| - Ale ta wiedźma mnie prowokuje! - rozłożył ręce i wykrzyczał w spokojną twarz Juilana. Karcące spojrzenie brata w wierze nie traciło na intensywności.
-... cała jej osoba jest jawną obrazą dla Pana, popatrz, Julianie... - pewność i gniew w jego głosie znikał, gaszony przez miłosierdzie. Zbity z tropu Faustin zerknął na Julie. Złośliwy uśmieszek błąkał się po jej bezbożnej twarzy.
Ludzie dookoła z zażenowaniem obserwowali wrzeszczącego i wymachującego rękami chłopaka, przytrzymywanego przez kolegę, w próbie zapobieżenia bójki z dwa razy większą dziewczyną, niewinnie i niewzruszenie stojącą tuż poza zasięgiem dłoni furiata.
Mamrocząc modlitwy wepchnął się do przedziału za Julianem, z zadziwiającą łatwością wrzucił plecak na szafkę nad siedzeniem, usiadł i wlepił oczy za okno. Po chwili, jakby targnięty napadem padaczki, odwrócił się ze wściekłością, szukając wzrokiem Verbeny, warknął coś i ponownie wbił nos w szybę. Miał ochotę wybić jej ten uśmiech raz na zawsze... gdyby tylko nie była "współpracownicą" i gdyby nie pesząca obecność prawdziwie dobrej osoby, jaką był Hoffman, zająłby się ją... odpowiednio, jak Faleg przykazał. NARAZIE Faustin spróbuje ją ignorować, nawet jeśli to trudniejsze niż ignorowanie całej reszty tej bezbożnej drużyny razem wziętej. Nie ma prawa narażać prawdziwie Wiernych na konieczność oglądania ciężkich metod, jakie są konieczne, by zajmować się innowiercami w tych czasach.
Jazda pociągiem go uspokajała. Leniwe krajobrazy przesuwające się za oknami niezmiennie oddalały jego mysli od problemów świata.
Jeśli dobrze pójdzie, to na miejscu jego głowa będzie znów zimna... ale jeśli wiedźma spróbuje cokolwiek innego...
__________________ "To bez znaczenia, czy wygrasz, czy przegrasz, tak długo jak będzie to WYGLĄDAŁO naprawde fajnie"- Kpt. Scundrel. OotS |