Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 11-28-2004, 11:07   #5
Qbista
 
Reputacja: 5 Qbista ma wyłączoną reputację
$: 19 947
Dziękuje za dobre słowa... A oto trzecia część MMG, którą obiecałem, a jakoś zapomniałem zamieścić:

Przewrót

Wbiegł na pierwsze piętro nie oglądając się siebie. Wiedział, że były za nim. Wiedział, że go dopadną. Ale uciekał. Zawsze warto pożyć choć kilka chwil dłużej. Zakręcając w korytarz oddał kilka strzałów w stronę schodów. Nie widział żadnego, ale wiedział, że one tam są. Szły po niego. Szły…

* * *

Dzień rozpoczął się dla niego około godziny szóstej czterdzieści, kiedy to z otchłani snu wyrwał go straszliwy jazgot budzika. Zwinnym machnięciem strącił elektroniczny zegar z półki, uciszając go ostatecznie. Zastanawiał się przez chwilę, czy nie zdrzemnąć się jeszcze, ale ostatecznie zgramolił się z czarnego tapczanu w okolicach godziny siódmej.
Za oknem lało. Deszcz miarowo zacinał w szyby, co nie poprawiło jego i tak fatalnego nastroju. Nienawidził deszczu, wilgoci, a już najbardziej tej pluchy, której wszędzie było pełno.
Z szafy wyciągnął czarny garnitur, parę lakierek, zapiął zegarek, założył na nos przyciemniane okulary. Z wieszaka ściągnął parasol. O siódmej dwadzieścia opuścił mieszkanie.
Szykowało się najgorsze sześć godzin jego życia, ale, rzecz jasna, nie mógł jeszcze o tym wiedzieć.

* * *

Za oknem prawie tak wrednie, jak w jego świecie. Zimny, listopadowy wieczór, lekka mżawka, silny wiatr.
Tym razem nie zapalił świecy. Każdemu z Jasnych wręczył po kiepskiej latarce. Dziś błąkają się po kanałach. A nastrój jest nastrój. Aktoreczkę zastąpił policjant, miast szpiega w szambie błądzi mafioso. Tylko alchemik się nie zmienił. Ani trochę – dogląda wszystkiego z góry.
Mistrz opowiada, starając się wyrazić słowami smród, jaki tam panuje; opisać potworną atmosferę, a przede wszystkim nie pozostawić po sobie żadnych niedopowiedzeń. Nowi Jaśni zdają się być inteligentni, dużo pytają. Może ogromna bestia czająca się za rogiem ich nie dopadnie?

* * *

Nie było problemu ze złapaniem taksówki. Ledwie sobie wyobraził, że chce z owej usługi skorzystać, a ta pojawiła się znikąd, prosto przed jego oczyma. Mistrz wkładał coraz mniej uwagi w świat.
Jadąc na miejsce zastanawiał się, czy jest to rzecz dobra, czy wręcz przeciwnie…

* * *

Policjant klnąc brnie przez kanały, rozglądając się uważnie. Światło latarki dokładnie sprawdza każdy kąt, wypatrując rzekomego potwora, widzianego przez kilka osób. Krok w krok za nim mafioso, udający prywatnego detektywa, z pistoletem gotowym do strzału. Idą.
A antykwariusz, z ironicznym uśmiechem na twarzy, oparty o latarnię, pali papierosa. Czeka. Umówił się tutaj na spotkanie.

* * *

Do końca nie wiedział, dlaczego powstrzymał się, by oświetlić tamto miejsce, dlaczego stwierdził, że nie, że tam owego monstrum nie może być.
Ale było już za późno.
Monstrum wyskoczyło z rury z ogromnym skowytem, wymachując dookoła czterema rękopodobnymi kończynami. Miał chwilę, by przyjrzeć się mu dokładnie. Zielonkawa, chropowata skóra, sześć kończyn, ogromny, krzywy pysk, dwie pary niebieskawych oczu. Długi, wijący na wszystkie strony, zakończony ostrym szpikulcem, ogon.
Nie myślał wiele, wpakował w cholerstwo cały magazynek, krzycząc przy okazji w niebo głosy. Gdy zauważył, że nie wywiera to na maszkarze żadnego wrażenia, próbował uciekać. Lecz był za wolny…
Gangster tymczasem rzucić się do ucieczki. Wiedział, że gdy bestia skończy z gliniarzem dopadnie i jego. Pozostało mu już tylko uciekać.
W połowie drogi, gdy wydawało mu się, że jest już bezpieczny, spada przed nim z sufitu druga bestia.
Jasny nie chciał słuchać opisu. Po prostu wyłączył latarkę.

* * *

-Co się tu dzieje? – antykwariusz kończy jednego papierosa, po czym od razu zapala następnego. A pomyśleć, jeszcze kilka tygodni temu zawsze zwracał mu uwagę, że palenie szkodzi zdrowiu. – Co się tu, kurwa, dzieje?!
-Nie wiem, o co ci chodzi.
-Nie pieprz, Smith. Chociaż ty tu nie pieprz. Chociaż ty powiedz mi prawdę. Tamci dwaj już pewnie nie żyją, jeśli nie pokonałaby ich jedna bestia, zrobiłoby to osiem, albo i więcej.
-Jestem tylko Ciemnym. – zabójca sprawdza, czy pistolet jest na swoim miejscu, poprawia go nieco, po czym sam wyciąga papierosa, zatrzymuje go w połowie drogi do ust, po czym wyrzuca. – Palenie szkodzi zdrowiu.
Antykwariusz parska, obiegając wzrokiem okolicę. Leje coraz mocniej. Wszystko wokół faluje, migocze. Żadnych świateł w oknach, niczego. Kompletna pustka.
-Pieprzenie w bambus – wskazuje Smithowi okolicę. – Tak się jeszcze nie działo nigdy, musisz przyznać. – Nigdy, nie?!
Agent nieśmiało kiwa głową.
-On opuścił ten świat, nie? To dlatego udało mi się wyrwać spod kontroli Jasnego i jemu się teraz wydaje, że ja wciąż tam stoję, i doglądam sytuacji.
-Mylisz się – Smith poprawia na nosie okulary, kaszle. – Ty wciąż tam jesteś. Jeśli można ta to nazwać. A rozmawiasz ze mną, bo…
-Bo?
-Bo już od dwudziestu minut nie żyjesz.
W oddali piorun uderza w kamienicę. Gdyby jej mieszkańcy pofatygowali się o piorunochron, nie stałoby się nic złego. A tak… Kamienica plonie.
Zaczyna się piekło.
Antykwariusz nie może uwierzyć w to, co słyszy. Ale wie, że Smith nie kłamie. Nie ma w zwyczaju kłamać. Jest zawodowcem.

* * *

-Jak to?! – Jasny uderza pięścią w stół, szklanki ustawione na blacie aż podskakują. – Tak po prostu?
-Dokładnie – głos Mistrza jest spokojny, nijaki, jakby nie działo się nic nienormalnego. A w ciągu ostatnich czterech minut uśmiercił wszystkie postacie… - Jakiś sprzeciw?
-Żadnego – twarz jasnego czerwienieje, zaciska pięści. – Tylko rozpierdoliłeś nam całą sesję. Nic poza tym.
Mistrz posyła mu tylko uśmiech. -Przecież chciałeś, by było hard, nieprawdaż?
Jasny nie mówi już nic. Zapada milczenie. Mistrz zaciera ręce. Smith zawiódł. Ale potwory są z reguły niezawodne.

* * *

Wbiegł na pierwsze piętro nie oglądając się siebie. Wiedział, że były za nim. Wiedział, że go dopadną. Ale uciekał. Zawsze warto pożyć choć kilka chwil dłużej. Zakręcając w korytarz oddał kilka strzałów w stronę schodów. Nie widział żadnego, ale wiedział, że one tam są. Szły po niego. Człapały, by go dopaść.
Puścił się biegiem przed siebie, naciskając kolejno klamkę w każdych drzwiach. Wszystkie były zamknięte. Zresztą, sam zastanawiał się, co by mu to dało. Taka bestia zmiotłaby tego typu drzwi z powierzchni ziemi jednym, słabym uderzeniem. Dostałyby do i tak.
Na końcu korytarza duże okno. Podbiega do niego, decydując się na skok na ulicę. Przystaje, przerażony.
Za szybą piekło. Miasto Mistrza Gry, po ulicach biegają olbrzymie monstra, pozostali przy życiu Ciemni krzyczą, błagają o litość, biegają przerażeni. Bestie dopadają ich bez trudu, zabijają, pożerają.
Zawalają się dwie kamienice, ogień rozprzestrzenia się strasznie prędko, a przecież pada. Widać, Mistrz nagiął prawa fizyki, by wprowadzić klimat i jednocześnie wszystko efektownie zniszczyć.
Pieprzony efekciarz.
Tymczasem potwory docierają już na piętro, zbliżają się powoli. Już prawie czuje ich oddech na ramieniu, wie, że już za chwilę cios ogromnej łapy pozbawi go życia. Jeśli nie skoczy.
Nie chce skakać.
Przeciwsłoneczne okulary chowa do kieszeni garnitury, przeczesuje włosy ręką. Sięgnąłby po papierosa. Ale palenie zabija.
-Zabawimy się.
Odwraca się szybko, zwinnie. W jednej ręce już dzierży pistolet, drugą dobywa kolejnego, ukrytego za plecami. Zaczyna strzelać. Nie musi martwić się o amunicję, nie musi przeładowywać. Strzela, pogrążony we wściekłości. Wie, że kule nie zabiją tych potworów. Co z tego?
Strzela.
Miasto płonie.

* * *

Mistrz zaciera dłonie. Jednego dnia zniszczył cały swój piękny świat, stracił przyjaciół, unicestwił swój najdoskonalszy twór, zabójcę Smitha. Ale czuje się z tym dobrze. Wie, do czego jest zdolny.
Poznał siebie, swoją naturę. Byłby doskonałym mordercą. Może o tym nawet pomyśli, w przyszłości?
Wygląda przez okno. Już nie pada. Po ulicy kroczy Jasna. Jego ukochana Jasna. Spogląda na nią uważnie, obserwując z trzeciego piętra żółtego bloku każdy jej uśmiech, każde machnięcie ręką.
Wie, że jej tam nie ma, ze stworzyła ją tam teraz tylko jego wyobraźnia. Nie obchodzi go to zbytnio.
-Wybacz mi aktorkę. Musiałem. – szepce do siebie.
Opuszcza żaluzję.
 
__________________
Świat to scena, życie to teatr.

MG, P+, G++, SG++, SS, SD++, K, p, Z, S---, H, D+, K, f-, h, w-, cp--, sf+, L+, NS+++, SC -, Kon+, D++, Gaz+, T+, SU?; ZC, WoD, SW, GS
Qbista jest offline