Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-04-2010, 21:46   #2
Zapatashura
 
Zapatashura's Avatar
 
Reputacja: 13999 Zapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputacjęZapatashura ma wspaniałą reputację
-Tak, ojcze- po raz kolejny powtórzył Claude. Wiedział, że próby protestu nic by nie dały.
-Niestety twoi bracia nie mogli przybyć, dlatego na tobie spoczywa obowiązek godnego reprezentowania naszego rodu. I na mnie naturalnie, ale to jest zrozumiałe same z siebie- markiz Francois de Bernières zawsze odznaczał się dwiema cechami: dumą i kompletnym brakiem skromności. Dumie dawał dowód trajkocząc od trzydziestu minut o tym, jak doskonałą okazją jest dzisiejszy bal by pokazać na dworze najlepsze cechy jego rodu. Wiązało się to bezpośrednio z jego pełnym przepychu strojem: czerwonym szustokorem z niewątpliwie najdroższego materiału, jaki udało mu się zdobyć, w dodatku wyszywanego srebrną nicią; czarnymi pończochami, eleganckimi pantoflami na obcasie. Nawet jego peruka musiała być warta mały majątek. Co z tego, że taki ubiór wychodził z mody już od kilku lat?


-Tak, ojcze. Masz rację- znowu przytaknął Claude.

-A jak twoja ręka synu? Pojawiła się jakaś poprawa? Może mam wezwać służbę, by pomogła ci się przebrać?

-Nie nastąpiły żadne zmiany, ale przywykłem do takiego stanu rzeczy. Służba nie będzie potrzebna- odpowiedział grzecznie syn.

-Rozumiem. A w co się przebierzesz na sztukę?- markiz kontynuował rozmowę samemu poprawiając bufiaste mankiety.

-W nic, ojcze- odparł po chwili Claude i czekał na nieunikniony wybuch zdziwienia.
-W nic?! Jak to w nic? Chyba nie masz zamiaru iść w mundurze?- na ojca zawsze można było liczyć.
-Tak, ojcze. Taki mam właśnie zamiar. Zawsze na takich wydarzeniach pojawiam się w mundurze- przekonanie markiza do swoich racji nie będzie pewnie łatwe.
-Ależ synu, jak ty będziesz przy mnie wyglądał?- gorączkował się Francois de Bernières.
-Odpowiednio, ojcze. Nie jestem szeregowcem, to mundur kapitański. Jest wystarczająco elegancki- tłumaczył Claude. Jego mundur był błękitnej barwy, z czerwonymi mankietami. Nogawki czerwonych spodni wpuszczone były w cholewy wysokich, oficerskich butów. A żeby nikt nie pomylił rangi młodego de Bernières, na ramionach munduru naszyte były srebrne epolety


-Ale, ale...- starszy mężczyzna szukał jakiegoś argumentu. A kiedy go nie znalazł, powiedział:- może to i lepiej? Kapitan to i tak lepszy tytuł, niż ten który ci przysługuje.-Tak jakby to była wina Claude'a, że urodził się za późno nawet na wicehrabiego.
-Synu, czy mógłbyś mi podać perfumy?- markiz zdecydował zmienić temat.

-Oczywiście ojcze- kwestia ubioru przeszła zaskakująco gładko. Syn posłusznie podszedł do toaletki i przyniósł flakonik zawierający perfumy o ciężkim, piżmowym zapachu.
-Dziękuję- rzekł Francois i przystąpił zaraz do skrapiania się zapachowym płynem.-A jak twoje życie prywatne, synu? Czy znalazłeś jakąś młodą dwórkę, która przyprawiłaby cię o szybsze bicie serca?
-Nie, ojcze. Pozostaję na razie w stanie wolnym- odpowiedział Claude zgodnie z prawdą.
-Synu, masz już trzydzieści lat- ofuknął go ojciec.-Ja w twoim wieku miałem już trzech potomków.
-Tak, ojcze. Wiem. Jestem przecież jednym z nich.
-I jesteś nim tylko dlatego, że ja potrafiłem odnaleźć właściwą kobietę, we właściwym czasie- markiz kontynuował swoje kazanie.
-Tak, ojcze. Przepraszam ojcze.

-Co ty w ogóle robisz w Paryżu? Nie masz żony i od lat nie awansowałeś.
-Trochę trudno wsławić się w boju, kiedy siedzi się w stolicy- młody de Bernières pozwolił sobie na odrobinę uszczypliwości.
-Może i wyniosłeś z bitwy pod Fontenoy rangę kapitana, ale strzaskaną rękę też- odciął się ostro markiz.-Wielu żołnierzy zazdrościłoby ci służby w gardes du corps. Nie powinieneś marnować takiej okazji.
-Tak, ojcze. Masz rację ojcze- kolejny raz powtórzył Claude odbierając od ojca flakonik i samemu korzystając z możliwości uperfumowania się.

(...)

Sala operowa wywierała ogromne wrażenie. Jej wystrój był wspaniały, jeśli wierzyć melomanom akustyka była znakomita, towarzystwo najwyższej klasy. Doprawdy szkoda, że Claude nie lubił arii. W dodatku przez te wszystkie lata spędzone w Paryżu zaczynał myśleć jak strażnik miejski, a nie jak żołnierz, o arystokracie już nie wspominając. Kiedy markiz Francois de Bernières wymieniał powitania i kurtuazyjne słowa z napotkanymi szlachcicami i chłonął atmosferę, Claude zastanawiał się czy straż Wersalu jest w stanie zapewnić należyte bezpieczeństwo parze królewskiej i najwyższym dostojnikom w takim tłumie ludzi. Ale to przecież nie było jego strapienie, nie dzisiaj. Dziś był w Wersalu tylko gościem, nawet jeśli był ubrany po służbowemu.
Poza tym ktoś musiałby wnieść do środka pistolet, aby móc zranić króla w jego loży, a to już byłoby nie do pomyślenia. Uspokojony własną myślą Claude zasiadł wraz z ojcem w jednej z lóż.
-Jaką to operę będzie nam dane dziś wysłuchać?- zapytał cicho ojciec ledwo przebijając się głosem przez panujący w sali szmer.
-„Les Surprises de l’Amour”- poinformował syn.-Nowe dzieło mistrza Jeana – Philippe’a Rameau.
-Znakomicie, znakomicie- zatarł dłonie markiz, a Claude tylko przewrócił oczami. Wiedział, że jego ojciec był takim samym miłośnikiem oper jak on sam. Ale trzeba mu było przyznać, że zawsze umiał dobrze udawać.

Gdy kurtyna uniosła się w górę, widownia wprost zamarła. Z tego co rozumiał Claude, kastrat który zaczął śpiewać na scenie swym sopranem musiał być kimś sławnym. I biorąc pod uwagę to, jaki dawał popis- całkiem zasłużenie.

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=y3BFN4BMmb4[/MEDIA]

(...)

Kiedy nadszedł czas na przerwę oczy markiza de Bernières zaświeciły się jak dwa ogniki. Pauza oznaczała bowiem spotkanie w foyer, podczas którego ten mógłby brylować, dogryzać konkurentom i podtrzymywać dobre stosunki z sojusznikami. A Claude... no cóż, może uda mu się coś przekąsić i porozmawiać z kimś na poziomie.
Okazja do rozmowy, jakkolwiek krótkiej, pojawiła się już w korytarzu gdy kapitan wypatrzył Denisa Diderota. Tak znamienity krytyk sztuki nie mógłby nie pojawić się na dzisiejszej premierze.


Zamienienie z nim kilku słów byłoby owocne, choćby dlatego, że z pewnością wiedział jak nazywała się gwiazda dzisiejszego występu. Co prawda Claude nie wstydził się swojej ignorancji w tej dziedzinie, ale był przekonany, że jego ojciec wykazywał się taka samą i wolałby uniknąć jej odkrycia.
-Panie Diderot, cóż za szczęście spotkać pana w takim tłumie-przywitał się de Bernières.
-Pan kapitan, to doprawdy niespodzianka- filozof podjął grzecznościową rozmowę.
-Panie Diderot, pan pozwoli, że przedstawię- Claude wskazał na swego ojca.-Szanowny markiz Francois de Bernières. Ojcze, oto Denis Diderot, pisarz, krytyk sztuki i prawdziwy człowiek renesansu: od lat tworzy encyklopedię, czyli zbiór wszystkiej ludzkiej wiedzy.
Markiz w normalnej sytuacji nie zniżyłby się do wymieniania uprzejmości z kimś niskiego stanu, ale nawet on zrobił wyjątek w obliczu tak wybitnego człowieka nauki i filozofii.
-Szanowny panie, wstyd mi przyznawać się do mej niewiedzy, lecz nazwisko wspaniałego śpiewaka, który dał dziś popis przed śmietanką Francji nie jest mi znane- to pozorne zdanie oznajmiające doczekało się szybkiej odpowiedzi.
-To słynny Farinelli, mistrz Rameau musiał sprowadzić go z samego Madrytu- Diderot nawet nie wywyższał się tonem, wykładając taką oczywistość.

-Synu, wystarczyło mnie o to spytać, zamiast nagabywać pana Diderota- no tak, markiz Francois nie byłby sobą, gdyby nie skorzystał z okazji zabłyśnięcia przed kimś ważnym, nawet kosztem najmłodszego syna.
-Tuszę, że szanowny pan odwiedzi w najbliższym czasie Luwr- Claude wolał nie dawać ojcu szansy na dalsze wywyższanie się.-O ile mi wiadomo, jeszcze w tym miesiącu miłościwie nam panujący król ma udostępnić nowe eksponaty.
-W takim wypadku spróbuję znaleźć chwilę czasu, bym mógł obejrzeć nowe dzieła-zapewnił filozof.-A tymczasem, proszę panów o wybaczenie. Słyszę, że jestem wołany. Zaszczytem było pana poznać, markizie de Bernières- Diderot oddalił się. Niechybnie w foyer nie opędzi się od innych chętnych rozmówców.

Najwyraźniej po tej krótkiej rozmowie ojciec uznał, że nie będzie przez pewien czas potrzebował asysty syna. Nie mogło być inaczej, Claude nie widział bowiem innego powodu do wzajemnego przedstawienia z hrabianką Marjolaine. Nie żeby chciał narzekać na zawarcie tej znajomości. Młoda arystokratka była niepośledniej urody.
-Pani- zaczął, prostując się na pełnię swego wzrostu.-Czy zaszczycisz mnie swym towarzystwem, czy też moja obecność jest ci niemiła?
 
Zapatashura jest offline