Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 16-08-2009, 15:19   #5
Czajnik
 
Czajnik's Avatar
 
Reputacja: 0 Czajnik nie jest za bardzo znany
Kolejna salwa pocisków wystrzeliła w powietrze niezliczoną ilość drzazg i wyłamała kolejne deski w burcie "Czarnej Klepsydry". Marynarze na francuskim galeonie "Gwiazda Paryża" już szykowali się do abordażu. Piraci z "Klepsydry" wiedzieli, że to jest ich ostatnia potyczka. Teraz, pod ostrzałem, przypominali sobie, jak głupie było ściganie tego francuskiego barku handlowego. Po tylu zwycięstwach wśród wysp Morza Karaibskiego dali się wciągnąć w pułapkę jak dzieci. Kilka kul połączonych łańcuchami wystrzeliło w kierunku statku i zerwało maszty. Salwa kartaczy przerzedziła znacznie załogę. "Gwiazda" zbliżała się nieubłaganie, gdy nagle, wśród huku wystrzałów padła komenda : "Dalej psy! Do abordażu! Niech Davy Jones wie, że zginęliśmy w walce! Nie damy się tym francuskim psubratom!" Wszyscy piraci podnieśli głowy na swego kapitana, który stał z liną w ręku i szykował się do skoku. W serca powrócił duch walki, piraci ścisnęli swe kordelasy i rzucili się na zdezorientowanych Francuzów. Wiedzieli, że walka była przegrana, ale jeżeli mieli pójść do luku Davy'ego Jonesa to przynajmniej uczynią to z honorem. A poza tym, mogli nawet iść do diabła, byle tylko towarzyszył im ich ukochany kapitan, William Torch. Przedostali się na galeon i rozpoczęli rzeź, siekając na prawo i lewo. Jednak przewaga Francuzów zmusiła ich do odwrotu. Torch zakrzyknął, by wszyscy wrócili z powrotem na "Klepsydrę". "Jeśli mam zginąć, to na mojej łajbie!" Kolejna salwa uderzyła w burtę pirackiego slupa. Statek zaczął tonąć. "Śmierć na morzu" - pomyślał Torch. - "To wymarzona śmierć dla pirata". Statek zanurzył się całkiem, a on stracił przytomność.

Obudził się na plaży, na małej wysepce nieopodal miejsca bitwy, gdy fale obmywały mu twarz. Wstał. Po Francuzach nie było śladu. Nie było też śladu jego załogi. Czyżby był jedynym, który ocalał? Oswajał się z tą myślą, błąkając się po wyspie przez następne kilka dni. Zajadał owoce, upolował nawet dziką świnię, główne źródło mięsa na Karaibach. W końcu, pod dwudziestu dniach spędzonych na wyspie, nie mając już nadziei na powrót. Mając przy sobie swój kordelas i muszkiet oraz jeden nabój, wyszedł w na plażę i ruszył wzdłuż brzegu, coraz bardziej zagłębiając się w odmęty oceanu. Wreszcie, gdy woda sięgała mu już do klatki piersiowej, William przystawił sobie lufę do skroni i strzelił.
Huk, dym, światło. Oślepiający blask. Torch inaczej wyobrażał sobie śmierć. Ocknął się na brzegu niewielkiego jeziorka. Woda była słona, prawie jak w morzu. Wokół niego roztaczała się pustynia, gdzieniegdzie w oddali widział zarysy drzew, lecz równie dobrze mogła to być fatamorgana. Pomacał się po głowie. Nie było żadnej rany, choćby zadrapania, choć przecież kula powinna przestrzelić mu czaszkę na wylot. Jednak gdy spojrzał na swój pas zobaczył, że kula nadal jest w kieszonce. Co więcej, jego kordelas jak i całe jego ubranie było jak nowe, mimo iż po bitwie był nie lada poszarpany. "Co to za diabelne sztuczki!?" - wykrzyknął. "Właściwie, mój przyjacielu, to sztuczki rodem z Czyśćca, jeśli można to tak ująć" - usłyszał za sobą. W jednej sekundzie wyciągnął swoje ostrze i wycelował w osobę za nim. Ku jego zdziwieniu cios został zablokowany przez sporej wielkości żelastwo. Co jeszcze dziwniejsze, owo żelastwo było w rękach... "Nie, to niemożliwe" - pomyślał. Rycerz, podobny do tych, których widywał na malowidłach stał tuż przed nim i wyciągał do niego dłoń. „Idź w cholerę, czarci synu! Nie wierzę, że to się dzieje naprawdę!” – wykrzyknął. Rycerz spokojnie odłożył miecz i przemówił raz jeszcze. „Jestem Rod Enkerbrand i tak, to co widzisz to Czyściec, a Ty z tych czy innych powodów się tu znalazłeś. Chodź, opowiem Ci wszystko po drodze do miasta.”

William, wciąż lekko oszołomiony całą sytuacją, ruszył za rycerzem i w drodze do Idop, bo tak się owo miasto zwało, wysłuchał historii o 10 przykazaniach Czyśćca zawartych na tablicach w 10 miastach, o armii demonów buszujących po tym miejscu, wreszcie o moście, który wszyscy mieszkańcy Czyśćca winni bronić, by uzyskać zbawienie i dostać się do Raju. W Idop zadomowił się szybko i odnalazł wśród tych realiów. Nigdy nie miał z tym kłopotów, a dzięki swej charyzmie i zdolnościom przywódczym szybko zebrał wokół siebie grono zaufanych ludzi. Kradł i napadał jak za życia na Ziemi, walczył z demonami ramię w ramię z szpitalikiem, Rodem Enkerbrandem, który był pierwszą osobą, jaką tu spotkał. Wreszcie założył w Idop tawernę i zbijał nie lada zysk na sprzedaży zaboli pędzonych ze świętych jabłek. Dzień w dzień dziwował się, że Bóg nie zesłał go jeszcze za to na potępienie. Wielu ludzi przychodziło do jego tawerny „Pod Rajskim Niebem”, ludzi z różnych epok. Lubił siadać razem z nimi i wysłuchiwać ich opowieści, a trzeba przyznać, że mieli oni równie ciekawe życiorysy jak i on. Nasłuchał się wiele od Roda o zamierzchłych czasach wojen z innowiercami, żołnierz z Europy, który urodził się około dwustu-kilkudziesięciu lat po nim opowiadał mu o strasznych konfliktach jakie się wydarzyły w XX wieku. Odwiedzał jego karczmę również młody mężczyzna z XXI wieku, który był wręcz maniakalnie zafascynowany piractwem i czasami w których żył William. Co więcej, okazało się, że jego historia obrosła w niemałą legendę w późniejszych wiekach po jego śmierci. William był rad, że jego skarbu nigdy nie odnaleziono i śmiał się do rozpuku, gdy usłyszał, jak szalone opowieści o nim krążyły. Może połowa z nich była prawdziwa. Pomyślał by kto – on równie sławny jak Edward Teach czy Bartholomew Roberts. Opowiadał więc mężczyźnie o swych przygodach niemal każdego wieczoru, kiedy ów odwiedzał jego karczmę. Inni również słuchali z zaciekawieniem. Wciąż wypadał ze swoją bandą na poszukiwania nieszczęśników, którzy przybyli do Czyśćca, tylko po to by ich okraść z tego, co ze sobą mieli. Spotkał nawet kilku piratów i w zamian za doprowadzenie ich do miasta i dołączenie do swej hałastry, otrzymywał od nich pociski do swego muszkietu oraz inne drogocenne rzeczy. W piwnicy pod karczmą miał sporą kolekcję butelek rumu. Życie po życiu układało mu się nad wyraz dobrze. Aż do czasu...


Teraz, odpierając ciosy nadlatujących harpii i innego plugastwa z radością wspominał te chwile. „Cholerne bestie przedarły się przez obronę mostu i atakują Idop. Jak do tego mogło dojść do licha?!” – głowił się nad tym. Ale nie czas teraz było na rozważania. Kolejna harpia podleciała do wieży strażniczej. Torch szybko dobył swój nóż i wbił go w pierś bestii, po czym odciął jej łeb kordelasem. „Idź do diabła czy skąd tam przylazłaś, harpio! Z butlą rumu i yo ho ho na ustach!” Nagle zza pleców usłyszał dziwne syczenie i sapanie. Obrócił się prędko, jednocześnie zadając cios. Krople krwi i resztki futra opadły na ziemię. Wilkołak stał może pół metra od niego, tak, że paskudny jego oddech Torch czuł bardzo dobrze. Rozwścieczona bestia uderzyła go łapą i pirat runął ze szczytu wieży niczym kamień. Miał jednak wyjątkowe szczęście spaść na innego wilkołaka, który krążył wokół wejścia. Zawsze był farciarzem. Zwlókł się z bestii i wycelował w nią swym muszkietem. Akurat na taką okazję zachował srebrną kulę, którą podwędził temu porąbanemu łowcy wampirów. Hellscream czy jak mu tam było. Jeżeli nawet srebro nie działa na wilkołaki, to z pewnością sama kula wyrządzi choć trochę szkód. Wystrzelił. Wilkołak zatoczył się, a on wykorzystał ten moment i z całej siły wraził ostrze kordelasa w bestię, która padła nieżywa na piach. Torch wpatrywał się teraz w górę, oczekując, że druga z bestii zeskoczy na niego. Nie spodziewał się jednak, że pójdzie dołem. Drzwi, przy których stał roztrzaskały się, a z wnętrza strażnicy wypadła na niego para zielonych ślepi i, co gorsza, rzędy ostrych kłów i pazurów. Torch odskoczył zgrabnie i przywalił wilkołakowi okutym buciorem prosto we włochaty łeb. Potwór zatoczył się, ale doskoczył do Torcha w trymiga i uderzył go łapą, robiąc trzy głębokie szramy na piersi. William rzucił się pędem do ciała harpii, którą wcześniej powalił i wyciągnął z niej swój sztylet, po czym szybko obrócił się i cisnął nim w atakującą bestię. Trafi w oko, po czym doskoczył i odciął jej łeb. "Yarrr - William Torch 1 - Demony 0". Pędem puścił się w stronę Idop, gdzie walczyli jego kamraci. Był już blisko ogrodzenia miasta, gdy zauważył, że wszyscy wycofują się, dościgani i rozszarpywani przez bestie. Uniósł w górę kordelas i z okrzykiem na ustach rzucił się im na pomoc, ale coś twardego uderzyło go w głowę. Zdążył się jeszcze obrócić i zobaczyć zarys postaci stojącej nad nim. A potem opadły go ciemności.
 

Ostatnio edytowane przez Czajnik : 16-08-2009 o 15:44.
Czajnik jest offline