Wątek: Deus le volt
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 07-26-2008, 19:24   #214
Milly
Administrator
 
Milly's Avatar
 
Reputacja: 10 Milly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnieMilly jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 335 993
Rothais odbiegła od jamy, zaczęła wspinać się po schodach, jednak zatrzymała się na chwilę i odwróciła. Wewnątrz widziała jeszcze swojego ojca i Hektora. Choć była wściekła na obu, wydarzenia ostatnich dwóch minut sprawiły, że zupełnie teraz o tym nie myślała. Poczuła w sobie dziwny przypływ siły, adrenalina uderzyła jej do głowy i pomyślała, że wróci i sama rozprawi się z poczwarą. W tej właśnie chwili usłyszała dobiegające z góry krzyki i jęki. Czym prędzej popędziła w tym kierunku, wypadła na zewnątrz forteczki i aż zatrzymała się z wrażenia. Jakieś dziwne, karłowate i włochate potwory atakowały turkopoli! Mogła jeszcze zrozumieć ogromną ośmiornicę w sadzawce, ale to? Co to miało być?!


Ogarnął ją nagły strach i panika. Nie wypuszczając z dłoni sztyletu, pobiegła w zupełnie odwrotnym kierunku, myśląc, że w ten sposób znajdzie się jak najdalej niebezpieczeństwa, choć przecież już niemal się ściemniło. W duchu przeklinała ojca, przeklinała Hektora, wielką ośmiornicę i piekielne stwory! Jakże ich teraz wszystkich nienawidziła! Uczucie strachu przerodziło się u niej w głęboką, palącą wręcz nienawiść. Było to bardziej naturalne dla kapryśnej szlachcianki, niż jakakolwiek obawa.


Biegła ile sił w nogach, nie myśląc zupełnie o tym, że z dala od forteczki może ją spotkać jeszcze większe niebezpieczeństwo, z którym sama sobie nie poradzi. Gdyby Reinfrid o tym wiedział, z pewnością wpadłby w furię i zrobił jej piekielną awanturę. Na szczęście był teraz w piwniczce fortecy i nie wiedział, że jego córka dała się ponieść panice. Po prawdzie jednak wykonywała jego polecenie – wszak kazał jej uciekać.


Nagle potknęła się, poleciała w przód i na szczęście wypuściła z dłoni sztylet, wyciągając ręce przed siebie. Upadła tak niefortunnie, że zaryła dłońmi o twardy piach i przejechała po nim na brzuchu, obdzierając sobie nos i brodę. W ustach znowu miała pustynny piasek, a obtarte miejsca na twarzy i rękach piekły niemiłosiernie. W oczach zakręciły jej się łzy i bardzo szpetnie, głośno zaklęła. Wstała powoli, sycząc i prychając. Ubranie w kilku miejscach było nadtargane i poza obtarciami nic jej nie było. Podniosła swoją jedyną broń i rozejrzała się dookoła za sprawcą swojego niefortunnego upadku. Nieopodal coś wystawało z pustynnego piasku. Nie był to kamień choć było dość sporych rozmiarów, a kiedy dotknęła „tego czegoś” było twarde, pokryte skórą. Zaintrygowana zaczęła rozgarniać piasek i dopiero po kilku minutach intensywnej pracy przy świetle ogromnego księżyca, zrozumiała, że jest to księga. Kopała dalej, do momentu, gdy nie natrafiła na... kościstą dłoń! W pierwszym momencie krzyknęła i odskoczyła, ale zaraz potem zrozumiała, że musi być to dłoń człowieka już zmarłego, zapewne przysypanego przez piaskową burzę. Nie bała się nieboszczyków, cóż bowiem mogło jej grozić z ich strony?


Zaczęła kopać dalej, już nie tylko odkrywając księgę, ale i ciało zmarłego. Była bardzo ciekawa co to za człowiek. Zajęło jej to trochę czasu, ale wreszcie spod kilkucentymetrowej warstwy piachu wyłoniła się gruba księga i jej właściciel (co prawda tylko do połowy piersi, ale jednak). Był to wychudzony starzec z długą brodą, w arabskich szatach pokrytych pogańskimi znakami i napisami. Nie wyglądał jednak na niewiernego. Wydawał się dostojny i budził respekt. Z pewnością nie zginął podczas tej burzy piaskowej, jego ciało było niemal jak zmumifikowane, wysuszone i nietknięte przez robactwo i padlinożerców.


Rothais szybko przestała się interesować starcem, zajęła się za to księgą. Jego koścista dłoń była mocno zaciśnięta na jej grzbiecie i dziewczyna musiała użyć całej swojej siły, by ją wyrwać. Wydawało jej się, że w tym momencie przez mgnienie oka z jego ciała emanowała zielonkawa poświata. Trwało to może sekundę i hrabianka uznała, że było to przywidzenie. Okładka była pokryta dobrze wyprawioną skórą, na której wytłoczone były podobne symbole, jak na szacie starca. Usiadła skrzyżowawszy nogi i otwarła księgę.


Karty pokryte były arabskim pismem, gdzieniegdzie symbolami i rysunkami. Co przedstawiały – trudno było stwierdzić na pierwszy rzut oka. Bardziej interesujące były notatki zrobione na marginesach. Notatki po łacinie – języku, który nie był obcy Rothais. Wertowała szybko stronice i zatrzymywała się tam, gdzie wstawiono tłumaczenia. Jej oczy błyszczały, usta mimowolnie się otwarły, a dłonie drżały z podniecenia. Zapomniała nawet o piekących ranach po upadku. Nie mogła uwierzyć w to, co przewijało się przed jej oczami! To niesamowite! Z tego wszystkiego nie zauważyła nawet, że przecież jedynie przy świetle księżyca nie zdołałaby odcyfrować drobnych literek. A wszystkie stronice czytało jej się tak, jakby był środek dnia.


Wreszcie, po długim czasie, przypomniała sobie, że jest dość daleko od forteczki. Spojrzała w tamtym kierunku i wydawało jej się, że chyba niebezpieczeństwo już minęło, gdyż nie dochodziły stamtąd odgłosy walki. Zatrzasnęła księgę i schowała ją pod opończą. Ruszyła szybkim krokiem, bacznie obserwując obóz. Dopadła swojego wierzchowca i nim ktokolwiek zdążył ją zauważyć, schowała głęboko w jukach swoje znalezisko. Potem poszła się rozejrzeć i zorientować co się stało. Chłonęła wszystko zupełnie tak, jakby widziała to po raz pierwszy. Szukała ojca. Jej szeroko otwarte oczy świeciły niesamowitym blaskiem, jakby była w gorączce. Gdyby ktoś jej się dobrze przyjrzał, zauważyłby, że ma nienaturalnie rozszerzone źrenice. Kto by się jednak tym przejmował w takiej chwili...?
 
__________________
Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć.
Śmierć zastanowił się przez chwilę.
KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE.
T. Pratchett Czarodzicielstwo
Milly jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem