Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 18-10-2009, 01:04   #1
liliel
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 9281 liliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputacjęliliel ma wspaniałą reputację
Kult - Jezioro ognia (18+)

I morze wydało zmarłych, co w nim byli,
i Śmierć, i Otchłań wydały zmarłych co w nich byli,
i każdy został osądzony według swoich czynów.
A Śmierć i Otchłań wrzucono do jeziora ognia.
To jest śmierć druga – jezioro ognia.”

Objawienie Św. Jana, 20;13-14

* * *
[media]http://drake19.wrzuta.pl/sr/f/819ZrxrYs2L/the_cure_-_lullaby.mp3[/media]
31 października 2009

Alice była w marnym humorze odkąd się dziś przebudziła. Nie miała ochoty wstawać na razie z łóżka. Chyba opuściły ją siły, jak co roku zresztą, w rocznicę tego pamiętnego dnia. Wieczorem ma spotkać się resztą. Karen, Mike, Sue, Matthew i Adam. Cała paczka w komplecie, jak za dawnych lat. Dzieciństwo w Salisbury mignęło jej przed oczami w ciągu przypadkowych scen. Zacisnęła mimowolnie szczękę i odetchnęła nerwowo.

Patchworkowy koc, prezent od matki, zsunął się niepostrzeżenie na podłogę. Poduszkę cisnęła w przeciwległą ścianę w jakimś nagłym napadzie złości. I leżała... Z nogą prowokacyjnie zarzuconą na oparciu kanapy, w niedbałej pozie rozwiązłej kobiety pozującej do wulgarnego aktu. Nienawidziła trzydziestego pierwszego października...



Zaciągała się zachłannie papierosowym dymem. Od strony odbiornika telewizyjnego sączył się monotonny, wyprany z emocji głos spikera. Podsumowanie święta halloween w Apple City. Ranni, straty, przychody lokalnych przedsiębiorców... I pomyśleć, że dla większości populacji ich cudownego kapitalistycznego kraju ten dzień to tylko kolejny bilans zysków i strat. Szkoda, że nie uwzględnili w tych statystykach jej rozchwianej okaleczonej psychiki.

Ten dzień... Przywodził na myśl zbyt wiele obrazów. Nie była do końca pewna co wydarzyło się piętnaście lat temu w ich rodzinnym miasteczku. Cześć wspomnień wyblakła, rozpłynęła się jak mleczna mgła o poranku, ale pozostał w niej ten niewytłumaczalny paraliżujący niepokój. Była pewna, że pozostał w nich wszystkich, choć zazwyczaj temat halloween z '94 roku omijali szerokim łukiem. Co roku, spotykali się jednak tego dnia. Zazwyczaj w jakiejś taniej knajpie by coś przekąsić, wypić kilka drinków (zazwyczaj kilka osób zalewało się w trupa, włączając w to Alice). Rozmawiali, choć czasem nie było o czym, śmiali się, choć każdy wiedział, że nikomu do śmiechu nie jest, pili, choć niektórzy przez okrągły rok nawet ust w alkoholu nie umaczali. To była taka ich wspólna tradycja. Coroczne celebrowanie własnej traumy z dzieciństwa. Dlaczego się katowali tymi spotkaniami? Ona, Alice, przychodziła dlatego, że tego dnia nie mogła znieść widoku innych ludzi. Ale znajomi z Salisbury rozumieli. Widzieli na własne oczy to co widziała i ona...

Przeciągnęła się na kanapie i zaklęła paskudnie. Wsunęła do ust papierosa i odpaliła od niedopałka, który zaraz zakończył swój los w wypełnionej po brzegi popielniczce, tuż przy zwęglonych ciałach swoich współbraci marki Marlboro. Mijały minuty... A może godziny? Alice nieprzerwanie wpatrywała się w sufit, zupełnie jakby dostrzegła tam solucję na swoje życiowe problemy.

Ze stanu zawieszenia wyrwało ją napastliwe pukanie. Powlokła się do drzwi powłócząc bosymi stopami, niechętnie, wbrew sobie samej. Podłoga była zimna jak nagrobne płyty cmentarza w Salisbury... Kobieta wyjrzała przez wizjer, a później, w oczekiwaniu, przylgnęła plecami do drzwi. Miała nadzieję, że wreszcie sobie pójdą. Ale te małe pasożyty potrafiły być nieustępliwe.
- Niech pani otworzy pani Benson – usłyszała ich niecierpliwe cienkie głosiki. - Widzieliśmy światło w pani oknie!

Alice znów dała się porwać nerwom, choć jej psychiatra twierdził usilnie, że to „złudne i niekonstruktywne”. Te napady agresji wzmagały się co roku, a trzydziestego pierwszego października osiągały każdorazowo swoje nieskromne apogeum. Szarpnęła za klamkę, z miną psychopatycznego zabójcy dybiącego na swoje ofiary. Aby dopełnić ten wizerunek zabrakło jedynie kuchennego noża w dłoni. Pożałowała w sekundzie, że o niego nie zadbała. Mogłaby szczeniaki skutecznie zniechęcić. A tak? Co roku ten sam kabaret.

Wyłoniła się zza drzwi. Blada i wychudzona, półprzezroczysta niczym zjawa. Wygładziła na sobie skąpą jedwabną halkę, przetarła dłonią oczy rozmazując przy okazji resztki wczorajszego makijażu. Papierosowy kiep tlący się między zębami zaskwierczał nieprzyjaźnie.
Naprzeciw niej stała trójka uśmiechniętych dzieci, wystrojonych odświętnie w halloweenowe kostiumy. Łapczywie wyciągały przed siebie rączki w geście godnym małoletnich żebraków.
- Cukierek albo psikus! - zaszczebiotały zgodnym chórem.

Alice zerknęła na dzierżone przez nich woreczki napchane po brzegi łakociami. Skrzywiła się z odrazą i popatrzyła z politowaniem na dzieciarnię.
- Spieprzać sprzed moich drzwi. I.... wesołego pieprzonego halloween – uśmiechnęła się soczyście i zgasiła niedopałek w samym środku kotłowaniny czekoladek i karmelków. A później wycofała się dwa kroki w tył i z siłą tura pieprznęła frontowymi drzwiami, aż framuga zatrzęsła się w posadach.
- Wesołego pieprzonego halloween... – powtórzyła raz jeszcze. Głos jej się załamał gdy osuwała się wzdłuż zimnej ściany przedpokoju.
Wróciła pamięcią do czasów, gdy mieli po dwanaście lat.
To był kolejny, leniwy dzień w Salisbury – pomyślała. - Pamiętam chmury owego popołudnia. Sunęły pędem po popielatoszarym niebie, jakby ktoś wycelował w nie pilota zdalnego sterowania i włączył przycisk przyspieszenia...

* * *

Rozdział 1. Wesołego pieprzonego halloween

15 lat wcześniej, Salisbury, CT

Kolejny leniwy dzień w Salisbury. Podobny do pozostałych, choć wyjątkowy. Halloween. Niemała atrakcja jak na dziurę, jakim było ich rodzinne miasteczko w Connecticut.
Chmury sunęły pędem po popielatoszarym niebie, jakby ktoś wycelował w nie pilota zdalnego sterowania i włączył przycisk przyspieszenia. Chłody wiatr hulał między uśpionymi budynkami domostw, podrywał w górę walające się po asfalcie papierowe śmieci i pędził wprost w w korony parkowych drzew. Te, nader wcześnie pogubiły tego roku liście. Stare ponure drzewostany łypały z wysokości na grupkę gromadzących się w alejce nastolatków. Majestatyczne, prastare dęby wyciągały po nich łapczywie swoje nagie konary, poskręcane niczym kończyny starców cierpiących na artretyzm. W parku zapalono już latarnie, mimo wczesnej pory. Była dopiero piąta po południu.

Mike przyszedł jako drugi. Był w dobrym humorze, jak na jego standardy oczywiście. Ojciec wyjechał w delegację a wraz z jego wyjściem z domu w sercu chłopca zagościła ulga. Matka ucałowała go przed wyjściem w czoło i poleciła by był ostrożny, choć nie przychodziło mu do głowy jakie niby zagrożenia mogłyby czyhać na niego w tej sennej mieścinie. Nigdy nie brał słów matki poważnie do siebie. Także tego dnia.
Na parkowej ławce czekał już Adam, chłopiec mieszkający w domu sąsiadującego z posesją Marka. Adam Leeland zawsze był dziwny. Cichy i zamknięty w sobie. Jego halloweenowy kostium wyjątkowo kontrastował z jego spokojnym usposobieniem. Wydał się zbyt krzykliwy jak na tego milczącego ponurego chłopca.



Ale w halloween łamano wszelkie zasady. Szarak, który dostaje bęcki w szkole mógł wcielić się w drapieżnego wampira a najładniejsza dziewczyna w mieście przywdziewała strój pryszczatej jędzy.

Niedługo przyszła Sue, prawie równocześnie z Karen. Pierwsza nie miała problemów z wyjściem z domu. Nikt jej nie pilnował, jak zwykle. Nikt nie zapytał dokąd idzie ani kiedy wróci. Przed wyjściem zajrzała jedynie do pokoju brata. Leżał sztywno, nieruchomy i biały jak trup. Rurki wychodzące z jego wątłego ciała sprawiły, że serce dziewczynki skurczyło się do wielkości łupiny orzecha.

Ciotka pożegnała Karen oszczędnym uściskiem i powiedział, że zobaczą się na imprezie organizowanej przed ratuszem. Halloween zawsze obchodzono tutaj hucznie. Kostiumy, dynie, muzyka i zabawa. Splendor wioskowej balangi... Po drodze do parku każdy z nich mijał rzędy pękatych dyń, z tradycyjnie wyciętymi otworami na oczy i paszcze. Płomyki podrygiwały wesoło w lampionach oświetlając uliczki ciepłym blaskiem. Atmosfera mimowolnie się wszystkim udzielała. Jakaś odmiana od szarej codzienności.



Matthew przyszedł wprost z warsztatu Scotta. Dłonie miał nadal umorusane smarem a z tylnej kieszeni wystawał mu duży francuski klucz, którego w całym zamieszaniu zapomniał odłożyć na miejsce. Naprawiali dziś starego firebirda z 67 roku i chłopak o niczym innym teraz nie myślał, jak tylko o brzmieniu ośmiocylindrowego silnika pod blaszaną maską. Mimo wszystko ucieszył się na widok przyjaciół. Jakby nie patrzeć nie miał ich zbyt wielu.

Ostatnia przybyła Alice, jak zwykle w podskokach i z uśmiechem rozciągniętym przez całą szerokość twarzy. Zaparła się obiema dłońmi na ramionach Mike'a i kilka razy podskoczyła w górę jak kauczukowa piłka.
- Wesołego pieprzonego halloween! - pisnęła radośnie.
- Co zrobiłaś z włosami? - Adam niegrzecznie wybałuszył oczy ale zaraz znów spuścił wzrok i zaczął dłubać patykiem w ziemi.
- Ufarbowałam – odparła poważnie dziewczynka i wtuliła twarz w wysoki kołnierz płaszczyka. - Mama zagroziła, że ostrzyże mnie na pałę jeśli to się nie zmyje.



Odkąd pamiętali, Alice zawsze roznosiła energia. Na kłopoty, bójki i słowne awantury działała jak magnes. Ale nie można jej było odmówić uroku. Biły od niej pozytywne fluidy, no i była raczej typem wiecznie uśmiechniętym. Do tego opowiadała sprośne dowcipy, całkiem zabawne trzeba było przyznać.
Alice mieszkała po sąsiedzku, między domami Karen i Sue, i, chcąc nie chcąc, była u nich częstym gościem. Wpadała bez zapowiedzi, często nocą, kiedy wślizgiwała się przez okno do sypialni którejś z dziewczyn. Była z pewnością niezależna. I szczera do granic przyzwoitości. Robiła zawsze to co chciała, nie zważając na konsekwencje. Niektórym to imponowało, inni uważali, że jest rozpuszczona i zarozumiała. Ale każdy miał na jej temat jakieś zdanie. Osób takich jak ona po prostu nie dało się ignorować.

Przechadzali się wspólnie po parkowych alejach, ciemnych i zasnutych lekką mgiełką. Pogoda nie była tego dnia łaskawa. Rano siąpił drobny deszcz a teraz chłodny wiatr ostudzał zapał do robienia czegokolwiek.
Jakiś czas sterczeli w parkowej alejce, bez większych planów. Znudzeni, jak tylko mogą być dzieciaki w norze pokroju Salisbury.
- To co robimy? - mruknął ktoś pomiędzy ziewnięciami. - Impreza przy ratuszu zaczyna się o dziewiątej.

- Chodźcie - powiedziała Alice i typowo dla siebie, czyli w podskokach, ruszyła na przód. Reszta poszła za nią, z większym lub mniejszym entuzjazmem. Nikt nie miał konkretnych planów a nuda zaczęła już zaglądać w oczy. Alice w roli przewodnika czuła się świetnie, bez przerwy kłapała dziobem opowiadając szkolne plotki i nie zostawiając suchej nitki na Jane Barkley, miejscowej puszczalskiej. Oznajmiła także, że niebawem sama zacznie sypiać z chłopakami, a wówczas któryś z nich będzie zmuszony ją rozdziewiczyć, bo pierwszy raz jest zawsze żenujący i lepiej aby zrobił to kumpel. Tak przynajmniej twierdziła jej starsza siostra.

Dzieciaki minęły rozległy Cobble Park, przeszły wzdłuż małe osiedlowe uliczki i zatrzymały się na końcu Lincoln Street. Stała tam na uboczu działka zarośnięta plątaniną chaszczy i kujących krzewów. W oddali zamigotał ceglany zapuszczony budynek. Okalał go toporny żeliwny płot, a furtka zaskrzeczała cienko podczas otwierania. Wszyscy poczuli się nieswojo, może dlatego zamilkli. Zimny dreszcz przepełzł wzdłuż kręgosłupa co niektórych. Spacer nie zajął im dłużej niż kwadrans. W Silisbury wszędzie było przecież „blisko” i „po drodze”.

Przedarli się przez warstwę bujnej roślinności i, wreszcie, zza kłębów gęstej mgły wyłonił się kontur domu, otulony teraz mlecznym oparem niby warstwą ochronnej waty. Alice podprowadziła przyjaciół pod sam front.
Podwórko było zaniedbane i zarośnięte chwastami, dom zaś obrosły obficie dzikie pnącza latorośli. Wiatr się wzmógł. Poruszał spróchniałymi okiennicami, które ledwie trzymały się zawiasów. Świst brzmiał złowrogo, a z zewnątrz budynek był niewątpliwą ruiną.
Solidarnie poczuli namiastkę strachu. W końcu o tym domu krążyły rozmaite plotki. Każdy słyszał mniej lub więcej. Ponoć doszło tu do jakiejś rzezi, ale to było dawno, w latach sześćdziesiątych. W tym czasie opowieści o opuszczonym domu ewoluowały i zbaczały na różne tory. Ludzie zniekształcili ją jak to bywa podczas zabawy w głuchy telefon. Jedni gadali, że zginęła tu jakaś osoba, inni, że zgoła pół miasteczka. Głównie dzieciaki debatowały na ten temat podczas zimnych ciemnych wieczorów.
Dom w każdym razie miał swoją niechlubną historię, choć każde młodsze pokolenie zdawało się coraz mocniej ją lekceważyć i traktować z przymrużeniem oka.

Alice pomknęła schodami na ganek i zatrzymała się przed wejściowymi drzwiami. Przekręciła gałkę i zniknęła we wnętrzu budynku. Najwyraźniej drzwi były otwarte. Czekały? Zapraszały?
- No dalej mięczaki. To tylko stary dom. Chłopcy z liceum ponoć bez przerwy tu przychodzą i obracają okoliczne panienki – Ally błysnęła białymi ząbkami, przeczesała palcami włosy w landrynkowo różowym odcieniu i zniknęła we wnętrzu domu.
Z głębi dobiegł ich jej perlisty śmiech, odbijający się echem od ścian. Może dlatego, zachęceni tym pozytywnym dźwiękiem, powlekli się do środka.
Wewnątrz panował półmrok. Niewiele światła sączyło się przez okna, a ponadto niektóre z nich zabite były od wewnątrz dechami lub kawałkami postrzępionej dykty. Alice odpaliła latarkę i snop jasnego światła rozświetlił część podłogi. Od progu rozpościerał się ogromnych rozmiarów salon, który zdecydowanie czasy swojej świetności miał już za sobą. Ścianka działowa oddzielała kuchnię, w głębi widać było pojedyncze drzwi, prowadzące najprawdopodobniej do piwnicy bo poprzedzało je pasmo kilku schodów opadających stromo w dół. Kurz podrażniał oczy i drapał w gardło. Uderzał też smród stęchlizny.

Meble były, o dziwo, całkiem nieźle zachowane. Stare rzeźbione antyki, wielka dwudrzwiowa szafa z ciemnego drzewa, kufer i stosy walających się po ziemi książek. W rogu – zaniedbane, ale wyglądające na sprawne pianino. Po kątach rozstawione futerały, po skrzypcach, a nawet wiolonczeli. Może właściciel był muzykalny? Chociaż ponoć nikt od bardzo dawna tu nie przebywał...
Ale pokój był zagracony, zupełnie jakby ktoś stale tu mieszkał. Wrażenia tego dopełniał jeden detal – stojący na stole kubek. Jakby właściciel wypił tego ranka kawę i wyszedł po prostu do pracy.
Alice usiadła na obleczonej w białe płótno kanapie i wyjęła z kieszeni płaszcza plastikową torebkę strunową. Zamachała nią triumfalnie przed nosem towarzyszy i szepnęła tajemniczo.
- No dobra, czas na prezent. Mój kuzyn z Nowego Yorku przywiózł mi torbę marychy na trzynaste urodziny.

Chwilę zmagała się z bibułką, nasypała na nią sporą kupkę zioła i zawinęła nieporadnie. Skręt wyglądał jak miniaturowe cygaro, chudsze od strony ustnika i opasłe od przeciwnej, zakończone zawijasem z bibuły. Przypaliła zapalniczką i buchnęła zachłannie, jakby czynność ta nie była dla niej niczym niezwykłym. Dym przytrzymała w płucach, ale zaraz się rozkaszlała. Puściła trawkę w obieg.
- Przypalcie sobie. Ponoć zioło jest przednie. Jeśli teraz nie zaszalejecie to w przyszłości już zawsze będziecie nudnymi sztywniakami. Bierz Adam. Mój ojciec mawia, że wszystkiego trzeba w życiu spróbować.

Spróbował. Ale Adam od zawsze podatny był na wszelkie sugestie.
Stali w zwartej grupie nad dymiącym skrętem. Jedni brali, inni odmawiali, napotkawszy pełen rozczarowania wzrok Ally. Dopiero po chwili zdali sobie sprawę z tej anomalii, może kiedy ich wzrok przyzwyczaił się do półmroku?
Salon wyglądał jak własne lustrzane odbicie. Jakby gdzieś pośrodku przebiegała tafla wody albo ktoś wbudował w ścianę gładką lustrzaną powierzchnię. Tyle, że oni się w niej nie odbijali. Sue odważnie przeszła granicę pokoju. Zatrzymała się w jego dokładnej połowie i wyciągnęła niepewnie rękę w przód, ale nie napotkała oporu. Zerknęło w prawo, a później w lewo. Identyczny widok. Dwie kanapy, dwa stoliki, dwie jednorakie rzeźbione szafy, dwa pianina... Nawet na przeciwległej ścianie widać było drzwi, identyczne jak wejściowe. Ta sama faktura drewna, okrągła metalowa gałka. Wszystko bliźniaczo podobne, rozmieszczone w idealnie wymierzonych odległościach jakby pośrodku przebiegało zwierciadło. Tyle, że zwierciadła nie było. Nękało jedynie dziwne wrażenie, ze być tam powinno...

Uwagę Mika przykuło pianino. Nie mógł się powstrzymać by nie przyjrzeć mu się z bliska. Przejechał dłonią po gładkiej powierzchni instrumentu ścierając wierzchnią warstwę kurzu. Palce chłopca sunęły prawie pieszczotliwie, z wyczuciem dojrzałego kochanka. To była piękna rzecz. Nadszarpnięta może przez ząb czasu ale robiła wrażenie. W końcu kochał muzykę i potrafił rozpoznać prawdziwy w tej dziedzinie majstersztyk. Można by rzec, zabytek. Instrument wyglądał na sprawny. Obok stało puste krzesło. Czekało i zapraszało. Miał wrażenie, że właśnie jego. Na pianinie piętrzył się stosik ręcznie zapisanych nut. W tym momencie podeszła Alice zaciągając się ostatkiem skręta. Światło latarki padło na pierwszy od góry rękopis. Na pierwszej stronie odręcznym pismem napisano:

Skomponowane przez Sarah. Tytuł: „Jezioro ognia”.


W tym czasie Karen rozglądała się ciekawie po pomieszczeniu. Zboczyła w kierunku ciemnej plamy w oddali, odsuwając się od poświaty latarki i stanęła na wprost schodów prowadzących na piętro. Uniosła niepewnie stopę i postawiła ją na wyższym stopniu. Usłyszała charakterystycznie plasknięcie. But zanurzył się w cieczy. Lepkiej i gęstej, koloru jednak nie była w stanie odróżnić. Mrok stapiał kontury i barwy w szarą bezkształtną masę.
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 18-10-2009 o 14:00.
liliel jest offline