| Wczesna pobudka, kiepska pogoda, a nade wszystko brak śniadania według pojęcia hobbita sprawiły, że jechał on przybity i milczący, pomału żując twardego suchara. Co to też takie ponure miejsce potrafi zrobić z porządnego nawet hobbita. Tak przynajmniej można było porozmawiać z kimś takim jak pan Leonard, a teraz co? Znowu jedziemy jak kondukt żałobny. Że też nie mogliśmy się w jakąś lepszą pogodę wybrać.
Kiedy któregoś z kolei dnia podróży nagle wszyscy się zatrzymali, młody Brandybuck podjechał szybko do przodu, licząc, że wreszcie wydarzyło się coś ciekawego. Ale niestety, mimo że miał rację i natrafili na coś niezwykłego, widok wcale go nie ucieszył. Telio cofnął się z obrzydzeniem, podczas gdy inni radzili co zrobić. Namierzyli? To ktoś tu jest? - zdziwił się, dopiero teraz dostrzegając małą smużkę dymu nad horyzontem. - Znowu zostawiają nas z tyłu, ale chyba mości Haerthe ma rację, tym razem możemy nie mieć tyle szczęścia.
Wystraszony, że może paść ofiarą zbójców Teliamok wycofał się w ukrycie razem z osłaniającymi ich ludźmi mając, kolejny już raz nadzieję, że wszystko skończy się dobrze.
__________________ "Kiedy przychodzimy na świat płaczemy, inni się śmieją.
Umierając śmiejemy się, niech płaczą inni."
- Voltaire |