Dagmara zahamowała gwałtownie cudem unikając stłuczki z zielonym Fiatem Bravo. Wrocław w godzinach szczytu nie był miastem przyjaznym kierowcom. Upał, tłok, brak miejsc na parkingach i kilometrowe korki sprawiały, że spokojny Kowalski stawał się krwiożerczą bestią gotową na wszystko. To była jedna z tych rzeczy, których kobieta nienawidziła w tym mieście. Z drugiej strony... tutaj sytuacja wyglądała o niebo lepiej niż w Dublinie, czy nawet Oxfordzie.
Magini uśmiechnęła się zapalając swojego Davidoff'a.
- Spokojnie. Twoje układy z mentorką to nie mój interes - powiedziała z cieniem ironii w głosie. - ...ale nie zdziwiłabym się, gdyby ona od dawna wiedziała - dodała po chwili. - I nie mów do mnie per "Pani". Aż taka stara nie jestem. Mam na imię Dagmara - rzuciła po czym uśmiechnęła się przyjaźnie.
Korek powoli posuwał się do przodu. Zdenerwowana Dagmara bębniła palcami w kierownicę. W radiu cicho brzmiał przebój z "Titanica".
Minęło trochę czasu zanim Dagmara i Marek dotarli do centrum miasta. Czarne Audi A8 krążyła chwilę wśród śródmiejskich uliczek, by wreszcie zatrzymać się w cieniu rozłożystego kasztanowca.
- No to jesteśmy! - stwierdziła kobieta. - Zanim pojedziemy do tego twojego "opiekuna", zjemy coś.
Szli chwilę ulicą zanim kobieta zatrzymała się. Westchnęła z zadowoleniem i z uśmiechem powiedziała:
- Witaj na Pasażu Niepolda. Oto rozrywkowe centrum naszego pięknego miasta - powiedziała wykonując ręką zapraszający gest.

Pasaż Niepolda prezentował się całkiem przyjemnie. U góry błękitne niebo, nieco niżej odrestaurowane XIX-wieczne kamieniczki, pod spodem zaś kostka brukowa i kilkanaście knajp, które samym widokiem zachęcały do odwiedzenia.
Dagmara stała jakiś czas rozglądając sie z wyraźną satysfakcją. Wyremontowane kamienice faktycznie warte były podziwiania - zwłaszcza ta naprzeciwko magów, w kolorze ceglanym, z dużą płaskorzeźbą z piaskowca przedstawiającą dwóch rzemieślników odpoczywających na kolumnie oraz okazałą bramą wjazdową również wyłożoną piaskowcem.

Niebawem oboje ruszyli w kierunku sympatycznie zapowiadającego się pabu. Tuż pod płaskorzeźbą, obok bramy stał drewniany podest przykryty dachem. Dwóch kelnerów rozkładało na nim stoliki, zapewne w oczekiwaniu na gości, którzy mieli tu się bawić wieczorem. Większość stolików nie była jeszcze rozłożona, ale najwyraźniej knajpa była już otwarta, bo Dagmara pewnym krokiem ruszyła do środka. Zatrzymała się jeszcze tylko na moment, tuż przed wejściem na ganek. Wskazała na czerwony szyld na którym złote litery ozdobione czterolistną koniczyną głosiły "Celtic Pub & Restaurant"

- A oto i moja ulubiona knajpa - powiedziała z dumą w głosie, po czym weszła do środka.
Celtic Pub, podobnie jak cały Pasaż, prezentował się przyjemnie, można by nawet powiedzieć, że przytulnie. Tuż przy wejściu można było zauważyć okrągłe stoliki przykryte lnianymi obrusami, a wokół nich po 4 fotele o niskich oparciach. Nieopodal witryny stał kominek, nad nim porozwieszano obrazki reklamujące różne alkohole, a trochę dalej ze ściany wystawał fragment dębowej beczki. Podobna baryłka stała na parapecie.

Wchodząc głębiej nie sposób było przeoczyć baru wyposażonego w bogaty asortyment alkoholi, a także młodziutką barmankę o ładnej buzi. Przy jego blacie stało kilka wysokich krzeseł o miękkich oparciach. Na jednym z nich spoczywał mężczyzna w garniturze, z teczką. Sączył jakiegoś drinka.

Na lewo od baru znajdowały się schody prowadzące do podziemnej części baru. Właśnie tam Dagmara poprowadziła chłopaka.
Ściany niższego poziomu wyłożone były rudą cegłą, podobnie jak faliste sklepienie. Tutaj również znajdował się bar otoczony rzędem krzesełek. Na ceglanych filarach podpierających sufit porozwieszane były średniowieczne miecze i topory nadające pomieszczeniu niepowtarzalny klimat. W całym pomieszczeniu królowała delikatna pomarańczowa poświata sącząca się z lamp porozstawianych w różnych miejscach.

Dagmara usiadła przy stoliku w jednej z zatoczek utworzonych przez dwie równoległe ściany. Było to miejsce na tyle ciche i spokojne, by magowie mogli swobodnie rozmawiać nie przejmując się ciekawskimi podsłuchiwaczami.
Mimo wczesnej jeszcze godziny pub powoli napełniał się ludźmi. Bar okupowało kilku zmęczonych życiem studentów, ale trudno było powiedzieć, by w pomieszczeniu panował tłok i zaduch. Temu ostatniemu skutecznie zapobiegała klimatyzacja.
Niebawem zjawił się kelner. Chciał zostawić karty i odejść, ale Dagmara już dokonała wyboru. Zamówiła sobie i chłopakowi porządny obiad - frytki, kurczaka, jakąś surówkę i coś zimnego do picia. Kelner zapisał zamówienie w swoim notesiku i odszedł.
- Mamy jeszcze trochę czasu, zanim przyniosą jedzenie - powiedziała. - Możemy porozmawiać. Jak ci się podoba Wrocław?