| Gedan przez całą podróż karetką bardzo mało się odzywał. Przeważnie wcale, lub jak ktoś go o coś zapytał, to coś odmruknął. Był bardzo osłabiony przez brak wody i skwar, przez który mózg przemienił się mu w galaretę. Skronie już niemal nie istniały, stopiły się z bólu, ale nie chciał wyjść na mięczaka, tak więc nie poprosił Krissa o żaden lek przeciwbólowy, i tak pewnie go nie miał.
Gdy wyszedł z samochodu, większość kompanii już poszła do baru. On jednak jeszcze chwilę stał, poprawiając płaszcz, miał w nim prawie cały swój dobytek, więc nie zamierzał go zdejmować. Wszedł za resztą do knajpy, czując jak słońce rozpala jego gardło do czerwoności.
Gdy wszedł do knajpy, zatrzymał się jak wryty, jakby coś go uderzyło w łeb w i wbiło w podłogę. Patrzył na tych wszystkich ludzi, każdy miał spluwę, nie jedni mieli też mordy zawodowych ćpunów, inni tylko szukali okazji by kogoś zabić. Nagle poczuł się tak, jakby trwał w jakimś okropnym śnie, Ci wszyscy ludzie byli tak niepodobni. To wojna ich tak pozmieniała, a ściślej - Oni sami. Chciał się obudzić... I w tym momencie do jego głowy napłynęła cudowna myśl o Starym Świecie, parkach, nieuzbrojonych ludziach, sklepach i tym podobnych.
Ech...
Przysiadł się do stolika, zajął miejsce tuż obok Killiana, lecz nie odzywał się nadal, jedynie kiwnął głową w podziękowaniu dla Dziadka za trunek, który zaczął powoli sączyć. Patrzył tępym wzrokiem na gościa z irokezem, na flirtującego Krissa, barmana czy też gości z wielkimi spluwami na wierzchu.
Ech...
__________________ Strach to tylko 6 liter! |