Lecz miast Zosi wyjaśniać o co się rozchodzi,
Przytulił ją, pogłaskał, sądził, że złagodzi,
Wpierw w Zosi przerażenie, bo struchlała cała,
Nawet nie wiedzieć kiedy łzami się zalała.
- Już dobrze me kochanie – mówił do niej czule
I spojrzał wilkiem znowu na biedną ciotule.
- Widzisz, jakby powiedzieć ... ja i Telimena ...
Jesteśmy wampirami. Takaż za to cena,
Że w trumnie śpię dzień cały, a gdy noc się zjawia
Na żer ruszam, bo tako sprawa się przedstawia.
Że nie wino, nie jadło, podstawą mej diety,
Lecz, jakby to powiedzieć ... o rety, o rety ...
Widzisz, czasem nawiedza mnie ów szalony zew,
A ulgę niesie jeno ludzka cieplutka krew.
Sama więc widzisz Zosiu, ból mój niepojęty,
Lecz moja być nie możesz, bo jam jest przeklęty!
Kocham cię, a w sercu mym jest głęboka rana,
Że nasza wspólna miłość jest li zakazana.
Przez chwilę się przeraził, że zdradził zbyt wiele,
A ona rzecze: Ślubu nie będzie w kościele?
I znów strugi obfite po policzku płyną,
Szloch i rozpacz targają stroskaną dziewczyną.
- A bialutka sukienka? Goście i przyjęcie?
Na to znów zaszlochała w całym tym lamencie.
- A masz może przypadkiem znajomka grabarza?
Co by nam na wesele użyczył cmentarza? -
Zakpiła i zaczyna znów płaczliwe trele:
- Tyś to zrobił po to by zepsuć mi wesele!