Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 05-12-2009, 22:33   #3
Arango
Banned
 
Reputacja: 0 Arango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodzeArango jest na bardzo dobrej drodze
Dzikie Pola - XVII wiek

Karta imć Jacka Bończy towarzysza znaku lekkiego

Postać całkowicie fikcyjna stworzona na potrzeby sesji : Przed Burzą

Historia Postaci:

Tak zapisał jego narodziny proboszcz z kościoła św Andrzeja w Bołożniskach na Litwie.

"Dnia św Jacka, 17 augusta Roku Pańskiego 1612 roku nieszczęsnego bo klęską pana Potockiego od Turczyna pod Sasowym Rogiem znaczny przyszedł na świat w majątku Liwy syn urodzonego Marka Bończy i Marii z Błudnickich, któregom dni 4 później ochrzcił sposobiąc do wiary naszej katolickiej i nadał imiona Jacka Marka. Ojciec jego mający dotąd tylko dwie córki nie posiadał się z radości i Bogu i Najświętszej Panience znaczne wota ufundował"

Lakoniczny zapis nie oddaje szczęścia jakie zapanowało w domu Bończów. Ojciec stary żołnierz co służyć jeszcze zaczął za Batorego w chorągwi pancernej do pewnego majątku doszedł wyrugował prawem i lewem z kompanionymi sąsiada swego co z nim wespół na Liwach siedział pana Błazickiego. Trapił się teraz, że sąsiedzi, (a szczególnie Błaziccy co jako wilcy tylko czyhają, poszanowanie prawa za nic mając) dobra rozdrapią, tedy z męskiego potomka ucieszył się wielce mając go za nagrodę za lata służby Ojczyznie w walce z jej przeciwnikami, osobliwie spasłymi Moskwicinami i kozactwem.

Żołnierzem będąc twardym w obejściu, dla Jacka serce miał miękkie i często siedząc w sadzie przy trójniaczku dumał, jakby tu syna wykierować, by majątek pomnożyć, a zdziebełka z niego nie stracić. Frasował się tedy pan Marek i czesto z panią Marią radzili, aż uradzili, że syna trzeba do Wilna słać na naukę. Tę cenił bardzo bowiem pan Bończa sam będąc w piśmie i czytaniu bardzo biegłym (nie jak owe psie syny Błaziccy co im wozny wyrok w sądzie musiał dwa razy czytać nim pomiarkowali że Liwy Bończów są na wieki wieków już).

Tedy Roku Pańskiego 1620 pojechali obaj Bończowie do Wilna. Tam pan Marek syna u Jezuitów zostawił, sam zaś pod znaki hetmańskie się udał by ostatni raz przeciw Turczynowi stanąć. Jako wyprawa się skończyła wiedzą wszyscy i nie ma co wspominać, by łez zacząć nie ronić, grunt, że przepadł pan Bończa nie wiadomo czy zabit, czy w jasyr wzięty.

Rozpoczął tedy nauki młody Jacek, ale gdzie mu tam do nauk było. Łacinę mu ojcowie musieli wbijać rózeczkami w tę część ciała co nijak nauce nie służy, a skutek i tak był marny. Arytmetyki za nic pojąć nie mógł, pacierze klepał byle jak, wiary naszej świętej tyle umiał że go poganinem zwać nie można było. Jedyna jego radość to lekcja w palcaty i wyrwać się ze szkoły na tumulty, co żacy i młodzież czyniła innowiercom mocno dokuczając prym wodzić (choć i lat ledwie trzynastu dochodził) na co Ojcowie pobożni z wyrozumieniem patrzyli rozumując że każdy tak Bogu służy jak umie, jeden księgi i pieśni nabożne sprawując, inny heretyków przebrzydłych Panu Naszemu bijając.

Chłopak stale wieści o ojcu wypatrywał, a o nim wieści po wyprawie nie było. Zginął, mówili jedni. Pobrany w jasyr - mawiali drudzy. Tedy dziwić się nie ma że wiosną roku 1628 Jacek lat już szesnaście mający konwikt pożegnał i w pielesze domowe ruszył. Lecz co zastał ? Majątek w ruinie gospodarskiego oka pozbawiony. Chłopi zbiegli po większości, sąsiedzkich "wizyt" się bojąc, albo przez onych w niewolę pobrani zostali. Błaziccy bowiem dwa zajazdy urządzili protestacyję jakąś i papiery (a Bóg świadkiem że sfałszowane pewnie) do sądu podając.

Trapił się młody Bończa, trapiła pani Maria aż postanowiono. Osiedzieć przy takim sąsiedzie (bo Błaziccy niedalekie Porywki dzierżyli) nie można, rugować jedyna rada. Wyprawić trzeba było Jacka do szwagrów - Kazimierza i Jana co przy wojsku siedzieli aż hen przy ukraińskich stepach.

Jacek na dorodnego młodzieńca wyrósł jeno krwi gorącej był co mu matka wypominała, jako że woznemu co z pozwem przyszedł zjeść go kazał szablę przy karku trzymając i nawet popić nie pozwolił, na co też bardzo ta krzywa była że nie po chrześcijańsku blizniego potraktował na łyk wina nie pozwalając, przez co mógł woznemu papier w żywocie kamieniem stanąć.

Pociągnął młody Bończa ku wojsku, szwagrów swych spotkał i o krzywdzie jaka ich spotkała powiedział. Zafrasowali się obaj i postanowili co Kazimierz jako starszy do Liw pociągnie i kompanię zbierze by Błazickim (oby ich mór wydusił) odpór dać a Jan zaopiekuje się chłopakiem w choragwi lekkiego znaku w której sam służył. Wielki wtedy zamęt był w wojsku za sprawą partii różnych swoje racje w nich przedstawiających, aż doszło do potyczki miedzy chorągwiami kwarcianymi a kozactwem.

Buchnął tez zaraz płomień powstania A.D. 1630 nad którym władzę wziął niejaki Fedorowicz. Uporał się z nim jednak JWP Hetman Koniecpolski a potem to już było jak na karuzelu. A to zagony tatarskie tępić, a to hultajstwo do porządku przywodzić jako to w latach 1635, 37 i 38.

Po tym jednak bieda przyszła na wojsko. Kto szczęścia nie miał jako pan Jacek i do chorągwi prywatnych nie zdążył się zaciągnąć temu by chyba z głodu umrzeć przyszło. Tedy odbieżali od chorągwi żołnierze by własnym sumptem się żywić. Takoż odbieżał i młody Bończa.

Teraz szablę swą wynajmował wiele nie bacząc, czy prawu, czy bezprawiu służy. Grunt że gorzałka była i do dziewki przytulić można się było. Wtedy, a był to Rok Pański 1647 do Lwowa przybył i tam w służbie miecznika podolskiego służył.

Gorąco jednak rychło mu się tam zrobiło a to za sprawą podstarościego pana Jerzyńskiego co wielce żołnierzom swobodnym krzyw był. A to zamykać chciał do wieży za palenie z samopałów po nocy, a to szabli wyciągnąć nie można było by pachołkowie jego się nie zjawiali, ciężki był prawdziwej szlachcie wolność ich stanowi należną oprymując. Tak się jakoś stało że wieczoru pewnego spotkali się pan Bończa z panem Jerzyńskim. Kompanionów i pachołków też się trochę znalazło i jak do rozmowy doszło zdziebko się zalterowali wszyscy.

Tak to opisał w swych pamiętnikach mistrz lutniczy Piotr Kremończyk : "Stało wtedy bieda wielka jako to żołnierstwo rozwłóczone po wojnach ostatnich w mieście się rozbijało. Pan Jerzyński człowiek prawy hamować ich próbował, Spotkali się kiedyś na ulicy Wąskiej żołnierzy-swawolników kilku i pan podstarości z pachołkami. Jezus Maryja dopust Boży tam nastał. Pan Jerzyński przez rozum cięty przez niejakiego Bończę martwym padł, pachołków też kilku nabito, kamienice z dymem poszły trzy i kramów kilka. Kazał potem Pan Burmistrz Kacper Lwowczyk na gardle swawolników ścigać, ale ci uszli już z miasta, gdzie nie wie nikt."

Takim to sposobem pan Jacek Roku Pańskiego 1647 znalazł się na Dzikich Polach.


Wygląd:



Imię, nazwisko: Jacek Marek Bończa

Nacja: Litwin

Typ: Były żołnierz lekkiego znaku, obecnie "szabla do wynajęcia"

Wiek, wzrost, waga, wiara
35 lat, około 172 cm. waga 70 kg, katolik




Charakter:

Człek mimo swego wieku porywczy, służbę jednak zna i rozkazów słuchać potrafi. Wypić, dziewkę przytulić, teraz to się dla niego liczy.

Niezbyt pobożny, po prawdzie za jedno mu kto w co wierzy. Nieco przesądny jak każdy żołnierz, chętnie słucha opowieści o duchach, czy strzygach, choć stara się do tego nie przyznawać.

"Nowej szlachty" nie znosi, pogardliwie tez odnosi się do osiadłych szaraczków, nie ma skrupułów by brać im spyżę czy paszę.

Honor ceni, ale pojmuje go swoiście. Uważa że każdy, kto obrońców
Ojczyzny wspomóc nie chce to cham i chłop co za szlachtę się podaje, przeto złupić takiego choćby i mnichem był to nauczka nie rabunek. Oszukiwać przy kościach, czy piciu to dla niego obelga największa.

Szanuje żołnierzy, podczas pojedynku nie sięgnie po żaden z italskich czy francuskich sposobów by przeciwnika pokonać.

Nienawidzi Tatarów i Turków, choć szanuje jako żołnierzy, najlepszym miejscem natomiast dla Kozaka jest pal (choć i o nich jako o żołnierzach dobrze mówi).


Inne:

Żywi szacunek dla śp hetmana Żółkiewskiego i jego potomków, jak również Hetmana wielkiego koronnego Stanisława Koniecpolski. Z wielkim uznaniem wyraża się też o Jeremim Wiśniowieckim, którego widział w bitwie pod Ochmatowem.

Rankor do niego mają krewni pana Jerzyńskiego podstarościego, choć dalibóg nie wiadomo o co bo jak szlachcic w pojedynku usieczony został.

Błazickich nie znosi i jak takowego spotka, albo krewnego jakiegoś ich momentalnie na szable wyzwie.



Nie mam cierpliwości poprawiać układu postu niestety, brakuje również ekwipunku.
 

Ostatnio edytowane przez Adr : 06-12-2009 o 21:13.
Arango jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem