Johann maszerował razno, choć na sercu nie było mu tak lekko.
Z jednej strony cieszył sie, ze wyrwali sie z Merrgot bez kłopotów, z drugiej jednak pozostawienie Joachima... No co tu dużo mówić gryzło go najzwyczajniej na świecie sumienie.
Choć sam starał się siebie przekonać, ze zrobił co mógł dla niego w obecnej sytuacji jakiś zły chochlik na dnie duszy szeptał :
"porzuciłeś brata, porzuciłeś brata...wyparłeś sie go, wyparłeś..."
Wydobył z plecaka bukłak zapobiegliwie tam umieszczony przez Yurgę i pociągnął z niego solidny łyk. Przynajmniej ten facet okazał się w porządku. O tak przyjaciół poznaje się w biedzie.
Od jakiegoś czasu wiedzieli że są śledzeni, jednak próby ukrycia tego faktu były tak nieudolne, że aż irytujące. Wędrówka jednak ze świadomością, że czyjeś oczy wbite są cały czas w nasze plecy nie należy do przyjemności i Johann w końcu miał dość.
Jakby chcąc mu ułatwić zadanie droga akurat biegła miedzy dwoma pagórkami porośniętymi krzakami, tu i ówdzie rozsiane były pojedyncze skałki.
Lekki łuk drogi skrył ich na chwilę przed obserwatorem.
Johann zrzucił plecak odpiął i położył w trawie rapier i schował za butem długi sztylet.
-
Mam dość tego pana Wścibskiego. Odejdę teraz w bok jakieś 50 kroków, wrócę około 300 i jeśli będę miał szczęście znajdę się za jego plecami. Przypatrzę mu się, a jesli jest tylko jeden może uda sie go złapać. Ktoś chętny jeszcze na wycieczkę ?
Nie czekając na odpowiedz zapadł pomiędzy wysokie trawy i zgięty zaczął okrążać wzgórze. Jeśli jego wyliczenia są dobre powinien wychynąć w przydrożnych krzewach tuż za śledzącym ich osobnikiem.
