Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 07-12-2008, 21:17   #10
Kelly
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7204 Kelly ma wyłączoną reputację
Cape Town, dnia 20 stycznia 1871 roku rano

Zazwyczaj w obecności gubernatorów ubierał swój ulubiony szary smoking. Niestety, teraz nie miał ani smokingu, ani nawet stylowych binokli zakładanych przy takich okazjach na całkiem zdrowe oczy.
- Że też miałem takiego pecha – zastanawiał się. No, może nie był to zupełny pech, gdyż figurkę sprzed kilku wieków, którą tak bardzo pożąda John Winter Jones, od pięciu lat dyrektor the British Museum, trzymał w garści. Ledwo udało mu się dokonać transakcji w Zanzibarze u pana Johanna Schmidta, gdy natychmiast musiał zwijać manatki. Uciekając statkiem udało mu się uratować tylko figurkę oraz parę rzeczy osobistych. Niestety, smoking do nich nie należał.

Gubernator Wodehouse nalegał, a przynajmniej jego sekretarz, który odszukał Jonesa w tanim hoteliku, sprawiał takie wrażenie:
- Panie profesorze, jego ekscelencja chętnie pana przyjmie bez względu na strój. Proszę to po prostu potraktować, jako nieoficjalne spotkanie z pasjonatem sztuki dawnej.


Raczej profesorem to on był średnio umocowanym. Wprawdzie University College London nadał mu profesurę niecałe pół roku temu, za opublikowanie pracy na temat afrykańskiej sztuki, ale akurat Edgar nie oceniał jej zbyt wysoko. Co innego, gdyby to było rodzinne Princetown. Mimo to właśnie ta praca narobiła nieco szumu w londyńskiej naukowej socjety i spowodowała wyjazd do Zanzibaru po ową cenna figurkę miejscowej bogini płodności. Według Edgara, kształt figurki oraz materiał dowodziły, że zamieszkujące tereny zachodnie Yaruba pochodziły w rzeczywistości ze wschodu. Figurka wykonana była z gatunku drzewa rosnącego tylko w Tanganice i Zanzibarze, natomiast sam kształt był charakterystyczny dla Yaruba. Rzecz jasna, argumentów było więcej, ale naukowa konserwa brytyjskich uczelni nie mogła ścierpieć Amerykanina rzucającego wyzwanie dotychczasowej nauce. Oczywiście, gdyby to był poddany Jej Królewskiej Mości, pigułka byłaby znacznie łatwiejsza do przełknięcia, a tak … Szczęśliwie dyrektor John Winter Jones zdecydował się pomoc Amerykaninowi o nazwisku identycznym jak jego i postanowił sfinansować wyjazd Edgara do Afryki. Figurkę udało się zdobyć przy pomocy poznanego kiedyś w Zanzibarze kupca niemieckiego, ale potem wyskoczyła drobna afera z sułtanem, która oznaczała gwałtowną potrzebę wyjazdu z tego kraju.

***

- Witam, profesorze – nienagannie ubrany gubernator Wodehouse wyciągnął rękę na powitanie nie zważając na nieco roboczy strój Jonesa. – Jeżeli się orientuję, panowie się znają – wskazał na sir Roberta Whitemoora.
- Doktorze, jeśli łaska. Tytuł profesora nie został jeszcze zatwierdzony przez mój macierzysty uniwersytet. Natomiast jeżeli chodzi o sir Roberta. Tak, spotkaliśmy się w Londynie – obydwaj naukowcy przywitali się dosyć obojętnie. Niewątpliwie, badawcze spojrzenia wskazywały, że nawet, jeżeli widzieli się raz czy drugi, nie mieli ze sobą większej styczności, ani nie posiadali na swój temat jakiejś wyrobionej opinii.
- Jestem zaskoczony, że panowie słyszeli o moim przyjedzie. Panie doktorze Jones, proszę nie być taki skromny. Profesura w wieku 35 lat. Gazety pisały o pana próbach poszukiwania w Azji Mniejszej w zeszłym roku z Heinrichem Schliemannem. Wcześniej zaś prowadził pan badania w Johannesburgu, a także na wschodnim wybrzeżu.
- Tak, ale co do Schliemanna, nie jestem specjalistą od Azji. Uważam, ze Heinrich poradzi sobie sam doskonale, tym bardziej, że od czasu ślubu nabrał nowego zapału do przekopywania Hirsaliku. Zawsze twierdził, że tam coś musi być, a teraz, jak słyszałem, wreszcie władze tureckie udzieliły mu pozwolenia, możliwe wiec, że jego archeologiczny nos nie kłamał.
- Możliwe, słyszałem więc nieco o panu. Wczoraj gościłem kapitana Stephorna i opowiedział mi nieco o pańskich przygodach w Zanzibarze. Natomiast jakiś czas temu otrzymałem list od dyrektora Jonesa z British Museum z prośbą pomoc panu oraz zawiadomieniem, że realizuje pan misję z jego polecenia. Proszę się więc nie dziwić, że usłyszawszy od kapitana, kogo miał na pokładzie, postanowiłem pana zaprosić. Tym bardziej, że mam dla pana pewną propozycję. Myślę, że w pańskim stylu.
- Tak
– kiwnął głową sir Robert. – Kapitan wspomniał, że miał pan jakąś przygodę z sułtanem Sayyid Majid bin Saidem.
- Jak panowie się orientują, sułtan Zanzibaru nosi dumny tytuł, ale to jego główny element monarszej pompy. Niestety, akurat przypadkiem spotkał mnie w towarzystwie pewnej damy i potem wysłał po nią swoja straż. Nie wydawało mi się właściwe pozwolić im na to, stąd ów mały spór …
- … w wyniku którego musiał pan uciekać, skoro sułtan chciał pana zabić.
- Nie przesadzajmy z tym zabiciem.
- Ponoć chciał panu obciąć głowę.
- Nie chodziło o głowę
– wyjaśnił dosyć oględnie Jones.
- Jednak mam dla pana nowinę – włączył się gubernator. – Świeża, bo dopiero teraz statek pocztowy z nią dotarł. Zanzibar ma nowego sułtana. Sayyid Barghash bin Said zastąpił swojego ojca. Nie znane są jeszcze szczegóły, ale tym niemniej, prawdopodobnie obecny władca nie miałby do pana pretensji, ale ja nie o tym chciałem mówić.
- Wspomniał pan o propozycji. Świetne wino. Greckie?
- Tak, uwielbiam trunek z Chios, a co do propozycji, to wiem, że wyruszył pan po figurkę bogini.
- Owszem.
- Wspomniano mi o tym w liście
– gubernator podał pismo od Johna Wintera Jonesa – prosząc, żebym przekazał panu tą informację oraz, jak wspomniałem, pomógł, jeżeli zajdzie taka potrzeba. Tak się składa, że jest organizowana wyprawa w głąb Czarnego Lądu. Chciałbym, żeby wziął pan w niej udział.
- Muszę dostarczyć ten drobiazg do Londynu, sir
– uśmiechnął się Jones radośnie wcinający tosta.


- Wiem i dlatego mam propozycje, ze jeden z moich sekretarzy wyrusza niedługo do Londynu z pocztą dyplomatyczna. Jestem w stanie przyjąć od pana depozyt i przekazać ją do the British Museum. Zresztą, jak widzi pan, profesorze, list, który panu pokazałem, wspomina o takiej możliwości, jeżeli by istniała taka potrzeba.
- A gdzie kieruje się ta wyprawa?
- Ta, którą panu proponuję? Właśnie nie wiadomo. Przecież nie jest panu obce nazwisko doktora Davida Livingstone’a
Jones skinął. – Wiadomo tez panu zapewne, że doktor nie wrócił ze swojej wyprawy.
- Tak. Nie poznałem osobiście doktora Livingstone’a, ale czytałem relacje o jego wyprawach i odkryciach.
- Właśnie. Strata niepowetowana dla brytyjskiej i światowej nauki. Dlatego organizowana jest wyprawa. Liczna, dobrze wyposażona, międzynarodowa. Potrzebujemy do niej specjalistów z bardzo różnych dziedzin. Tam, gdzie dotrze ekspedycja, może czekać wiele niespodzianek. Jest możliwe, że nie odnajdziecie poszukiwanego, ale dokonacie istotnych odkryć. Dla archeologa może być to nowatorskie pole dla szeregu odkryć
.

Mężczyźni pogrążyli się w rozmowie, oglądali listy, mapy. Wreszcie Jones podał rękę obydwu mężczyznom i skinął głową.
- Dobrze – uśmiechnął się. – Rzeczywiście, narobiliście mi panowie szalonego apetytu. Przyznaję, że po tej rozmowie, sam wyraziłbym chęć udziału w tej ekspedycji.

Cape Town, dnia 20 stycznia 1871 roku wieczór

Dobra kąpiel, nowy smoking, znakomite wino z Chios. Nie było co narzekać. Udowodnienie tym pawianom z elity naukowej Brytanii mogło poczekać, że nauka nie stanowi takiej oczywistości, jaka im się dotychczas wydawała. Szykowała się kolejna wyprawa i niepowetowaną stratą byłoby niewzięcie w niej udziału. Przedtem zaś miał spotkać się towarzyszami swojej drogi. Jedną osobę poznał swego czasu w Londynie. Doktor Elizabeth Doullitel pracowała na tej samej uczelni, choć na innym wydziale. Zresztą, był to chyba jedyny uniwersytet w Anglii, którego pracownikiem naukowym mogła być kobieta. Wśród studentów wprawdzie zdarzały się nieliczne panie, ale raczej na zasadzie wyjątku niż reguły. Tym bardziej świadczyło to o niezwyklej inteligencji i sile charakteru pani Doullitel, która przebojem weszła na naukowe salony ściśle męskiego świata. Dość mocno kojarzy mu się także sir William Ellis, którego nazwisko wymieniała swego czasu prasa w Stanach Zjednoczonych, jako zasłużonego, choć młodego pasjonata podróży i znawcę Indian. Pozostałe nazwiska niewiele mu mówiły, choć zdziwił się, że wśród członków wyprawy znajdują się aż trzy kobiety, miedzy innymi lady Wodehouse. Zapewne, wbrew swoim zapewnieniom, gubernator miał nadzieję, że wyprawa będzie tyleż ciekawa, co bezpieczna. Inaczej chyba by nie naradzał swojej córki? Zresztą, jeżeli panna Wodehouse planowała wziąć udział w wyprawie, a ojciec jej pozwolił, to albo w tym domu panowały nadzwyczaj dziwne stosunki, gdzie córka jeździ swojemu tatusiowi po głowie, jak chce, albo także była kobietą wyjątkową. Natomiast Nadia Lloyd. Tłumaczka? Ewentualnie kaprys Williama Cooka, sponsora ekspedycji, który wykładając pieniądze mógł wziąć swoja ulubienicę lub kochankę? Edgar nie widział problemu, zwłaszcza jeżeli dziewczyna byłaby miła oraz całkiem ładna.

Rozmyślał właśnie tak, prowadzony przez lokaja na salon, gdzie już od dłuższego czasu bawili pozostali uczestnicy wyprawy.


- Szanowni państwo – zapowiedział kamerdyner – doktor archeologii Edgar Jones ze Stanów Zjednoczonych, profesor University College London.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 07-12-2008 o 21:48.
Kelly jest offline