| Umocowawszy luźno wodze wszystkich koni i nieszczęsnego osła, Haerthe zamilkł wsłuchując się w głuchy tętent kopyt. Dopiero teraz przyszło mu do głowy, że wszyscy, którzy znali drogę do Rivendell i samo Rivendell wyruszyli na zwiad. Przymknął oczy zastanawiając się co też będzie należało uczynić jeśli elf, oraz strażniczka z sokolnikiem nie powrócą.
Światła pochodni migotały hipnotycznie między gałęziami krzewów gdy konni mijali ich kryjówkę. Nie mieli szansy ich wytropić. Nie przy zmroku i wyraźnym pośpiechu... Oby tylko ten głupi osioł nie zaczął ryczeć jak zawsze...
W końcu światła zniknęły, a tętent ucichł pozostawiając po sobie tylko przyspieszone bicie serca u młodego rohirrima. Sam bardzo rzadko podróżował po nocy, nie mówiąc już o galopowaniu po mokradłach. Coś wisiało w powietrzu...
- Ruszyli do Bree... a może i dalej. Strasznie im się spieszyło - rzekł do towarzyszy dopiero teraz zauważywszy brak Szramy. Uciekł gnida? Panujący półmrok uniemożliwił mu stwierdzenie tego na pewno, ale wcale by się nie zdziwił gdyby okazało się, że ma rację...
Hobbit pierwszy zareagował na szeleszczenie krzaków dzikiej leszczyny, z której po chwili wyłonił się ich brakujący towarzysz. Obdarzywszy obecnych tym swoim cynicznym spojrzeniem świńskich oczu splunął siarczyście. Haerthe osobiści pożałował, że w rozważaniach minął się z prawdą tym bardziej gdy spostrzegł nowy nabytek Szramy.
- Zdajesz sobie sprawę, że właściciel tych rzeczy może jeszcze żyć, prawda? - to były chyba pierwsze słowa jakie wypowiedział do tego człowieka i nie wiedzieć czemu w ustach pozostał mu jakiś taki gorzki posmak, jakby aż prosiło się by powiedzieć, lub nawet zrobić więcej.
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy
Benjamin Franklin |