Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-08-2009, 00:16   #4
MrScoob
 
MrScoob's Avatar
 
Reputacja: 0 MrScoob nie jest za bardzo znanyMrScoob nie jest za bardzo znany
Dzikusy coraz bardziej napierały, ich strzały niesione na skrzydłach rewolucji rzadko chybiały gdy rozdygotane ręce Polaków bez przerwy kierowały karabiny wysoko w niebo. Na tle tej niezdyscyplinowanej hałastry stał Gołas, jak zwykle twardy niczym ze skały, niewrażliwy na wszystko co działo się wokół, dla niego istniał tylko on i wróg naprzeciw niego. Niektórzy bracia z Legii żartowali sobie, że Gołas to i by mógł się ogolić stojąc w środku bitwy, a nie zaciąłby się choćby mu kule muskał nos. Jednak teraz nikomu nie było do śmiechu, murzyńscy strzelcy stojący na małym wzgórzu byli już nie do przeforsowania, oddział był stracony w tym momencie nawet odwrót by ich nie uratował. Jeżeli chcieli choć trochę osłabić szeregi wroga było tylko jedno wyjście.
-Na bagnety! - rozległ się wrzask dowódcy. Gołas dla, którego nie była to pierwszyzną machinalnym ruchem sięgnął po bagnet, a następnie umocował go na lufie karabinu. Już chciał biec by wbić swoje ostrze w czyjś czarny zad gdy nagle poczuł ostry ból w kolanie. Kula drasnęła mu nogę, upadł krwawiąc lekko. Nie raz już był trafiony, wiedział, że teraz należało leżeć, walka w takim stanie to brawura i gówniarstwo. Bardziej się przyda w kolejnej bitwie niż w tej postrzelony w nogę. I wtedy w podczas tej zimnej, przemyślanej decyzji stało się coś nieoczekiwanego, coś co jeszcze nigdy nie spotkało Bogusława, ktoś pchnął go w brzuch, kątem oka Bogusław dojrzał czako legionisty i rozmazaną twarz, no i te słowa, te zimne słowa
-Tak będzie lepiej sierżancie, tak będzie lepiej...

Sierżant? Tylko jedna osoba go tak nazywała, Majewiak, mały Majewiak, ten, który uczepił się go jak rzep psiego ogona. Pluskwa, która nie dawała mu spokoju i gryzła niemiłosiernie swoim natręctwem. Ja wiedziałem, że tak będzie… Przechodziły mu przez głowę myśli. Umierał wiedział to, a może już umarł? Otworzył oczy i wtedy ujrzał gdzie się znajduje. Nie były to wybrzeża Santo Domingo, nie słyszał wystrzałów i huków artylerii, wrzaski jednak pozostały ale nie były to wrzaski murzyńskiej hołoty, to było bardziej nieludzkie. Nad głową przeleciał mu dziwaczny skrzydlaty stwór. Nie zdołał go jednak pochwycić. Gołas wstał załadował broń niczym rasowy Legionista jakim zaiste był i wycelował, padł strzał. Celny. Ptaszysko czy cokolwiek to było padło. Nadleciał drugi, kolejny ładunek do lufy, cel i strzał! Ten również padł. Ataki na chwilę ustały ale dzikie stado nadal krążyło w powietrzu, na wszelki wypadek Bogusław załadował kolejny ładunek. Skończywszy to podszedł do zdobyczy, od początku wiedział, że to nic normalnego, tak jak wszystko co się teraz wydarzyło. Zwłoki wyglądały jak ze średniowiecznych fresków piekła w jakiej katedrze. Małe skrzydełka, rogi? Gdzieże on był? Czy już u wrót piekła? Może w czyśćcu pokutował za śmierć wszystkich poległych z jego winy? To się teraz nie liczyło, gdzie by nie był zasady pozostawały te same. Kolejny demon wyleciał ku niemu z piekielnej chmary. Cel, pal!

Był front, była i armia. Kto by pomyślał, że czyściec ten, którym straszył klecha z ambony będzie potrzebował własnej armii? W końcu kto jej nie potrzebował? Z kolei dziwna historia, walczysz zabijasz, umierasz również zabijasz. Można by pomyśleć, że tutaj kiedy walczysz z piekielnymi siłami masz przynajmniej pewność, że walczysz słusznie ale czy aby na pewno? Skąd wiadomo, że po tej ostatniej bitwie będzie niebo? Toć po tamtej stronie nikt nam nie mówił, że po śmierci będziem walczyć z piekielną hordą. To samo było tutaj, nikt nie mógł obiecać, że pójdziemy do nieba. Dla Gołasa Bóg nadal nie istniał, bajka dla czarnego luda wymyślona po tamtej stronie. Pomimo to nadal walczył to przynajmniej, umiał. Bił się na wschodniej granicy gdzie upiornej hałastry było najwięcej. Jedno z idiotycznych przykazań mówiło ,,Nie idź na wschód!,,. Szybo przekonano się, że ten kto wymyślił tę parodię Dekalogu musiał mieć przynajmniej w tej jednej kwestii rację. Początkowo było normalnie parę zwycięstw okupionych krwią, niechlubnych kilka odwrotów, norma. Jednak niedługo wszystko się zmieniło. W głąb wschodnich krajów demony stawiały coraz to większy opór, armia Gołasa ponosiła klęskę za klęską. Regimenty ruszyły do szybkiego odwrotu by móc choć w części powrócić do bezpiecznej przystani. Pod odwrocie armii, demony jakby się rozmnożyły. Teraz działania wojenne ograniczyły się wyłącznie do ochrony granic. Tam w nagrodę przydzielono Gołasa na bezpieczne oficerskie stanowisko. Nie był rad z tego powodu, teraz miał stać z tyłu huków armat. Jego kompania była jedną z dzielniejszych, miał pod sobą samych wiernych dekalogowi żołnierzy. Oni mięli wiarę i ideę Bogusław miał dla nich wiedzę i zimne spojrzenie na sprawę. Był doskonałym sternikiem dla tej doskonale zdyscyplinowanej i zmotywowanej ludzkiej masy. Wycisk na strzelnicy traktowali jak nagrodę, w najwyższym stopniu frustracji jako konieczny krok do poprawy własnych umiejętności strzelniczych. Wyglądali dosłownie jak Legiony Polskie, różnili się wyglądem, uzbrojeniem ale duszą byli tymi samymi uciśnionymi Polakami z chęcią walki i zwycięstwa. Mimo wszystko jeden regiment nie mógł powstrzymać napory wroga.

Do twierdzy zawitał posłaniec, umazany krwią i błotem. Mundur, który nosił na sobie wskazywał, że niejedno już przeżył i w niejednym regimencie się tułał. Stanowił niezły kontrast dla czystych i zadbanych żołnierzyków Gołasa.
–Prowadźcie do przywódcy zacni wojowie – rzekł do nich. Ci doprowadzili go prosto do chaty oficerskiej gdzie Gołas i kilku dowódców namiętnie studiowało mapę i porozstawianej na niej małe znaczniki.
–Jaki informacje przynosisz pachołku? – zapytał najwyższy oficer.
–Nie dobre, oj niedobre. W ostatnich tygodniach upadły warownia Scotfielda, Barona von Fidershtrofa, Sir Granta z Wali, Spartakusa, Wercygetoryksa…
–Niedobrze – przerwał mu Gołas. – Aby nie marnować nam czasu powiedz lepiej, które warownie się ostały?
–Tylko Borysa Gierwaszenki, Ottona i niejakiego Czerwonego Pułkownika.
–Toż dopiero przedwczoraj odebrałem wiadomość od Filipa Kugliusza, że ich warownia dzielnie się broni!
–Tak było zaiste ale zacny Filip Kugliusz nie przewidział drugiej fali nadchodzących od północy i zachodu Sakubusów, otoczyli ich.
–Czyli to oznacza, że do najbliższej warowni mamy około szesnastu mil, nasza twierdza na nic się nie zda, trzeba nadać odpowiednią wiadomość do wszystkich większych miast. Trzeba ogłaszać odwrót zanim zostaniemy zgniecieni przez te piekielne demony.
–Ja również jestem za odwrotem
–I ja także nic nie zdziałamy
Nareszcie ozwał się sam najwyższy oficer:
–Macie rację towarzysze, siedzimy w tej zapchlonej, brudnej warowni jak jakie szczury od niepamiętnych czasów, a zbawienie nie spotkało jeszcze żadnego z nas. Nie mam zamiaru tu ślęczeć i czekać kolejnych kilku dekad w jałowej walce z piekielnym przeciwnikiem. Powiem wam więcej, zbawienie nie spotka nas nigdy, dlatego tu trafiliśmy i trafiać będziemy w inną piekielną potyczkę za każdym razem gdy jakaś brudna, zdradliwa gęba pozbawi nas naszego nędznego żywota. Zejdźmy z naszego brudnego piedestału niepokonani…

Wrócili niepokonani do najbliższego miasta, a tak regiment został rozwiązany. Niektóre miasta w sam czas dały radę się zabezpieczyć przed nadciągającą nawałnicą. Bogusław przez długi czas pozostawał bez konkretnego zajęcia. Przewodził małym grupką najemników jakich zawsze było pełno. Ktoś bał się przebyć drogę do sąsiedniego lub jeszcze dalej położonego miasta mógł liczyć na pomoc Gołasa i jego ekipy. Droga to była pomoc, wszak nikt za darmo nie nadstawi za ciebie karku. Tak leciały lata, dekady ani się spojrzał, a jako najemny strażnik przeżył dłużej niż niejeden tutaj. Demony nadal szalały, a nie mógł znaleźć się nikt kto by raz, a porządnie podjął z nimi walkę tak jak dawniej. Bano się otwarcie wypowiedzieć im wojny za bardzo się już rozszalała piekielna hałastra aby ją na powrót zagonić do wschodniej granicy. Jednak stało się i zbawienie przybyło. Pojawił się w czyśćcowej krainie szaleniec, któremu na powrót udało się zjednać ludzi i zgrupować nową ramię do walki z piekielnym ciemiężcą. Święty Aryjczyk takie nadał sobie imię i tak go zaczęto nazywać, nowa armia dostała miano Armii Czyśćcowej. Choć ideologia i sam przywódca były tak porąbane w dekiel, że Gołasowi na ich widok zbierało się na wymioty to dołączył do nich. Jaka by nie była armia czyśćcowa to była armią, a tylko armia była mu przeznaczeniem i rzemiosłem. Na froncie nie powalczył długo, szybko go doceniono i wysłano do miasta Reghhart aby dam rekrutował własny oddział i szybko dołączył do armii. Nie było zbyt dużego odzewu, jednak pewnego dnia przybył do niego gość którego by się nigdy u siebie nie spodziewał. Do punktu rekrutacyjnego zgłosił się człek, który móił, że zna go z dawnych lat jeszcze z ziemi. Gołas niechętnie go przyjął, nie poznał go początkowo, a nie był to nikt inny jak Majewski, bezczelnie przybył do Bogusława prosząc o jakiś wyższy stopień w jego oddziale powołując się na dawne czasy w Polskich Legionach. Bogusław nie zapomniał o nim, udowodnił mu to posyłając mu kulę w głowę…

Dzisiejszy dzień był nader spokojny, demony nie dokuczały zanadto, rekruci też nie przybywali zbyt tłumnie, a piwo w tawernie smakowało wyśmienicie idealny dzionek aby odpocząć od pełne trosk świata. Był to jeden z tych momentów kiedy same do głowy przychodziły przemyślenia. Czy aby na pewno robi dobrze? Na cóż mu te ciągłe boje i walki? I tak nie stanie przed bogiem choćby nie wiem ilu by zarąbał diabłów to Bóg nie da mu zbawienia. Nawet gdyby stanął przed nim, mógł go dotknąć i porozmawiać z nim nie uwierzyłby w jego istnienie, ot sztuczka, kolejny etap walki jaki go czeka. Nie miał motywacji więc po co to robił? Doczesne dobra prędzej by zdobył łupiąc i grabiąc, jak to robią niektórzy, gdyby chciał pomagać ludziom to zamiast walczyć nadaremno z demonami zająłby się wypiekiem chleba, murowaniem domów albo innym bardziej potrzebnym ludziom zawodem. Bezsensowny gnał do w coraz to nowe potyczki, kampanie, wojny, a czy warto mu się sprzeciwić? Siedząc w kącie tawerny nie miał pojęcia, że ktoś się do niego przysiądzie, a jednak ktoś siadł dokładnie naprzeciw niego. Było mężczyzna w kapeluszu z szerokim rondem, w długim skórzanym płaszczu.
–Witaj sierżancie! – rzekł nieznajomy. Gdzieś już słyszał te słowa, nie mógł ich jednak wypowiedzieć on, on już nie żył. Czyżby?
–Kim jesteś, że mnie tak zwiesz?
–Ja? Zwą mnie Pablo. Nie znam się na żołnierskich stopniach więc tak palnąłem.
–Możesz mi mówić Bogusław tak mam na imię
–Muszę ci się przyznać, że od jakiegoś czasu przyglądam się poczynaniom tej waszej czyśćcowej armii… - rzekł nie owijając w bawełnę Pablo.
–Szybko przechodzisz do rzeczy, powinieneś mi wcześniej coś postawić ale cóż jeżeli tak mówisz to muszę ci się przyznać, jeżeli chodzi o armię nękają mnie wątpliwości co do jej sensu.
–Domyślam się Święty Aryjczyk grzeje dupę w miastach, a wam każe walczyć nie wiadomo o co, mam jednak dla ciebie propozycję, a właściwie prośbę. Czy nie chciałbyś dołączyć do obrony mostu? To na pewno bardziej satysfakcjonujące niż siedzenie w tych barakach. – Po usłyszeniu tych słów Bogusław porządnie się zastanowił. Miał przed sobą szansę na wyrwanie się z armii, może przygodę, która odmieni jego marną egzystencje.
–Z chęcią się zgodzę ale tylko pod warunkiem, że postawisz mi piwo. – Obaj się uśmiechnęli.

Zanim jednak Gołas dołączył do broniących mostu musiał załatwić wiele spraw w Reghhart, podróż do Idop nie była sprawą prosto. Do pomocy wziął sobie kilku młodych rekrutów. Przed odjazdem, musiał też poczekać na informacje z frontu aby nie trafić w środek jakiejś większej potyczki. Łączne przygotowania do podróży trwały razem trzy miesiące po, których natychmiast wyruszył do Idop w towarzystwie 12 rekrutów. Podróż poszła nader sprawnie jedyne na co natrafili to mała grupkę demonów półtora mili od Idop. Wystarczyło kilka serii z karabinów aby pozbyć się niechcianego towarzystwa. Nie mając już zbytnio sił rozbili obóz właśnie tam aby z samego rana dotrzeć do miasta.

Bogusława obudziły dziwne krzyki i odgłosy bitwy. Dochodziły z oddali, od strony Idop. Bez wątpienia demony znowu zaatakowały, należało się do tego przyzwyczaić jako jeden z obrońców mostu będzie pewnie musiał stawiać im czoła co noc. Jednak po uważnym zlustrowaniu terenu oficer dostrzegł, że to nie jest tylko mała potyczka grupą demonów. Odkąd mógł dojrzeć ciągnęły oddziały, bo tak to już należało nazwać demonów i innego plugastwa. Ilekroć patrzył w niebo widział przelatujące setki harpii. Zbudził ludzi, porwał karabin, a gdy ci również się przygotowali ruszył razem z nim pędem ku Idop. Pół mili od miasta było już pełno diabelskiej hołoty. Bogusław starał się ich ominąć, a gdy jakiś stawał mu na drodze odrzucał go na bok ostrym i długim bagnetem. Był już koło mostu, gdy zestrzelona harpia upadła tuż na niego przygniatając go swym ciężarem. Stracił przytomność…
 
MrScoob jest offline