Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-09-2009, 10:14   #1
Col Frost
Inne
 
Col Frost's Avatar
 
Reputacja: 53760 Col Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputacjęCol Frost ma wspaniałą reputację
[SW] Stracone pokolenie

Era D'an

Era i Caprice powróciły do dziwnie wyludnionej świątyni. Z rzadka można było w niej zobaczyć jakiegokolwiek padawana, o rycerzach już nie wspominając. Zaniepokoiło to obie Jedi. Jeszcze nigdy nie widziały Świątyni tak pustej. Przestronne korytarze i pomieszczenia wydawały się jeszcze większe niż na co dzień, gdy nie widywano w nich tylu osób. W momencie, gdy zmierzały w stronę windy, którą można wjechać na sam szczyt Wieży Wysokiej Rady, minął ich jakiś młody adept Mocy.


Era uważała, że najlepiej złożyć raport z odbytej misji Radzie i wtedy przy okazji dowiedzieć się gdzie zostali wysłani wszyscy nieobecni. Jej mistrzyni uważała inaczej. Była zbyt niecierpliwa, by czekać, aż mistrzowie Zakonu podzielą się z nią wiedzą na ten temat.

- Padawanie – zatrzymała chłopca.

- Tak, mistrzyni? – odpowiedział uprzejmie.

- Powiedz mi, co się stało ze wszystkimi Jedi. Dlaczego Świątynia jest niemal pusta?

- Nie wiem dokładnie. Wiem tylko, że dzisiaj zwołano specjalne posiedzenie Senatu, a zaraz po nim mistrz Windu zebrał wszystkich obecnych rycerzy i starszych padawanów, po czym wyruszył na jakąś planetę położoną w Zewnętrznych Rubieżach. Mnie uznano za zbyt młodego – dodał nieco zawiedziony.

- A twój mistrz poleciał z nimi?

- Tak, mistrzyni. Nikt nie wie właściwie co się dzieje. Wyruszyli wszyscy mistrzowie z Rady. Trochę to niepokojące. Świątynia została pod nadzorem mistrzyni Nu, która w tej chwili jest jedynym rycerzem w tym miejscu, a być może na całej planecie – w głosie chłopca można było rzeczywiście dostrzec, że czymś się niepokoi.

- Nie martw się – Era odezwała się łagodnym głosem. - Twojemu nauczycielowi na pewno nic nie będzie – pocieszyła go.

- Wcale się o niego nie martwię – oburzył się. - Mistrz Drallig jest jednym z największych szermierzy w Zakonie. Nic mu nie grozi.

- Cin Drallig to twój mistrz? - dziewczyna była pod wrażeniem.

- Tak i jestem z tego dumny – dokończył chłopak, po czym odmaszerował w sobie tylko znanym kierunku. Mali chłopcy nigdy nie lubią, gdy ktoś uważa, że się czegoś boją.

Złożenie raportu przed Radą było więc w tej chwili niemożliwe jako, że wszyscy jej członkowie udali się na Zewnętrzne Rubieże. Obie Jedi dowiedziały się jednak skąd pozyskać informację o celu wyprawy Mace'a Windu i pozostałych. Udały się do archiwów.


Spotkały tam mistrzynię Jocastę Nu, która uwielbiała udzielać informacji na wszelkie tematy. Jej ogromna wiedza, którą tak lubiła się dzielić, spowodowała nawet, że została członkiem Wysokiej Rady. Po jakimś czasie zrezygnowała z tego stanowiska, by móc zostać opiekunką biblioteki i właśnie w tym miejscu prawdziwie się odnalazła. Zapytana o powód pustek w Świątyni, chętnie wszystko wyjaśniła:

- Słyszałyście o Hrabim Dooku? Och, jestem pewna, że słyszałyście. Któż o nim nie słyszał w tych niespokojnych czasach? To był zawsze taki miły chłopak. Często przychodził tu do biblioteki, by poznać kolejne tajemnice Galaktyki. Interesowało go niemal wszystko i świetnie chłonął wiedzę. Jaka szkoda, że opuścił Zakon – rozczuliła się. - Wiecie z pewnością, że to on założył Sojusz Separatystyczny i zaczął namawiać poszczególne układy do opuszczenia Republiki? Byliśmy ślepi uważając, że robi to w imię swoich przekonań. Dooku przeszedł na Ciemną Stronę. Przy okazji jakiegoś śledztwa Rada dowiedziała się o jego działaniach na planecie zwanej Geonosis. Zebrał tam przedstawicieli Federacji Handlowej, Unii Technokratycznej, Intergalaktycznego Klanu Bankowego, Gildii Kupieckiej i innych potęg trzymających w swoich rękach tysiące systemów. Okazało się, że ten cały Sojusz ma na celu zniszczenie Republiki i zapanowanie nad Galaktyką. Właśnie dlatego mistrz Windu zebrał kogo się dało i wyruszył, by położyć kres temu szaleństwu. Jeżeli mu się nie uda znowu będziemy mieli wielką wojnę. Tysiąc lat pokoju, tylko na tyle mogła liczyć Galaktyka po pokonaniu wszystkich Sithów. Miejmy nadzieję, że na Geonosis sprawy potoczą się pomyślnie...

* * * * *

Jedi pojawili się następnego dnia. Mistrz Windu powrócił z grupą kilkudziesięciu rycerzy i padawanów. Rozkazano wysłać sygnał do wszystkich strażników pokoju, rozproszonych po całej Galaktyce z różnorakimi misjami, nakazujący natychmiastowy powrót do Świątyni. Co ważniejszym mistrzom pokrótce wyjaśniono zaistniałą sytuację, porozumiewając się z nimi za pomocą Holo-Netu.

Na Geonosis poległo prawie dwustu Jedi. Gdyby nie nagłe przybycie armii klonów, która została zamówiona dla Republiki u klonerów w systemie zwanym Kamino, Dooku i jego armia droidów niechybnie zniszczyłaby cały trzon Zakonu, pozostawiając Republikę właściwie bezbronną. Na szczęście mistrz Yoda przybył niemal w ostatniej chwili by uratować rycerzy, którzy przetrwali i jednocześnie rozbić siły Separatystów zgromadzone na planecie.

Hrabia Dooku i inni przywódcy Sojuszu zdołali jednak uciec. Stało się jasne, że po Galaktyce rozprzestrzeni się kolejna wojna. A do takich nazw jak Wielka Wojna Nadprzestrzenna, Wojny Mandaloriańskie, czy Nowe Wojny Sithów, wkrótce dołączą Wojny Klonów.

Gdy obie strony konfliktu powoli gotowały się do walki, na Coruscant zaczęli powracać rycerze, wcześniej wysłani z przeróżnymi zadaniami, w różne zakamarki wszechświata. Wieści o wydarzeniach z Geonosis i o przejściu Dooku na Ciemną Stronę rozeszły się błyskawicznie. Rada nie wysłuchała ani jednego raportu z misji, które wcześniej sama zaleciła. Zapowiedziano tylko by zgłaszał się każdy kto ma do przekazania jakie wieści na temat wojny. Sama Rada, w nieco uszczuplonym składzie, spowodowanym brakiem dwóch mistrzów poległych w ostatniej bitwie, zamknęła się w swojej komnacie i całymi dniami debatowała nad następnymi posunięciami. Zapowiedziano też wielką uroczystość ku czci poległych na Geonosis.

Kastar Induro

Gdy Kastar powrócił do Świątyni, przywitał go jego dawny mistrz, który również został przywołany ze swojej misji. Asmen Tentor został wcześniej wysłany na Nar Shadda w celu wytropienia źródła narkotyku zwanego Nerod, który ostatnio zaczął się rozprzestrzeniać po niektórych układach. Poinformował swojego ucznia o tym dlaczego wszyscy zostali zawróceni z powrotem do stolicy. O tym co działo się przez blisko 10 lat na Kamino, o zdradzie Hrabiego Dooku, o bitwie na Geonosis i nadchodzącej wojnie. Cała sytuacja wydawała się bardzo podejrzana, ale nie można było nic z tym zrobić. Klony, mimo że ich pochodzenie było niepewne, były w tej chwili potrzebne. Podobnie przypadek, że ktoś prowadzący śledztwo w sprawie próby morderstwa, natyka się na spisek przeciwko Republice, był nietypowy.

Do tego dochodziła jeszcze kwestia tego co Dooku powiedział rycerzowi Obi-Wanowi Kenobiemu o drugim Sithcie, który podobno kontroluje Senat, a w konsekwencji Republikę. Wieść o tym rozchodziła się jeszcze szybciej niż informacje o bitwie. Wiele osób brało ją za kompletną bzdurę, która po prostu miała nakłonić Kenobiego do przejścia na Ciemną Stronę. Niektórzy jednak doszukiwali się w tym czegoś więcej. Dobrze wyszkolony rycerz jakim był Obi-Wan powinien móc zorientować się czy jego rozmówca mówi prawdę. Nie musiał mu powiedzieć całej prawdy, albo przedstawić ją z pewnego punktu widzenia, ale pozostawało to prawdą. Ci, którzy obalali tę teorię odpowiadali, że Ciemna Strona może przytłumić zmysły Jedi.

W Zakonie panowała wielka niepewność. Ci, którzy znali Dooku za czasów jego pobytu w Świątyni, zastanawiali się jakim cudem mógł on ulec i zostać Sithem. Inni starali się patrzeć w przyszłość. Co czeka Republikę i Zakon? Jak potoczy się wojna?

- Spokojnie. Co ma być, to będzie – uspokajał swego ucznia Asmen. - Skup się na tym co jest tu i teraz. Od bieżących wydarzeń zależą przyszłe, a tego co się wydarzyło już się nie zmieni – mawiał, gdy Kastar próbował spytać o jego zdanie w różnych sprawach.

Rada nie chciała przyjąć raportu o misji na Kashyyyk. A może nie tyle nie chciała, co nie miała czasu. Teraz liczyła się tylko wojna i sprawa Dooku. Należało go jak najszybciej powstrzymać. Jego i Separatystów. Dopiero po paru dniach znaleziono chwilę, na coś innego. Niedługo miała się odbyć uroczystość ku czci poległych na Geonosis.

Shalulira Qua'ire

Lira dotarła na Coruscant dopiero kilka dni po bitwie o Geonosis, więc jej niewiedza na ten temat często spotykała się ze zdziwieniem. Podstawowe wiadomości usłyszała od rycerza Maksa Leema. On sam również przebywał poza Coruscant, gdy Mace Windu zbierał swój zespół uderzeniowy, ale wrócił wystarczająco dawno, by zorientować się w sytuacji. Ponieważ był dobrym przyjacielem Ennriana, znał również Shalulirę. Gdy ta przybyła do Świątyni podszedł do niej ze smutną miną.


- Co się stało? Skąd to nagłe wezwanie? Wszyscy je dostali?

- Spokojnie moja droga, spokojnie. Wszystko ci wytłumaczę.

Młoda Jedi dowiedziała się więc o tym, że podobno mistrz Sifo-Dyas zamówił na Kamino armię klonów, która teraz dzięki rozporządzeniu kanclerza, stała sie Wielką Armią Republiki. Maks opowiedział jej o pojmaniu rycerza Obi-Wana Kenobiego i jego padawana na Geonosis i o Dooku, który okazał się nie politycznym idealistom, a pragnącym władzy Sithem. W końcu Lira usłyszała o bitwie, która rozpoczęła cały, trwający teraz, konflikt.

- A gdzie jest mistrz Ennrian? - spytała w końcu.

- Widzisz, to najtrudniejszy dla mnie moment. Ennrian był częścią grupy mistrza Windu. On... on nie żyje – wykrztusił w końcu Grad.

Nie żyje? Nie, to niemożliwe. Shalulira wiedziała, że to niemożliwe. Wiedziała by o tym. Poczuła by, gdyby jej mentorowi coś się stało. Przecież przez te wszystkie lata treningu wykształciła się pomiędzy nimi ta więź jaka zwykle powstaje między mistrzem i padawanem.

- To niemożliwe. Mylisz się. Wiedziałabym o tym. Poczułabym – stwierdziła z całą stanowczością.

- Moja droga, uspokój się proszę. Chciałbym aby było inaczej. Chciałbym zaufać twoim przeczuciom, to w końcu najbliższa ci osoba, ale zrozum. Było wielu świadków. Twój mistrz został zastrzelony z blastera, w plecy. Zaraz przed odlotem kanonierek. Widziano go jak leżał na arenie.

- Nie, to nieprawda – upierała się Lira. Wierzyła głęboko, że jej mistrz żyje. Czuła to i tak właśnie było. Niech inni mówią co chcą, ale on żyje. Żyje i lada dzień pojawi się w Świątyni. Tak, na pewno tak będzie.

Dziewczyna uspokajała samą siebie i to bardzo skutecznie. Gdy opadły już emocje, zwróciła uwagę, że przy mistrzu Leemie stoi jakiś chłopak z cienkim warkoczykiem za lewym uchem.

- To twój padawan, mistrzu?

- Tak. Gdy widzieliśmy się ostatnim razem Whie wciąż trenował z młodzikami, więc nie mogłaś go jeszcze poznać. Ale to było już dosyć dawno. Wtedy ty byłaś jeszcze padawanką. W sumie nie pogratulowałem ci pasowania na rycerza. Ennair na pewno był bardzo dumny.

- Dziękuję – dziwnym sposobem myśli o mistrzu wcale nie przeszkadzały. Fakt, że mógł być dumny ze swojej uczennicy, wręcz uspokajał. W końcu on żyje. Nie zginął – Życzyłabym sobie, aby był ze mnie dumny – po czym zwróciła się do chłopca. - Mam na imię Shalulira Qua'ire, ale inni mówią do mnie Lira. A ty jak się nazywasz?

- Whie Malreaux – odpowiedział jedenastolatek. „Malreaux? Z tych Malreaux z Vjun?” młoda Jedi zastanowiła się.

Dziewczyna nie mogła zdać swojego raportu Radzie, gdyż ta nie zajmowała się w tej chwili niczym innym poza wojną. Musiała więc spokojnie czekać na jakikolwiek rozkaz. Spodziewała się go lada chwila, ale jeszcze wcześniej spodziewała się ujrzeć swego mistrza w wejściu do Świątyni. Dni jednak mijały, a nic takiego nie miało miejsca. Ennair wciąż uważany był za martwego. Tylko jego była padawanka uważała, że jest inaczej. Zbliżał się czas ceremonii, która miała oddać cześć poległym niedawno Jedi.

Tamir Torn

Tamir przybył na Coruscant nawet nie wiedząc po co właściwie musiał wrócić. Przez całą powrotną drogą zastanawiał się co mogło być na tyle ważne, by koniecznym stało się przerwanie jego misji. Nigdy coś takiego się nie zdarzyło. Co prawda kilkukrotnie zawalał polecone mu zadanie, ale później on lub ktoś inny naprostowywał całą historię. Teraz nagle dzieje się coś o wiele ważniejszego niż to co w jego ręce Rada powierzyła kilka dni temu. Co więcej jest to tak ważne, że nie może się tym zając nikt inny prócz Tamira. Bo chyba nagle wszyscy Jedi nie są zajęci, żeby ktoś nie mógł go wyręczyć?

Okazało się jednak, że są. Wszyscy rycerze, a nawet ich padawani są zaangażowani w jedną sprawę. Tamir również ma w niej odegrać swoją rolę. Yalare tłumaczyła właśnie swojemu byłemu padawanowi co zaszło w Galaktyce w czasie kilku ostatnich dni. Gdy młody Zabrak był zajęty rozbijaniem szajki, której celem był zamach na ambasadora Kintanu na Alderaanie, a potem pościgu za przywódcą tej szajki, którym okazał się być Korel, Republika stanęła na krawędzi zagłady.

Konfederacja Niepodległych Systemów nie była zjednoczeniem, które chciało tylko odseparować się od Republiki. Była to organizacja, która chciała zniszczenia Republiki i zajęcia jej miejsca, na dodatek za każdą cenę. Przywódca CIS (Confederacy of Independent Systems – Konfederacja Niepodległych Systemów), Hrabia Dooku, przeszedł na Ciemną Stronę Mocy i przekonał przywódców wielu układów do swoich racji. Tajne zgromadzenie, które miało przypieczętować traktat umożliwiający połączonym armiom zagrozić Republice, zebrało się na Geonosis i gdyby nie śledztwo w sprawie jakiegoś zabójstwa, albo próby zamachu, nikt by się o tym nie dowiedział. Na szczęście prawda wyszła na jaw i ponad dwustu Jedi wyruszyło, by pokrzyżować te plany.

Przeżyli nieliczni, ale dzięki Armii Klonów, której pochodzenie również jest nie do końca pewne, udało się zadać Separatystom mocny cios. Niestety nie udało się pochwycić ich przywódców, którzy uciekli z planety, skutkiem czego nad Galaktyką zawisło widmo wojny.

Wysoka Rada postanowiła skupić się wyłącznie na tym konflikcie i przerwać wszelkie inne zadania, które zostały uznane za mało ważne. Wszyscy rycerze zostali ściągnięci z powrotem do Świątyni i teraz mają oczekiwać na uroczystość ku pamięci poległych na Geonosis, a potem na rozkaz do wymarszu.

Nejl Ricon

Nejl czuł rozczarowanie. Tak niewiele brakowało by mógł się spotkać z Dajin, a teraz musiał wracać czym prędzej na Coruscant. Z Wewnętrznych Rubieży dotarł do stolicy Republiki szybciej od wielu Jedi. Zaledwie dzień wcześniej wysłano sygnał nakazujący powrót do Świątyni. Młody rycerz nie mógł znaleźć ani swojego mistrza, ani najbliższego przyjaciela, którzy prawdopodobnie byli w trakcie powierzonych im misji, gdy otrzymali rozkaz. Spróbował dowiedzieć się czegoś od młodych padawanów, ale ich informacje często były sprzeczne i niewiele wyjaśniały.

Wszystko czego Ricon zdołał się dowiedzieć to, że wybuchła wojna przeciw Separatystom. Przywódca Konfederacji okazał się być Sithem i planował zniszczenie Republiki, ale na szczęście Zakon w porę się o tym dowiedział i wysłano ogromną liczbę rycerzy na planetę, na której przebywał. Nejl miał jednak problemy z ustaleniem liczby wysłanych Jedi i nazwy planety, gdyż to nie zawsze sie zgadzało. Dopiero gdy następnego dnia mistrzyni Jocasta Nu zaczęła rozgłaszać co na prawdę się wydarzyło, wszystko stało się jasne. Robiła to z polecenia Rady, która chciała powstrzymać szerzące się plotki.

Wysłano dokładnie 212 Jedi, którzy za zadanie mieli pojmać Dooku i innych liderów Konfederacji. Niestety droidów bojowych było znacznie więcej, przez co prawie wszyscy rycerze polegli. Gdyby nie odsiecz mistrza Yody, który przybył ze świeżo sformowaną Wielką Armią Republiki, prawdopodobnie nikt by nie ocalał, trzon Zakonu zostałby zniszczony, a Republika straciłaby swoich najznamienitszych obrońców.

Mimo, że klony, które tworzyły republikańskie wojsko, pobiły droidy Separatystów, zadając im ogromny cios i wręcz je dziesiątkując, przywódcy rebelii, jak przez niektórych został nazwany CIS (Confederacy of Independent Systems – Konfederacja Niepodległych Systemów) zdołali uciec. Teraz cała Galaktyka szykuje się na wojnę. Podobnie Rada nie myśli o niczym innym. Wszelkie pozostałe zadania przestały mieć znaczenie, a przed wyruszeniem na wojnę mistrzowie znaleźli czas tylko na jedno. Na oficjalną ceremonię ku czci poległych na Geonosis.

Wszyscy:

Na placu przed świątynią zgromadzili się wszyscy, obecni na Coruscant, Jedi. W sumie były ich tam setki, wszyscy z twarzami ukrytymi pod kapturami. O obecności niektórych nie wiedzieli nawet sami zgromadzeni. Nikt nie dojrzał skrytego w cieniu Jona Antillesa lub obserwującej wszystko z góry An'yi Kuro. Ale niewielu koncentrowało się na czymś poza nadchodzącą ceremonią. Niemal każdy znał kogoś kto juz nie wrócił z Geonosis. Wielu odczuwało dziwną pustkę po śmierci mistrza, ucznia, przyjaciela, czy w niektórych przypadkach nawet brata lub siostry.

Na środku placu ułożono olbrzymi stos drewna. Ciała poległych rycerzy spalono niedługo po bitwie, ale teraz należało oddać należną im cześć. Nie wszyscy jednak byli w stanie to zrobić. Kilka osób zastanawiało się gdzie jest mistrz Tholme, znany ze swojego talentu do działania w ukryciu. Inni nie mogli dojrzeć sławnego szermierza, Sory Bulqi. Wielu Jedi już wyruszyło na czele Armii Republiki, by przeciwstawić się zagrożeniu ze strony Separatystów. Jeszcze większa ich ilość miała wyruszyć w ciągu następnych kilku dni.

Na środek wyszedł Mace Windu. Trzymając w ręku jakąś listę zaczął przemawiać:

- Zebraliśmy się tutaj wszyscy, by uhonorować naszych braci, którzy poświęcili swoje życia dla Republiki i pokoju w Galaktyce. Nie smućmy się jednak tym, że nie ma ich już wśród nas. Do tego zostali wyszkoleni. Do tego zostaliśmy wyszkoleni my wszyscy. By chronić tych, którzy sami nie mogą się obronić, by szerzyć pokój na wszystkie gwiezdne układy, by nie pozwolić zatriumfować niesprawiedliwości. Nawet za cenę własnego życia.

Po tym wstępie mistrz spojrzał na trzymaną w ręku listę i zaczął ją odczytywać. Niemal każdy znał dokładnie przebieg bitwy o Geonosis. Znano sposób śmierci wielu poległych rycerzy, szczególnie tych słynniejszych.

- Mistrz Eeth Koth, członek Najwyższej Rady Jedi...

Zginął w kanonierce, w momencie, gdy wraz z innymi wydostał sie już z piekła na Arenie.

- Mistrz Coleman Trebor, członek Najwyższej Rady Jedi...

Został zastrzelony przez jakiegoś łowcę nagród, gdy porwał się na próbę zabicia samego Dooku.

- Joclad Danva...

Wspaniały szermierz, który zginął dosłownie chwilę przed pojawieniem się klonów.

- Mistrzyni Ur-Sema Du...

Zabita w tajemniczych okolicznościach w katakumbach.

- Tarados Gon...

Śmierć poniósł w tej samej kanonierce co Eeth Koth.

- Sar Lobooda...

Siostra członkini Rady, Depy Billaby.

- Ennair...

Lira poczuła nagle jakiś ciężar na żołądku. Wyczytanie imienia jej mistrza, z imionami tych wszystkich poległych Jedi, uświadomiło ją, że być może jednak się myli. Przecież tyle osób twierdzi, że on nie żyje. Między innymi mistrzowie Zakonu, którzy przecież zasiadają w Radzie dlatego, że są największymi umysłami. Dlaczego to ci wszyscy ludzie sie mylą, a nie jedna Lira? Nie! Przecież by poczuła gdyby jej mentor zginął. Z pewnością. A jeżeli ta więź pomiędzy nauczycielem i uczniem się nie wykształciła? A jeżeli zbytnio ufa swoim umiejętnościom? Nie, na pewno nie. A może...

- Sta-Den Eekin, Lumas Etima, Sarrissa Jeng...

Lista zdawała sie nie mieć końca. Jednak to nie strata wielu wspaniałych rycerzy wstrząsnęła najbardziej umysłami młodych padawanów i młodzików. Urodzili się i wychowywali w świecie, w którym Jedi byli niepokonani. Owszem od czasu do czasu, któryś z nich ginął, ale to Zakon ostatecznie triumfował. Zawsze przywracał pokój tam gdzie trwała wojna. Zawsze zwyciężał, nawet jeżeli przeciwnik był kilkukrotnie liczniejszy. Tymczasem wystarczył jeden użytkownik Ciemnej Strony Mocy by tylu Jedi, mistrzów, rycerzy i padawanów, musiało zginąć. Hrabia Dooku przerażał wielu samym istnieniem.

- Sephjet Josall, Chankar Kim, mistrz Lyron, Ichi-Tan Micoda, Nat-Sem, Khaat Qiyn, padawan Stam Reath...

Śmierć padawanów również była swego rodzaju wstrząsem. Droidy zdawały sie nie odróżniać młodych i niedoświadczonych uczniów od dorosłych i potężnych rycerzy. Strzelały do każdego. A może nawet tym chętniej, jeżeli przeciwnik był słabszy, a szansa na pozbycie się go większa?

- Que-Mars Redath-Gom, Fi-Ek Sirch, padawan Galdos Stouff, Nicanas Tassu, Lura Tranor...

Mace wciąż czytał kolejne nazwiska. Zdawało się, że nie robi to na nim żadnego wrażenia, ale ci, którzy znali go lepiej, wiedzieli doskonale, że zachowuje się nieco inaczej niż zwykle . Wiedzieli, że każde kolejne imię dźga w serce rycerza jak rozżarzony nóż. To on powiódł ich na tą przeklętą planetę i to on, w głównej mierze, jest odpowiedzialny za ich śmierć. Poprowadził tam 212-tu Jedi, z których jedynie 33-ech przetrwało bitwę. Aż 179-ciu nigdy już nie opuści tamtego miejsca.

- Padawan Tu'ala, mistrz Va'too, padawan Tan Yuster – dokończył Windu.

Na dłuższą chwilę zapadła absolutna cisza. Wszyscy starali sie oddać należyty szacunek poległym Jedi. Trudno powiedzieć jak długo nikt się nie odezwał. Czas zdawał się stanąć w miejscu, a co gorsza wiele osób spodziewało się, że gdy wreszcie ruszy, nie przyniesie ze sobą nic dobrego.

Następnie podpalono wielki stos i znów wszyscy zamilkli, wpatrując się w płomienie i przypominając sobie twarze, których mieli już nigdy nie zobaczyć. Ilu z nich również nie dożyje końca wojny? Ilu połączy się z Mocą juz niedługo? Odpowiedź była znacznie gorsza niż się ktokolwiek spodziewał.

Gdy ogień przygasł mistrz Windu ponownie zabrał głos:

- Jako odpowiedzialny klęski Zakonu na Geonosis, bo strata tak wielu wspaniałych rycerzy jest niewątpliwie klęską i jako, że odpowiadałem za ich życie, zrzekam się tytułu Mistrza Zakonu i przewodniczącego Najwyższej Rady Jedi. Moim następcą będzie mistrz Yoda.

Wiele osób zszokowała ta wiadomość. Nigdy w przeszłości, żaden Mistrz Zakonu nie rezygnował z tego najważniejszego tytułu. Ostatnie wydarzenia musiały rzeczywiście odbić się negatywnie na jednym z największych Jedi.

Miejsce do przemawiania zajął teraz następca Windu. Niewielu było w stanie go dojrzeć, więc większości musiał wystarczyć jego głos:

- Smutny dla Zakonu to czas. Pora jednak by się martwić to nie jest. W przyszłość spojrzeć musimy. Wielkie zagrożenie nad Galaktyką zawisło. Hrabia Dooku i armia droidów zostać powstrzymane muszą. Przyjaciół poległych na Geonosis nie opłakujcie więc. Zapominać o nich nie zapominajcie, w pamięci ich czcijcie, ale na teraźniejszości się skupić musicie. Czas próby przed nami.

Mistrz odchrząknął i kontynuował dalej:

- Wybrać nowych członków Rady, w miejsce mistrzów Kotha i Trebora, musimy. Przedyskutowała ten problem Rada już. Do dwunastki mistrzowie Fisto i Kolar dołączą.

Obaj wymienieni rycerze dołączyli do dziesiątki mistrzów stojących najbliżej popieliska. Wydawało się, że Yoda powinien jeszcze coś powiedzieć, ale ogłoszenie nowego składu Rady zakończyło całą uroczystość poświęconą poległym 179-ciu Jedi. Zgromadzeni powoli zaczęli się rozchodzić.

* * * * *

Następnego dnia Rada zaczęła masowo przydzielać nowe zadania. Kolejni rycerze wyruszali na front, lub misje innego rodzaju, ale zawsze wymierzone przeciwko Konfederacji. Tymczasem Senat postanowił oficjalnie, że to właśnie Jedi będą dowodzić Wielką Armią Republiki oraz przydzielił im rangi generałów i komandorów. Wojna zaczynała się rozprzestrzeniać, a obrońcy pokoju stali się jej znaczącą częścią...
 

Ostatnio edytowane przez Col Frost : 05-09-2009 o 08:20.
Col Frost jest offline