Blondyn o stalowych oczach uśmiechnął się do uwięzionego w ciele młodej kobiety Edwarda. W jego twarzy nie było jednak ani odrobiny dobroci, czy jakiejkolwiek cieplejszej emocji. Nieznajomy przywodził na myśl drapieżnika, który właśnie wypatrzył ofiarę. Ręka Eutanatosa powędrowała w kierunku kieszonki marynarki, gdzie zwykł trzymać swój niecodzienny zegarek. Zamiast miłej w dotyku, tweedowej tkaniny, jego palce trafiły na chłodny atłas i sztywne fiszbiny gorsetu. Edward skonstatował z przerażeniem, że oto znalazł się sam na sam, bezbronny, z bezwzględnym mordercą.
-
Proszę, moja droga, to dla ciebie- mężczyzna wyciągnął zza pleców długą, białą różę.
-
Dziękuję – wyszeptał Eutanatos, słodkim dziewczęcym głosikiem.
Musiał zyskać trochę czasu. Mózg mężczyzny pracował na najwyższych obrotach. Bezsprzecznie musiał wykorzystać element zaskoczenia, jaki dawała mu wiedza o zamiarach gościa, jakiej nie posiadała biedna Violet.
-
Jeśli nie wstawisz jej do wody, moja droga, róża uschnie – dłoń w białej rękawiczce, pogładziła policzek dziewczyny.
-
Ależ oczywiście, już... już… - skóra policzka paliła Edwarda żywym ogniem, cenny czas przeciekał mu przez palce, jak woda wlana do pękniętego naczynia.
Cofnął się o krok do tyłu, cały czas obserwując zachowanie stojącego w progu blondyna. Z całej postaci mężczyzny emanował niezmącony spokój i całkowity brak emocji. Edward miał wrażenie, że stoi przed nim nie żywy człowiek a marmurowy posąg albo granitowy golem. Eutanatos rozejrzał się po pokoju. Na mahoniowym sekretarzyku, obok wazoniku z czerwonej laki, leżała otwarta koperta. Tuż obok lśniący, srebrny nóż do papieru odbijał wpadające do pokoju słoneczne promienie, tworząc na suficie lustrzane zajączki. Ostatnia deska ratunku. Niby niespiesznie, Edward odwrócił się i ruszył w kierunku biureczka. Ręce miał wilgotne od potu.
Mniej więcej w połowie drogi na plecy Victreda spadł pierwszy cios. Ból był nie do zniesienia. Mężczyzna uwięziony w ciele Hermetyczki walczył o oddech. Miał wrażenie, że się dusi podczas gdy drobne dłonie rwały koronkowy kołnierzyk. Nagły atak kaszlu rzucił go na kolana. Cała podłoga wokół i jego ręce były zbroczone krwią. W akcie desperacji Eustanatos, ostatkiem sił sięgnął w kierunku biurka. Kolejny cios spadł na jego plecy, odbierając mu władzę, nad i tak nie jego ciałem. Drobno zapisane, białe kartki posypały się na podłogę. Między granatowymi, równymi rzędami liter wykwitły czerwone, krwawe kwiaty.

Kolejne ciosy spadały na plecy martwej Violet. Jednak Edward nadal czuł przejmujący, rwący na kawałki jego duszę i ciało, ból. Nadal widział oczami dziewczyny i słyszał jej uszami, pomimo, że śmierć już dawno odebrała jej zmysły. Obserwował, zwijając się w paroksyzmach bólu, w środku tej dziwnej, pustej, okaleczonej skorupy, jak blondyn powoli się rozbiera. Nagi, nienaturalnie blady i posągowo piękny zaniósł swą ofiarę do sypialni. Ułożył ją na łóżku i również rozebrał. Śnieżnobiała muślinowa pościel chciwie piła słodką krew. Po chwili wrócił do pokoju niosąc skórzaną torbę. Zamek nesesera otworzył się z cichym trzaskiem. Mężczyzna z pietyzmem zaczął wyjmować i układać w rządku narzędzia chirurgiczne. Skalpele różnej wielkości, piłę, nieduży przyrząd przypominający korkociąg służący do trepanacji czaszki, kleszcze kostne tak zwane obgryzacze i kilka noży. Wziął głęboki oddech. Jego ciało pokryte drobinkami potu drżało lekko. Przystąpił do dzieła. Z każdym wykrawanym kawałkiem Eutanatos cierpiał coraz bardziej. Krzyczał, wrzeszczał, rzucał się i wył z bólu. Wszystko jednak tłumił nieprzenikniony woal śmierci. Oprawca wręcz przeciwnie, z każdym wyrwanym kęsem przeżywał większą rozkosz, jego ciało falowało w ekstazie. W końcu sięgnął po cienką piłę o ostrych jak brzytwa ząbkach. Złożył pocałunek na zastygłych w przerażeniu wargach Hermetyczki i zatopił w jej delikatnej, łabędziej szyi metalowy brzeszczot. Cierpienie odebrało Edwardowi rozum, był jedną wielką rana, strzępem mięsa szarpanym przez wściekłe, wygłodniałe kundle. Ostatnie co zobaczył, przez mętną szybę i otaczającą go zewsząd formalinę, to wchodzącą do pokoju Lukrecję, której towarzyszył wielki, rudy Szkot i… on, Edward Victred we własnej osobie.
***
Do uszu zebranych na półpiętrze ludzi dobiegł dziki, wręcz zwierzęcy krzyk. Policjanci rzucili się do mieszkania w którym niedawno dokonano makabrycznego odkrycia. Drzwi były otwarte zaś na podłodze w salonie leżał mężczyzna. Wyglądał jak wielki, martwy kruk. Jego rozkrzyżowane ręce i rozrzucone na boki poły płaszcza przywodziły na myśl skrzydła. Funkcjonariusze pobledli… nigdy jeszcze, żaden z nich nie widział tak potwornego i przerażającego grymasu w jakim zastygła twarz leżącego na podłodze przed nimi trupa.
***
-
Mam nadzieję, że matka Sir Connorsa szybko wydobrzeje – westchnęła Lukrecja szczelniej okrywając się płaszczykiem.
Brendan, przytaknął tylko. Był zbyt pochłonięty analizowaniem nowej teorii, jaką właśnie ukuł, by przejmować się nawrotem migreny Lady Connors. Mówiąc szczerze był nawet zadowolony, kiedy przybył posłaniec z pilną wiadomością dla Eteryty. Ten enigmatyczny, zasuszony gentelman nie przypadł Szkotowi do gustu. Teraz mógł być sam z Lukrecją. Troszczyć się i czule nią opiekować nie bacząc na to co ludzie powiedzą. Mc Alpin skarcił się w duchu za takie myśli.
-
Jak się czujesz moja droga? Zaraz dojeżdżamy. Każę Annie podać herbatę jaśminową i Twoje ulubione ciasteczka z czekoladą i wiórkami migdałowymi. – Twarz olbrzyma promieniała czułością i troską.
-
Dziękuję drogi Brendanie, jeszcze nie jest ze mną tak źle. Tylko czuję… czuję coś dziwnego.. jakby stało się znowu coś złego… To pewnie przez tą pogodę. Ciepła herbata dobrze zrobi nam obojgu a potem zajmiemy się tą, jak ty to nazywasz… hipnozą i regresją.
Klub dla Gentelmanów dr McAlpina miał swoją siedzibę w pięknej, strzelistej kamienicy w parkowej dzielnicy Londynu. Mgła już dawno opadła, więc młoda dama i jej towarzysz mogli cieszyć oczy jesiennymi barwami Hyde Parku. Kiedy weszli do środka przywitało ich przyjemne ciepło i żywiczny zapach, charakterystyczne dla wyłożonych drewnem pomieszczeń.
Wielki kryształowy żyrandol rozświetlał ciemny hol. W koło unosił się aromat tytoniu, tabaki i dobrej whiskey. Nagle do ich uszu dobiegła cichutka muzyka. Jak urzeczeni podążyli w kierunku jej źródła.
***
Lady Rebeka Aitken, mięła w dłoniach haftowaną w pasowe róże chusteczkę. Jej, już niemłodą ale wciąż piękną, twarz spowijał czarny woal, znak żałoby.
-
Rodzice nie powinni chować swoich dzieci, to wbrew naturze…- wyszeptała sama do siebie pobladłymi wargami.
Lady Aitken wprawdzie pochowała czterech mężów, więc życie nauczyło ją jak radzić sobie ze śmierci bliskich osób, ale to było ponad jej siły. Wiadomość o śmierci dziecka, ukochanej córki spadła na nią jak grom z jasnego nieba. Kobieta cisnęła w kat chusteczkę i z pasją zaczęła przeszukiwać, niewielką czarną sakiewkę. Drżącymi dłońmi wyciągnęła pomięty arkusik, kremowego papieru listowego.
„Moja droga Rebeco
Z przykrością proszę Cię o niezwłoczny przyjazd do Londynu. Miała miejsce niewyobrażalna tragedia… „
Ślady łez rozmazały kilka kolejnych linijek tekstu, jednak jakby na złość, nadal wyraźnie, u dołu listu, tkwiła wiadomość.
„ Twoja córka Violet nie żyje. Przyjeżdżaj jak najprędzej.
Twoja Lukrecja”
***
Mimo jesiennego chłodu i strachu jaki zapanował na ulicach Londynu Annie Chapman wyszła jak co noc w poszukiwaniu klientów. Zaczęło padać, młoda kobieta klnąc na czym świat stoi, ruszyła biegiem w kierunku jarzących się ciepłym światłem okien tawerny „Pod rozbrykanym konikiem”, kiedy nagle drogę zagrodził jej czarny powóz. Zza aksamitnej zasłony przyglądały jej się dwie pary oczu. Pierwsza zimna o barwie skutego lodem, górskiego jeziora, druga nieludzka, żółta skrząca się w ciemności.
-
Ona, ona będzie dobra – odezwał się zmysłowy, cichy kobiecy głos.
***
Raymond Scott wracał po kolejnej ciężkiej nocy w fabryce. Człapał powoli, zmęczony ciemnymi uliczkami East Endu. Powoli świtało, z rynsztoka śmierdziało niemiłosiernie a brudne ścieki, wezbrane po wczorajszym deszczu, płynęły środkiem ulicy. Taylor wytężył wzrok. Pod murem starej kamienicy coś leżało…
Podszedł bliżej…upadł na kolana i zwrócił resztki swojego, strawionego obiadu. To na co teraz patrzył, musiało kiedyś być człowiekiem, świadczyły o tym rozkraczone zbroczone krwią nogi obute w dziurawe trzewiki. Cała reszta kobiety, wnioskując po stroju Scott musiał mieć do czynienia z kobietą, była jedna krwawą masa mięsa i porozwlekanych organów wewnętrznych. Wpatrzony w makabryczne znalezisko Raymond, nie dostrzegł wyłaniającego się z porannej mgły małego migotliwego światełka. To dwóch policjantów czyniło poranny obchód po dzielnicy biedoty.
-
John…co…Stój…Stój zwyrodnialcu- uzbrojeni w drewniane pałki funkcjonariusze dopadli do klęczącego przy zwłokach mężczyzny.
Zaskoczony i zmęczony Rey nie miał najmniejszych szans. Ostatnie co zobaczył zanim spowiła go ciemność to wykrzywiona, okaleczona i okrwawiona kobieca twarz.