Manfennas odziany w nowy płaszcz obszyty futrem jechał jako jeden z ostatnich. Jadąc w nie do końca suchym ubraniu stracił humor i ani myślał się zaśmiać, nawet na myśl o przygodach Admusa z psami na szlaku.
Komary i deszcz nie poprawiły mu nastroju. Siedział cicho w siodle z nasuniętym na głowę kapturem i patrzył przed siebie myśląc o tym co może ich jeszcze spotkać na szlaku.
Kolejne dni były dla Sokolnika bardziej pogodne. Odrzucił troski, przypominając sobie, że jest tam gdzie zawsze chce być- na szlaku, z chyba najbardziej zróżnicowaną kompanią na świecie.
***
Zmierzch zapanował już wszędzie, kiedy dotarli do podnóża Amun Sul, gdzie znaleźli martwego konia z jukami i uprzężą na sobie. Rodak Manfennasa wyciągnął ze zwierzęcia jedną ze strzał i zaczął snuć teorie dotyczące jej pochodzenia.
Wszystko naprostowała Narfin, opowiadając o tym, że strzała prawdopodobnie należy do ludzi z północy.
Samego Sokolnika sytuacja zdenerwowała. Uważał, że strzelanie do konia zamiast do jeźdźca jest oznaką tchórzostwa i strachu, a nie przebiegłości.
Kiedy zobaczył, że elf chce iść sprawdzić ruiny, kiwnął głową na znak, że też idzie.
***
Chwilę później Galdor i Narfin ruszyli w górę, aby sprawdzić źródło dymu wylatującego ze szczytu ruin. Manfenns wypuścił Avargonisa, aby krążył wokół szczytu, sam zsiadł z konią i przekazał go Haerthe, który miał się oddalić ze zwierzętami.
Już po chwili Sokolnik ruszył w ślad za towarzyszami, doganiając ich. Biegł najciszej jak potrafił, jednocześnie nasłuchując pisku swojego przyjaciela.
Dzielny Sokół nie raz ocalił mu życie, ostrzegając go przed niebezpieczeństwem. W jego głowie znowu zawitała myśl, że to naprawdę mistrz Avargonis…