| Torin spojrzał na rękawy koszuli, zadumany nad słowami przyjaciela. Koszula owszem bardzo ładna, lecz czy powodem jest do dumy. Widział lepsze, piękniejsze. Nie było jednak czasu zastanawiać się czemu drwal uznał, że Torinowi na niej zależy.
O wiele głębiej dotarły do niego wzmianki o możliwej śmierci. Tej, w koszuli czy bez, nie chciał spotkać na swej drodze. -Po stokroć masz racje Gustvie. Działajmy zatem sprytnie, lecz z rozwagą. By samemu zwyciężając, innym nie wejść w szkodę.
Odszedł kilka kroków wpatrując w światło bijące od karczmy. Siedzieli tam, może drwili z nich teraz. Czuł to, a w sercu gorycz wzbierała. -Lecz cóż czynić możemy.?-jęknął-Są silniejsi, czy pieczęć ich zaciekawi, czy nie, złapią nas i torturować będą, a na koniec zabiją wcześniej niż zdoła to uczynić choroba. Gdybyśmy mieli jeszcze z jeden atut, ale to my jesteśmy chorzy i to my potrzebujemy od nich...-urwał utkwiwszy wzrok na przemian w zaplamionej szmacie i Zieleńszej. Twarz mu poweselała-A jeśliby szanse wyrównać.-na jego ustach pojawił się chytry uśmieszek -Siedzą w karczmie, ucztują, piją, wzbogaćmy im więc strawę i my, choćby o kraśnicę. Nie znam się na ziołach, lecz wiele roślin w smaku dobrych potrafi człeka do grobu wprowadzić. Zieleńszo, czy prawdę mówię?-zwrócił się do zielarki z nadzieją- Nie powinienem pytać, lecz czy znasz zioła o takim działaniu? Nie chciałbym ich truć. O nie, nie zrozumcie mnie źle, my nie jesteśmy zbójami. Osłabić ich jeno pragnę. Lekarstwo za lekarstwo, ot dodatkowe wyjście z sytuacji. Nikomu nie stanie się krzywda, daję moje słowo. Moja w tym głowa, by dostali go jeno ci, którzy zasługują. |