej bladego towarzysza. -Chodź, pójdziem do starej Helgi, ona coś zaradzi. To tylko kilka domów dalej.
Pociągnął go w stronę tylniego wyjścia. |