| Scena, która rozgrywała się w katedrze, doskonale nadawałaby się na patriotyczne obrazy. Czy znalazła się na takich, tego Wierny już nigdy się nie dowiedział. Czy to istotne? Czy to ważne?
W tej chwili na pewno nie.
Oni nadciągali, szli w jego kierunku... A on miał przy sobie ikonę. Jak na Woli, oni chowali się za cywilami, za biednymi ludźmi, za ludźmi, którzy już umarli, którzy umarli gdy pierwszy raz spojrzeli prosto w lufę okupanta, kiedy po raz pierwszy matki traciły swoich synów, siostry swoich braci - wszystko w nierównej walce. A jednak tak potrzebnej...
Przycisnął obraz do piersi. To nie mógł być przypadek, przecież tak dobrze pamiętał to dzieło... Było dokładnie takie samo! Nawet ten mały odprysk farby, Tadeusz świetnie go pamiętał, pamiętał złość ojca, gdy sam uszkodził obraz. I on tu był... Czego to miał być symbol? Co On chciał mu przekazać? Dom... Dom... Czyżby czas powrócić do domu? Do wiecznego domu...? - Odejdźcie! To my, wasi bracia, wasza armia! - krzyknął, a głos jego przepełniała mieszanina desperacji i rozpaczy. Nie widział niczego innego, nie widział walki, łez i krwi reszty swojego oddziału. Katedra rozmywała się przed jego oczami, przenosił się na Wolę. Ci ludzie, przecież to te same twarze... - Rozejść się! To rozkaz! Zróbcie to dla własnego bezpieczeństwa, ludzie! - krzyczał - Nie strzelać, jeszcze nie...- szepnął za siebie, do żołnierzy.
Tyle, że ich nie było. Wizja zniknęła, znów stał w katedrze, czując ikonę, rzecz, której musi bronić za wszelką cenę. Ale nie za cenę krwi niewinnych... - Pomocy... Pomóżcie! - krzyknął, powoli cofając się.
Nie wystrzelił. Nie mógł.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |