Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-09-2009, 14:04   #4
Lirymoor
 
Lirymoor's Avatar
 
Reputacja: 26 Lirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodzeLirymoor jest na bardzo dobrej drodze
Caprice Leh oczekiwała na była padawankę na lądowisku w świątyni.
Niedługo po wyjściu z nadprzestrzeni rozdzieliły się żeby szybciej załatwić formalności. Twi’lekanaka odstawiła frachtowiec wraz z Orinem Vasirem do wskazanej przez senatora Telos kliniki. W tym samym czasie Era promem udała się do samego dostojnika by przekazać mu pełną dokumentacje prac nad badań biologiczną które zdołała przejąć i powierzyć opiekę nad córkami chorego naukowca.
Układ ten nie bardzo podobał się dziewczynie, zostawianie pacjentów bez opieki było sprzeczne z jej naturą, jednak szybciej posłałaby senatorowi odbezpieczony granat niż Caprice. Była tylko jedna grupa istot z którą Mistrzyni dogadywała się gorzej niż z członkami Rady Jedi i należeli do niej wszelkiej maści dostojnicy Republiki.


- Z czego się tak cieszysz? – Twi’lekanka przywitała Erę zawadiackim mrugnięciem po czym uniosła brwi w zdziwieniu.
- Chociażby z powrotu do domu – odparła ruszając żwawym krokiem do wejścia. Po chwili uśmiechnęła się szelmowsko i ponownie zwróciła do Mistrzyni.
Powinnaś zobaczyć minę senatora kiedy te dwa małe mynocki wrzeszcząc wniebogłosy rozlazły mu się po apartamencie.
Caprice parsknęła śmiechem, podążała obok prężnym krokiem pomimo wyraźnego utykania i opatrunku opinającego łydkę.
Kilkuletnie panienki Vasir były równie rozbestwione co ich ojciec, co więcej wydawały się być zupełnie nieświadome tego, że jeszcze kilka dni wcześniej zostały porwane. Gdy dodać jeszcze do tego całkowity brak nieśmiałości i dystansu wobec obcych otrzymywało się dwa tornada które w czasie lotu zdążyły fizycznie wykończyć całą załogę frachtowca.
- Cóż, jedno trzeba naszemu senatorowi przyznać. Twardy jest. „Oczywiście, zapewnię należytą opiekę tym dwóm rozkosznym maleństwom” zdołał to wykrztusić nawet po tym jak się mu już dobrały do kolekcji zabytkowej alderaańskiej porcelany – ciągnęła gdy przekraczały próg porzucając za sobą chłodne wiatry lądowiska na rzecz ciepłego i przestronnego wnętrza.
Spokój. Gdyby ktoś kiedyś poprosił Erę o zdefiniowanie tego pojęcia pokazałaby po prostu hologram tych korytarzy. Uczucie zdawało się być wbudowane w mury Świątyni. Oddychając jej powietrzem dziewczyna wciągała do płuc poczucie bezpieczeństwa.
Zamarła na chwile po prostu wdychając atmosferę murów. Czasami nie pojmowała jak bardzo była spięta nim w końcu się nie rozluźniła.
Twarz której skrajny kontrast niemal białej cery i czarnych włosów nadawał niekiedy upiornego wyrazu stała się znacznie pogodniejsza. Tak samo oczy, jedyne naprawdę wyraźne świadectwo dwoistej natury Ery złagodniały. Srebrne stłumiło swój zwyczajowy chłodny blask, zaś ciemne przestało przypominać bezdenną otchłań, nabierając w mdłym świetle korytarza ciepłej, czekoladowej barwy.
- Strasznie tu cicho i… pusto – stwierdziła Caprice, jak zawsze usłużna w odbieraniu swojej byłej uczennicy spokoju.
- Dla ciebie zawsze jest cicho, jeśli nic w okolicy akurat nie płonie ani nie wybucha – skwitowała Era nieznacznie marszcząc brwi. Istotnie pustki na korytarzach wydawały się niepokojące. Wróciło irytujące uczucie rozdrażnienia, którego wcale do szczęścia nie potrzebowała. A było już tak pięknie.
Chodźmy zobaczyć się z Radą.
Ruszyła przed siebie wypełniając zaległą w pomieszczeniu cieszę miarowym stukotem obcasów o posadzkę. Caprice dołączyła wciąż rozglądając się uważnie, dziewczyna dobrze znała to skoncentrowane spojrzenie. Wiele razy gościło na twarzy twi’lekanki, zazwyczaj stanowiło pierwszy zwiastun kłopotów w jakie Mistrzyni zwykła radośnie wpadać targając za sobą krzyczącą i wierzgającą uczennice.
Tym razem na szczęście nagły zryw znalazł znacznie mniej drastyczne ujście, w postaci pierwszej napotkanej osoby której jednak przyszło im długo szukać. Puste korytarze wyglądały samotne.
- Tam ktoś jest… – Caprice wskazała samotnego chłopca wędrującego korytarzem, w otoczeniu majestatycznych kolumn drobna sylwetka wydawał się nieprzyjemnie smutna.
- Może darujemy sobie maltretowanie dzieci i pójdziemy po informacje do źródła, to znaczy do Rady? – wtrąciła Era tylko po to by zostać całkowicie zignorowana.
- Padawanie! – twi’lekanka ruszyła przed siebie zdecydowanym krokiem.
Tak to się kończy jak nie udaje mi się jej dość szybko złapać za lekku skwitowała ponuro w myśli nie mogąc zrobić wiele więcej jak podążyć za mentorką.
******
Rewelacje Jocasty Nu z pewnością nie były tym czego spodziewała się po powrocie do Świątyni. Mimo powagi z jaką sędziwa bibliotekarka przedstawiła fakty Era w pierwszej chwili zwyczajnie postanowiła sprawę zignorować.
Wojna zawsze jawiła się jej jako domena fanatyków i biedniejszych światów. W wysoko rozwiniętych, konsumpcyjnych cywilizacjach nie miała praktycznie racji bytu. Na wszystkie diamenty Arkanii żyli przecież w Galaktycznej Republice. Czy istniała społeczność bardziej wygodna i konsumpcyjna?
Wolała nie odpowiadać sobie na te pytania. Zamiast tego weszła w stary wypróbowany schemat mający przygotować ciało i umysł do następnej misji. Priorytetem był sen. Gdy w końcu uznała, że ma go dość pewnych faktów nie można już było ignorować.
******
W milczącym tłumie Era czuła się jak jedna z wielu komórek organizmu. Maleńka część większej całości. Przystosowana do samodzielnego istnienia, pełna czuła się tylko jako część tego większego organu. Rycerze wokół niej choć skrajnie różni wiekiem, rasą czy wyglądem dzielili jeden i ten sam rdzeń wychowania, światopoglądu, niesionego przez życie brzmienia. Jednoczyli się w dumie, krzywdzie, nadziei, bólu, wierze. I dlatego pojmowała wagę i konieczność tej ceremonii. W nadchodzącym czasie ta jedność mogła być kluczowa dla przetrwania Zakonu i wszystkiego co sobą reprezentował.
Każdy organizm potrzebował zdrowych, sprawnych i współdziałających komórek jeśli miał przetrwać. Zwłaszcza, ze był ranny.
Pośród poległych najbliżsi chyba byli jej członkowie Rady, ale i oni byli głównie elementem otoczenia. Jak posągi w holu, dumne symbole skłaniające do refleksji, wzory do naśladowania. A pozostali? Znała ich nazwiska lub twarze, w końcu tyle lat koegzystowali tyle lat jako części tej samej machiny. Jednak nie umiała ich do siebie przypasować. Nie znała ich marzeń, przyzwyczajeń, sposobu wysławiania się, rytmu kroków i innych drobnych szczegółów które czynią ludzi unikatowymi. Nie jej przyjdzie sprzątać ich rzeczy osobiste z kwater. Mimo to nosiła w sobie cząstkę żałoby.
Tak długo stanowili tło dla małego osobistego świata jaki w sobie nosiła, element który każdy tak długo uważała za niezmienny, wieczny. Gdyby ginęli pojedynczo w większych odstępach czasu nic by nie zauważyła. Ale w momencie gdy wyrwano ich wszystkich razem powstałą pustka była nie do przeoczenia. Wszystko się zmieniło, zbyt skrajnie i nagle by obejść się bez szoku i poczucia straty. Każdy z nich odchodząc odebrał Erze coś ważnego.
Poczucie bezpieczeństwa, ustalony porządek świata i resztki typowej dla dziecka wiary, że w życiu tak jak w legendzie czasami wszyscy żyją długo i szczęśliwie.
Taki był jej osobisty wymiar rany zadanej organizmowi zwanemu Zakonem Jedi.
A przecież to nie było wszystko.
Był jeszcze rak. Jedna z komórek przestała współdziałać z resztą, wyłamując się ze sprawnej ponad tysiącletniej istoty i zaczęła działać na szkodę istoty której częścią tak niedawno sama była. Nowotwór miał na imię Dooku i jak na uzdrowiciela przystało Era miała bolesną świadomość że jeśli go szybko nie wytną może ich w potworny sposób wykończyć.
Minęła chwila nim zdała sobie sprawę, ze zaciska kurczowo dłoń na rękojeści swojego miecza świetlnego. Gest w połączeniu z typową dla dziewczyny chłodną, zaciętą miną mógł się wydawać groźbą. Tymczasem nie był niczym innym jak wołaniem o pocieszenie.
Sięgnęła Mocą pod ciepły od jej własnego uścisku metal poprzez kolejne układy broni, do samego serca, kryształu.
Był tam, jak zawsze, jak wątłe widmo snu majaczące przed oczami świeżo przebudzonego. Cień umysłu, istoty która odeszła i jednocześnie pozostała na zawsze. Często zastanawiała się czym naprawdę był. Projekcją, ot kolejnym holonagraniem z przeszłości, tyle że takim które mogła odtworzyć jedynie przez Moc? A może w krysztale tliła się cząstka życia? W ostatecznym rozrachunku nie miało to jednak większego znaczenia. Wystarczyło, że był. Blady, wątły ale zawsze obecny.
Wiedział kim była, tak jak jej nikt nie musiał jego tożsamości tłumaczyć. I słuchał tego czego nie mogła wyjawić nawet Caprice.
Gdy tylko musnęła zaklęte w krysztale widmo poczuła odpowiedź, która choć zawsze była taka sama wystarczała. Miłość. Kojące ciepło rozlało się poprzez Moc na całe jej ciało. Czy to nie była idealna odpowiedź na wszystko?
******
Kostki lodu cicho zadźwięczały w szklaneczce Coruscanckiej brandy, Era przez chwile wpatrywała się w jasny płyn by po chwili pociągnąć łyk. Po czym z ciężkim westchnieniem odchyliła się w krześle i zerknęła pobieżnie na ekran swojego datapadu.
Nie często czuła potrzebę by się napić, zazwyczaj umiała rozładować nerwy poprzez medytacje lub ćwiczenia. Czasami tylko nachodziło ją nieprzyjemne uczucie niemocy, jedyna rzecz której nie znosiła bardziej niż niesprawiedliwość.
Przed sobą miała listę artykułów, nowinki z dziedziny medycyny które opublikowana od czasu gdy ostatnio miała okazje zajrzeć do biblioteki. Było ich na tyle dużo, że powinna natychmiast zacząć czytać jeśli chciała być na bieżąco. Ba, bardzo chciała zacząć czytać. Tyle, że gdzieś na szlaku nerwowym musiał nastąpić jakiś karambol gdyż ciało zdawało się zupełnie ignorować wydawane przez mózg polecenie. Zamiast otworzyć pierwszy z listy artykułów otworzyła butelkę brandy jaka przechowywała w swoich kwaterach i obecnie sączyła już drugą szklaneczkę. Na tym musiała poprzestać. Schlanie się na wieczór przed przyjmowaniem od Rady nowego zadania stanowczo nie było dobrym pomysłem.
Tyle, że dalej nie umiała się przemóc by otworzyć artykuł. Owszem był na temat klonowania, ale co z tego? Prawie wszystkie w jakiś sposób dotykały tego tematu, to był news ostatnich dni i środowisko lekarskie tak jak każde inne tym właśnie żyło. Czy można było się dziwić, że publikacji o klonach nawiało do sieci jak śniegu na Hoth?
Z reszta klony i tak były wszędzie, za oknem, na każdym możliwym kanale holonetu, ba nawet widziała jakiegoś w świątyni. Istny najazd.
W ciągu ostatnich kilku dni świat się zmienił. Era wiedziała, że jej uparta niezgoda wobec tego faktu nie zatrzyma procesu. Szklaneczka brandy tym bardziej. Dlatego czuła się bezsilna i wściekła zarazem.
- Ile razy ci powtarzałam, że to nie zdrowo pić do lustra? – Nawet się nie zdziwiła słysząc Caprice, twi’lekanka stał nieopodal drzwi w ciepłym świetle zachodzącego słońca jej skóra nabierała intensywnie krwistej barwy. – Robisz się zbyt miękka.
- Nie robię się miękka, a ty mogłabyś się wreszcie nauczyć używać dzwonka
- Wtedy byś zupełnie straciła czujność. Nawet nie zauważyłaś jak weszłam. A gdyby to był ktoś inny? – Mistrzyni nie czekając na zaproszenie wzięła sobie krzesło, szklankę po czym bez skrępowania zajęła się brandy. W końcu to od niej dziewczyna nauczyła się, że czasem dobrze jest mieć butelkę w kwaterach.
- To świątynia Jedi, tutaj nikt nie kradnie, nie gwałci i nie morduje – stwierdziła dziewczyna nagle boleśnie świadoma, że być może długo przyjdzie jej czekać na kolejne najście Caprice. Ich drogi niechybnie zaczynały się rozchodzić, fakt ten napełniał Erę słodko-gorzką mieszaniną dumy i troski.
- Przydzielili ci już zadanie? – spytała usiłując zdławić niepokój.
- Będą to robić jutro, przynajmniej wreszcie wzięli się do roboty. I tak straciliśmy już zbyt wiele czasu na zbędne ceremonie – odparła twi’lekanka.
- Należało uczcić pamięć poległych i uświadomić żyjących co się dzieje
- Polegli mają gdzieś co się dzieje z ich pamięcią. To żywi potrzebują żałoby. A my nie mamy na ten luksus czasu. – Twi’lekanka zawsze musiała zabrać stanowisko skrajnie różne od tego jakie reprezentowała Rada. Era w duchu podejrzewała, że gdyby choć raz przyznała racje któremuś z Mistrzów ten skonałby natychmiast na skutek szoku.
- Może jeszcze powiesz, że ta wojna to nie nasz problem tylko Republiki? – dziewczyna przekrzywiała nie nieznacznie głowę siląc się na krzywy uśmiech. Chociaż nie, za bardzo lubisz wszelkie bijatyki, tego sobie nie zdołasz odmówić. Dodała w myśli
- Niestety po tych wszystkich trupach, to jest nie tyle nasz problem co osobista sprawa. … – stwierdziła Caprice kończąc swoja pierwszą szklaneczkę. – Ale to nie zmienia faktu, że chętnie bym Dooku uściskała za to jak wspaniale ukazuje jak niedorzecznym tworem jest Republika…gdyby nie był mordercą rzecz jasna.
Era świecie wierzyła, że jest przygotowana na wszystkie komentarze jakie tylko mogą przyjść do głowy twi’lekance, jednak ta czasem umiała ją zmrozić do szpiku kości. Tak jak przed chwilą. Kochała Caprice, może nawet bardziej niż powinna, wiedziała jak wiele dobra i ciepła w sobie miała, w dzieciństwie korzystała z jej troski i wsparcia, by potem krok po kroku przejmować w ich relacji rolę opiekunki. Mimo to zbyt często czuła, że po prostu nie umie się z Mistrzynią zgodzić.
Nagle zdała sobie sprawę, że jej pasowanie wypadło w bardzo niefortunnym momencie. Wiedziała, ze poradzi sobie na samodzielnej ścieżce niezależnie z czym będzie się musiała zmierzyć. Ale czy Caprice też była w stanie sprostać wyzwaniom wojny sama? Zaczynała mieć wątpliwości.
- Nie powtarzaj tego Radzie, Mistrz Windu wygląda na wyczerpanego całą sytuacją, mógłby się tym razem nie ograniczyć do komentarza – stwierdziła topiąc na chwile niepokój w kolejnym łyku brandy. – To, że ja umiem cie słuchać i nie skonać z oburzenia ale nie wszyscy są tak cierpliwi.
Nie podjęła dyskusji, nie wiedząc kiedy znów się zobaczą nie zamierzała się z Mistrzynią pokłócić. To mogłoby się skończyć zbyt boleśnie.
- Cóż i tak nie bardzo obeszłoby ich moje zdanie – twi’lekanka wzruszyła ramionami. – Zobaczymy się jeszcze jutro? Ktoś miał mi zdjąć opatrunek z nogi.
- Ktoś się postara ale wszystko i tak zależy od tego co mu rano powie Rada. W razie czego zwróć się do uzdrowicieli
Era przez chwile wpatrywała się w twarz Caprice usiłując uwierzyć, że ta poradzi sobie jakoś. W końcu dziedziny związane z walką zawsze były bliskie twi’lekance, może nawet za bliskie.
Na jamę Sarlacca jest dwa razy starsza ode mnie, MUSI sobie poradzić. Stwierdziła w myśli. Tyle, że czasami znacznie łatwiej było się czegoś uczepić niż to potem puścić.
- Jakbyśmy miały się jutro nie zobaczyć… Uważaj na siebie. – Od dawna nie wypowiadała słów które tak wiele by dla niej znaczyły, jednocześnie niemal bez nadziei na to, ze się ziszczą.
Twi’lekanka przekrzywiła tylko głowę obrzucając byłą padawankę nieodgadnionym spojrzeniem po czym uśmiechnęła się.
- I kto to mówi?
Znane hasło sprawiło, że Era odpowiedziała uśmiechem, pierwszym szczerym od paru dni. Może znów tak jak przed laty and przepaścią niepotrzebnie się o Mistrzynie martwiła.
Przez chwile znów wszystko było w porządku. Jak długo miało takie pozostać? To już w dużym stopniu zależało do rady i nowego zadania jakie przygotowała.
 

Ostatnio edytowane przez Lirymoor : 06-09-2009 o 14:14.
Lirymoor jest offline