Ku szczytowi:
Zarośla u podnóża Wichrowego są gęste i zajadle bronią się przed ciekawskimi wędrowcami. Raz po raz na twarzy czujecie dotyk zimnych i mokrych od wieczornej rosy liści. Gałęzie niczym szpony złośliwych bestii zahaczają to o włosy, to znów o ubrania, szarpiąc i złowieszczo głośno trzeszcząc. Ścieżki ku szczytowi wiją się co raz przecinając głębokie jary i szepczące cicho o nadchodzącej nocy strumienie. Ciemności powoli brały las w panowanie i chyba tylko sam Galdor wiedział dokąd zmierza. Ciemność... Tak, zrobiło się jakby inaczej. Zmieniły się barwy i głosy jakimi przemawia las. Przyjemny zielony zagajnik, który w ostrym słońcu południa dawał otuchę i cień teraz zdawał się być czarnym pełnym złowieszczych cieni borem. Zamilkł szczebiot ptaków, tylko czasem dało się słyszeć ponury głos przedwcześnie rozbudzonej przez Was sowy. I te cienie... Każdy tak zwodniczy, tak zdradziecki. Czy to omszała gałąź? Czy raczej przyczajony łucznik gotów posłać ku Wam zatrutą śmierć o czerwonych piórach?
Aż nagle zarośla urywają się. Wychodzicie na nagi teren niczym nie osłonięty i jasno oświetlony przez budzący się, blady księżyc. Przed Wami górują ponure ruiny dawnej arnorskiej strażnicy, wiecznie w posiadaniu zimnych wichrów Amon Sul. Szybko przemykacie między samotnie rosnącymi krzakami głogu w kierunku ruin czując jakby zaraz obok twarzy przelecieć miała strzała. Lecz nie. Wciąż jest cicho i jedynie szmer Waszych kroków zakłóca niezmącony spokój opuszczonej twierdzy. Aż w końcu spotykacie się przy wyciętych w skale zarośniętych stopniach, prowadzących na sam szczyt wzgórza, do samego serca ruin i tajemniczego ogniska...
Kamienne schody, są wąskie i zdradliwe. Tak łatwo poślizgnąć się na kruszącym się kamieniu... Spoglądacie w dół na najeżone ostrymi skałami urwiska i cierniste zarośla raz po raz wyrastające na zboczu. Serce bije mocniej, gdy przed oczami staje Wam co by mogło się stać gdyby postawić stopę w niewłaściwym miejscu...
I wtedy schody doprowadzają Was do wykutego w skale korytarza. Ponura brama, która otwiera się przed Wami niczym ciemna paszcza, musiała niegdyś być pięknie zdobiona rozlicznymi płaskorzeźbami jednak wiatr i deszcz starły je niemal doszczętnie, pozostawiając jedynie ledwie widoczne wypukłości. Korytarz czeka na Was, otwarty i zapraszający, a wewnątrz jest cicho i ciemno. "Zasadzka..." Przemyka Wam przez myśl, ale nie ma innej drogi na szczyt tylko ta. W końcu Galdor rusza powoli i bezszelestnie naprzód rozglądając się czujnie na wszystkie strony, nie wiedzieć kiedy w jego dłoni błysnęło ostrze. Po chwili już znika w ciemności, a za nim podążają niepewnie Narfin z łukiem gotowym do strzału, a tuż za nią Sokolnik...
Przed Wami otwiera się rozległy, okrągły dziedziniec Amon Sul. Niewiele zostało już z wieńczącej go kolumnady, której gruzy zasłały wszystko wokół. Oto serce dumnej niegdyś twierdzy Arnoru. Wokół panują migotliwe, zwodnicze cienie co raz rozrywane przez blask ogniska... Tak ognisko dotarliście do niego. Siedzi przy nim samotna, szczelnie okryta płaszczem postać. Już z daleka dostrzegacie iż tamten ledwo w stanie jest siedzieć, co raz wstrząsany atakami gorączkowych dreszczy. Powoli podchodzicie bliżej i nagle Was zauważa - cienie zmierzające do ognia. Podrywa się odrzucając płaszcz, próbuje dobyć miecza, lecz po chwili pada z głuchym jękiem. Momentalnie Galdor dopada do niego, a na widok twarzy elfa wykrzywione w bólu rysy tamtego na chwilę się rozjaśniają. Jego cichy szept niesie się echem wśród pustego dziedzińca:
-
Galdorze... Czy to naprawdę ty? Valarowie tak dobrze... Ale za późno, dlaczego nie przybyłeś wcześniej Galdorze... Oni zginęli... Wszyscy zginęli Belegnar i moi bracia... Tam w jarze zginęli... Ja nie mogłem, nie mogłem im pomóc... Dopadli ich, tak wielu ich było nie mogliśmy nic... Nic zrobić... Mnie też zabili... - Ledwie widocznym gestem wskazał na leżącą przy ogniu ułamana strzałę o czerwonych piórach, jej drzewce oblepione było czarną, zaschniętą krwią. Mężczyzna, a raczej młodzieniec raz jeszcze spojrzał w jasną twarz elfa połyskującymi od gorączki oczyma i omdlał. Oddychał jeszcze płytko i niespokojnie...
Przy koniach:
Gdy tylko tylko tamci zniknęli, Herthe kiwnął na Valina i razem sprowadzili konie ze szlaku. Opodal gościńca przepływał żwawo strumień, który swój początek brał u szczytu Wichrowego Czuba. Nad jego brzeg rohirrim sprowadził całą tą czeredę nad którą opiekę zlecił mu Galdor. Byli tam osłonięci zaroślami zarówno od strony szlaku jak i szczytu. Zaciszne to było miejsce i choć cichy szmer potoku powinien uspokoić wędrowców to jednak coś dręczyło ich nerwy. Było w tej nocnej ciszy coś niepokojącego. Każdy szelest, czy to wzbudzony przez wiatr czy przez nerwowo stąpające konie sprawiał, że wszystkim włosy jeżyły się na karkach. Spoglądacie po sobie, nerwowo się uśmiechając jakby zdziwieni własnymi odczuciami i wtedy... Gdzieś z oddali rozlega się wilczy zew. Głuche wycie ruszających na polowanie drapieżników przeszywa nocną ciszę niczym zimny sztylet. Konie rżą i parskają przestraszone, rzucając w zdenerwowaniu łbami. Ale wilczy głos raz jeden tylko zabrzmiał, a po chwili powróciła cisza, zmącona jedynie łomotem Waszych serc. I wtedy Herthe rozgląda się wokół i coś do niego dociera, ale to nie on lecz zdziwiony i pobladły Teliamok wypowiada pytanie łamiącym się głosem:
-
A gdzie jest pan Szrama?
I nim przebrzmiały na dobre jego słowa łomot końskich kopyt niesie się przez las. Szlakiem przemknęło kilku jeźdźców, przez zarośla dostrzegacie jedynie ich zamazane ciemne sylwetki. Zamarli słuchacie jak zatrzymują opodal swoje wierzchowce i krzyczą ostrymi głosy, a potem znów rozlega się tętent i cisza. Wszystko trwało nie więcej niż kilka chwil lecz Wam zdawało się wiecznością. I wtedy tuż obok Was rozlega się szelest rozgarnianych gałęzi i nim ktoś zdąży złapać za broń w zaroślach pojawia się... Pobladła bardziej niż zwykle twarz Szramy.