Tyk, tyk, tyk...
Przeklete tykanie, przeklety sztorm, przekleta noc...
Straciwszy nadzieje na chociazby odrobine zbawiennego snu zdecydowanym ruchem odrzucam koldre wstajac z lozka.
Ktory to juz raz?
Ktora to juz noc?
W sypialni panuje przejmujacy chlod. Z przyjemnoscia wiec wsowam stopy w mieciutkie pantofle o smiesznych krowich pyszczkach.
Glupia zachcianka, ktorej nie moglam sie oprzec. Narzucajac szlafrok mimowolnie wyobrazam sobie reakcja Johna. Oczami duszy widze jego rozweselona twarz gdy po raz pierwszy prezentuje mu swoj zakup. Slysze jego glos gdy z udawana powaga zastanawia sie czy aby nie trzeba teraz dokupic miniatorowej stajni i kilku beli siana.
Schodzac po schodach potrzasam glowa odganiajac od siebie niepotrzebne mysli. To przeciez nie ma sensu. On odszedl.
Odruchowo ruszylam w kierunku kuchni. Duze pomieszczenie niemal w calosci zdominowane bylo przez stary kaflowy piec i drewniany stol, ktory pamietal chyba jeszcze jej dziadkow.
Fala cieplych wspomnien jak zwykle zalala moj umysl z chwila przekroczenia jej progu. To wlasnie tu matka przygotowywala swe popisowe dania, a ojciec wracajac z wedkowania grzal dlonie nad piecem podkradajac przy okazji co smaczniejsze kaski. Aura szczescia i milosci zawsze miala zbawienne dzialanie.
Nucac cicho slowa starej szanty napelnilam czajnik.
Filizanka goracej i aromatycznej Earl Grey na skolatane nerwy. Lek niemal idalny.... Niemal, gdyz z chwila kiedy moja dlon znalazla sie nad wlacznikiem ponownie uslyszalam znajome skrzypienie. Niewiele myslac ruszylam biegiem w strone tarasu ktorego oszklone drzwi wychodzily wlasnie na ogrod i sciezke. Nerwowym ruchem odciagnelam zaslony.
Nic.
Ogrod targany wiatrem. Najzwyczajniejszy pusty ogrod.
- Tracisz zmysly Lauro McGregor...
Glos, ktory wydobyl sie z moich ust brzmial obco w czterech scianach salonu. Zrezygnowana, czujac nadchodzaca migrene ruszylam w strone kuchni. Jutro z samego rana zadzwonie do doktora Jonathana i umowie sie na wizyte. Tym razem nie odmowie gdy zaproponuje mi srodki nasenne i leki, ktore wedlug niego beda w stanie pomoc. Tak nie moge zyc.. Poprostu dluzej tak nie moge...
Woda w czajniku cicho bulgotala ogrzewana znajdujaca sie w jego wnetrzu grzalka. Gotowala sie, a przeciez bylam niemal pewna, ze jej nie wlaczylam. Jak zachipnotyzowana podeszlam do urzadzenia, ktore w tym samym momencie wydalo z siebie ciche "pstryk". Para zawirowala tworzac na przykrywce delikatny osad ujawniajacy slad palca ukladajacy sie w napis.
Zdawac by sie moglo iz ta sama para zasnula rowniez moj umysl. To nie mogla byc rzeczywistosc. To sen.. To poprostu sen...
- Sen...
Ale to nie mogl byc sen. Wszystko bylo zbyt wyrazne, zbyt.. prawdziwe. Swiatlo kuchennej lampy, szum wiatru za oknem i czajnik pelen dopiero co zagotowanej wody.
Napis znikl rownie szybko jak sie pojawil.
- Nie..
Trzesaca sie dlonia pstryknelam wlacznik. Bulgotanie powrocilo.
- Szybciej... Szybciej...
Pstryk!
Para ponownie zawirowala odslaniajac litery:
R U E
Czym bylo RUE? Kim? Co robilo na przykrywce mojego czajnika? Jakim cudem sie tam znalalo?
- Trace rozum.. Poprostu trace rozum...
Na przemian smiejac sie i placzac opadlam na chlodna podloge.