| Daniel, Mężczyzna dość rosłej postury o blond włosach i zielonych oczach płakał, bo wydawało mu się, że jest sam. Rozluźnił się już, otoczenie mu zobojętniało. Gdyby tutaj były zombi nie miałby chyba w sobie wystarczająco determinacji aby walczyć dalej o życie. Gdy poczuł delikatne dotknięcie zastygł i przestał łkać. - Na co czekasz, trupie? Żryj póki dają. - powiedział przez zaciśnięte zęby, a potem usłyszał głosy pocieszające go. Odwrócił głowę i zobaczył mężczyznę lekko rannego w głowę i kobietę, która kucnęła obok niego.
Odwrócił twarz, aby otrzeć ostatnie łzy, jakby chciał udać, że ich w ogóle nie było i złapał za dłoń Leona. Na jego twarzy, widoczne były pierwsze zmarszczki i włosy rozrzedzały się tworząc zakola, ale grymas smutku czynił jego rysy starszymi, z wyjątkiem oczu w których widać było młodzieńcze zagubienie. Wciąż łamał mu się głos, gdy wychrypiał: - Bo..Bogu niech będą dzię.. dzięki, żyjecie! Do.. dobrze, że są żywi.. - ścisnął mocno dłoń Leona i wstał, przyciskając nadal do siebie strzelbę łokciem. Wysilił się na uśmiech. Spojrzał na ściskaną dłoń policjanta i potrząsnął nią nerwowo. -N..nazywam się Danny, od dawna tu jesteście? Ja.. dopiero wjechałem. Czy tu jest bez.. bezpiecznie? Nie jestem za.. za bardzo stąd.. - to, że się zacinał w takich sytuacjach dodatkowo go stresowało.
__________________ Nie chcę ukojenia, które mogłoby mi odebrać skruchę, nie pragnę uniesień, które wbiłyby mnie w pychę. Nie wszystko, co wzniosłe, jest święte, nie wszystko co słodkie - dobre, nie wszystko co upragnione - czyste, nie wszystko co drogie - miłe Bogu. |