Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 07-22-2008, 21:16   #484
Milly
Administrator
 
Milly's Avatar
 
Reputacja: 10 Milly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 335 993
Mergott / gdzieś na drodze w stronę Gór Szarych (popołudnie)

Zażarta wymiana zdań i dyskusje trwały jeszcze długo w noc. Nikt nie udał się na odpoczynek, póki nie ustalono co robić dalej. Sytuacja wydawała się patowa. Jedno wyjście wydawało się gorsze od drugiego. Decyzja co robić dalej była obciążona nie lada niebezpieczeństwem. Zostać w mieście, gdzie grozi im oskarżenie o morderstwo i podpalenia, a być może także konfrontacja z kimś, kto, zdaje się, podąża ich śladem? Jeśli to zrobią, może jakimś szalonym trafem uda im się podszyć pod Aine Maier i dostać na wyspę. Pozostawało nadal pytanie – co potem? Ich informacje były zbyt skąpe, aby pewnie dążyć do swego, a nie mieli już czasu na szukanie kontaktów i pomocy. Byli zdani tylko na siebie. Woleli jednak nawet nie wyobrażać sobie konsekwencji oskarżenia o podwójne podpalenie, kilka morderstw, próbę dostania się do Mera i jeszcze pewnie kilka przypisanych im, niekoniecznie słusznie, przestępstw.
Pozostanie w mieście mogłoby także przysporzyć okazji do spotkania z osobami, które spaliły sklep starego gnoma. Czy to tylko przypadek, osobliwy zbieg okoliczności? A może rzeczywiście ktoś depcze im po piętach? Jeśli tak było, należało czym prędzej wydobyć z więzienia Joachima i mapę! Skoro „konkurencja” odwiedziła gnoma, pewnie uzyskali od niego te same informacje, a zatem pewnie wiedzieli już gdzie przede wszystkim szukać dalszych wskazówek.


Z kolei wyprawa po gryfa mogła się okazać równie, jeśli nie bardziej, śmiertelna. Ze słów Wyszemira wynikało, że nawet próba dostania się na drugą stronę Gór zakrawała o szaleństwo. Nie licząc już samego zdobycia pisklęcia gryfa. Czy komukolwiek się to kiedyś udało? Skoro krążą o nich tylko legendy i nikt nie widział ich na własne oczy, to z pewnością nikomu też nie udało się tego zwierzęcia posiąść. Jednakże mieli wśród siebie kogoś, kto choć trochę znał te Góry i miał jakiekolwiek pojęcie o tym, co może ich tam spotkać. Na dodatek zło, które czaiło się gdzieś tam po drodze, nie do końca uświadomione, było dla niektórych czymś mniej groźnym od tego, które realnie może ich spotkać w mieście. Być może dlatego łatwiej było podjąć tę decyzję i zdać się na to, co los przyniesie.


Wreszcie zdecydowali się głosować. Wynik był dość zaskakujący. Nawet kapłan Hektor, do tej pory zwolennik szybkiego i zdecydowanego działania w mieście, dał się przekonać do wyruszenia w kierunku Gór Szarych. Jedynie białowłosa Serafin i stary Wyszemir twardo obstawiali przy swojej propozycji. Venefica zabrała głos jako ostatnia, niejako pieczętując wybór dokonany przez grupę. Wciąż jednak jej myśli krążyły wokół Nassaira, który tego ranka wyruszył do kogoś, kto być może miał pomóc im dostać się na wyspę. Co go spotkało? Dlaczego nie pojawił się do tej pory w karczmie? Być może ta osoba, z którą miał się spotkać, zdradziła go, albo wpadł w inne kłopoty. Niedobrze byłoby go w takim wypadku zostawiać na pastwę losu. Półelfka nie miała jednak pojęcia dokąd poszedł ani kim jest ta osoba. Nie mogli sobie pozwolić na dalsze tracenie czasu, poszukiwania i wypytywania. Być może jednak Nassair nadal zajmuje się tą sprawą, może załatwienie wszystkiego wymaga czasu i wysiłku. Nie wie o kłopotach, które spotkały resztę grupy, nie wie o tym co się dzieje. Tylko dlaczego nie daje znaku życia?


Po głowie Ven krążyły coraz bardziej koszmarne myśli. Ze „starej grupy” nie pozostał już nikt. A czy mogła tak samo ufać nowej części drużyny? Wyszemira i Johanna zdążyła już nieco poznać, co do reszty natomiast, musiała zdać się na tych, którzy przydzielili ich jej do pomocy. I co to właściwie za pomysł, żeby zrobić ją „przywódcą” grupy? Nie czuła się zupełnie na siłach podejmować jakiekolwiek decyzje, szczególnie tak ważne. A teraz, kiedy jej ostatni przyjaciel zniknął, czuła się zupełnie zagubiona.


- A zatem ruszajmy w stronę Gór, po gryfa. - zawyrokowała wreszcie.


Dokończyli jeszcze ustalać wszystkie szczegóły wyprawy i porozchodzili się do swoich pokoi. Kto wie kiedy kolejnym razem przyjdzie im spać w wygodnych łóżkach? Nocy nie zostało już wiele, ale każdy spożytkował ją na własny sposób, przygotowując się do podróży.


Rankiem uregulowali dług u karczmarza, który okazał się być naprawdę porządnym człowiekiem i przygotował dla nich bardzo obfite zapasy na tydzień podróży. Obiecali mu, że gdy tylko wrócą, na pewno pojawią się u niego i opowiedzą o swoich przygodach. Venefica jeszcze bardzo gorąco poprosiła, żeby Yurga przekazał Nassairowi dokąd wyruszyli, jeśli tylko ich przyjaciel się tu pojawi, jednakże aby nikomu innemu tego nie wyjawiał. Nie wiedzieli wtedy jeszcze, że kilka godzin później Yurgę odwiedzi jeden z kapitanów straży miejskiej wraz ze swym osobistym oddziałem. Będzie wypytywał o jego gości, będzie zadawał niewygodne pytania i drążył temat do samego dna. Karczmarz nie przywykł do zdradzania swoich przyjaciół, Johanna zaś darzył szczerą sympatią, a i jego kompanię polubił, gdyż zawsze chciał zostać awanturnikiem i przeżywać takie same przygody, jak oni teraz. Donosy miały jednak niezwykłą siłę, a gdy straż zacznie przepytywać gości i innych świadków, szybko wyjdzie na jaw w jakiej komitywie był Yurga z podejrzanymi typami. Miał więc chłop nie lada zmartwienie jak wyjść z tej sytuacji cało i tak, by nie ucierpieli przy tym i inni. Nie zagłębiajmy się jednak w szczegóły wydarzenia, którego nasi bohaterowie nie mogli być świadkami i wróćmy do ich dalszych losów:


Następnie pojedynczo, nie rzucając się w oczy, cała drużyna opuściła karczmę „Pod lunetą”. Tak jak ustalili poprzedniej nocy, rozdzielili się i poszli w miasto. Każdy miał uzupełnić brakujące części ekwipunku i wszystko to, czego potrzebowali aby wyruszyć w góry. Wyszemir jeszcze odwiedził siedzibę Aine Maier. Na szczęście nie musiał stać w sporej kolejce petentów, bo gdy tylko pokazał świecący bursztyn, przepuszczono go do dalszych pomieszczeń. Tam z kolei miła pani odebrała przepustkę od zielarza i powiadomiła go, że pan Maier nie może w tej chwili go przyjąć, ale Wyszemir powinien zostawić wiadomość jej, a ona przekaże swojemu pracodawcy.


Następnie pojedynczo, w różnych odstępach czasu i w różnych częściach miasta nasi bohaterowie mieli przejść przez bramy i udać się do miejsca „zbiórki”. Wszystkie te środki ostrożności po to, aby nikt nie zwrócił na nich uwagi, nie powiązał ich z wypadkami ubiegłego dnia i nie rozpoznał w nich podpalaczy. Być może przesadzali, ale wreszcie doszli do wniosku, że lepiej dmuchać na zimne. I jak się okazało – słusznie.


Wczesnym popołudniem ostatnia osoba dołączyła do drużyny, czekającej około piętnastu minut marszu na wschód od Merrgot. Droga do Gór Szarych nie była zbyt często uczęszczana, może za wyjątkiem przemytników i ukrywających się bandytów. W tamtej okolicy nie było z kim handlować, a tereny te były na tyle nieprzyjazne, że żadne karawany nie odczuwały potrzeby umilania sobie drogi pięknym widokiem czy górskim powietrzem. Drużyna mogła więc pozostać względnie niezauważona.


Do wieczora pozostało jeszcze kilka godzin, nie czekając więc ani chwili dłużej, Serafin, Krdik, Wyszemir, Johann, Hektor i Venefica ruszyli przed siebie. Dzień był chłodny i wietrzny, a choć słońce próbowało ogrzać twarze podróżników, pierzaste chmury co chwilę przysłaniały jego tarczę. Po kilkudziesięciu minutach monotonnego marszu, coś jednak poruszyło członków drużyny. Poczuli się... obserwowani? Nieprzyjemny dreszcz na plecach, jak gdyby ktoś wbijał w nie wzrok – jednak gdy któreś z nich odwracało głowę, dostrzec mogli jedynie poruszenie zarośli (spowodowany zapewne wiatrem) lub jakiś rozmyty kształt, który początkowo wydawał się jedynie złudzeniem. Jednak im więcej takich sytuacji, im więcej osób zdołało to dostrzec, nie mieli już wątpliwości. Ktoś ich śledził.


Pozostawało tylko jedno pytanie – czy ten ktoś robił to tak nieudolnie, czy też raczej chciał ich przestraszyć...?
 
__________________
Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.
T. Pratchett Czarodzicielstwo
Milly jest offline