Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-04-2010, 23:11   #3
Libertine
 
Libertine's Avatar
 
-Och, ach. – lekki jęk doszedł w ciemności jego uszu, coś przycisnęło jego głowę jeszcze bardziej w stronę rubensowskich ud. Bernandine musiał ciężko pracować, czasem bardzo ciężko.

-Spóźnimy się… – po tych słowach jego głowa znów została pchnięta, a usta znalazły się tak blisko podmiotu rozkoszy kobiety, że nie był wypowiedzieć reszty zdania wyraźnie. Cóż, owszem, uwielbiał sprawiać francuską rozkosz, ale niekoniecznie będąc w pośpiechu, w końcu odbiera to długotrwałą przyjemność z jej dawania i utrzymywania na poziomie ekstazy. Robiąc to szybko zaprzecza wszelkim swoim przekonaniom, nie czerpiąc z każdej chwili jak najwięcej, cóż o tym właśnie rozważał ciężko pracując zawinięty gdzieś pod prześcieradłem. Jego ręka przestała pieścić jędrne udo i skierowała się swawolnie ku górze, robiąc mały przystanek na obszernym pośladku. Gdy już dotarł do północnych wzgórz poczuł w dłoni obiekt swojego uwielbienia, fakt, dla którego nie przepadał za tak chudymi kobietami. Otóż pierś Marie-Louise O'Murphy nie łatwo był objąć jedną dłonią, był to owoc z Edenu, który wymagał, co najmniej dwóch rąk do konsumpcji.

Wnet zabawę dwóch rozpalonych kochanków przerwał dźwięk otwieranych drzwi.

- Panie, kazałeś mi przerwać bez pozwolenia, kareta jest już gotowa.

Bernandine uwolnił się z plątaniny najróżniejszych tkanin na jego głowie i wziął głęboki wdech. Przed z nim leżała naga, w pełnej okazałości Marie-Louise O'Murphy. W pośpiechu wziął jeszcze kilka oddechów, zrzucił ze spoconych włosów ledwo trzymającą się perukę i zwrócił się do zamykającego już drzwi służebnego.

- Nie chciałbyś mi pomóc? Ta kobieta wymaga przynajmniej dwóch mężczyzn.

Młodzieniec o pięknej urodzie, w wieku około siedemnastu lat zalał się rumieńcem. Popatrzył przez chwilę zaszokowany, po czym zażenowany bardzo szybko powtórzył wcześniejsze słowa.

- Panie, kareta jest już gotowa. – I zanim Bernandine otworzył usta drzwi zamknęły się z ogromną prędkością. – Ech, widzisz Marie? Nikt nie zechce mi pomóc. – Libertyn wstał i zapiał pierwszy guzik od swojej koszuli, spodnie jeszcze miał na sobie.

- Ależ monsieur, zostawiasz mnie tak w pół rozpaloną?

Nie odpowiedział, po pierwsze, dlatego, że sam był ciekaw kobiet na premierze opery mistrza Jeana – Philippe’a Rameau, a po drugie, bo Marie go za to ubóstwiała. Im dłużej pozostawała nienasycona, tym bardziej go pożądała i pragnęła. Nigdy nie robił to czego oczekiwała, podważyło by to jego nieugięty autorytet i zaistnienie waśni między nimi. Kiedy wkładał buty i zamykał drzwi, ona leżała wpatrując się w jego znikającą sylwetkę.



***

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=RMHU_BKq-Vo[/MEDIA]

Ach tak, sałatka z łososi, jedno z moich ulubionych dań. – szepnął do ucha Marie, puścił jej objęcie i już miał złapać za półmisek, kiedy jakiś gbur bezpardonowo go potrącił. Ze swoją drobną sylwetką nie miał szans przepchnąć tego ogromnego potwora. Zachwiał się i cudem udało mu się chwycić stołu przed upadnięciem. Odwrócił się podirytowany, podszedł do postawnego oficera.

- Widzę, że w tym stadzie wojskowych świń przestali uczyć manier?

- Och przepraszam, nie zauważyłem pana, świnie zwykły deptać robaki na swojej drodze – odpowiedział z przekąsem, a jego akcent zupełnie różnił się od francuskiego.

- Założę się, że gdyby raczył pan zdjąć spodnie, to proporcja świni do robaka byłaby odwrotna – odparł libertyn, a kilka osób niby to rozmawiających, ale przypatrujących się sprzeczce zachichotało.

- Ktoś kiedyś rzekł, że nie liczy się wielkość, lecz umiejętności, a ja szablą władam znakomicie.- wzrok oficera kawalerii znów skierował się na wybujały dekolt Marie-Louise.

-Zazdrości pan tego? – spytał się libertyn i chwycił bezprecedensowo jedną z piersi Marie do dłoni, ta zaczerwieniła się lekko, a dookoła słychać było lekki wyraz zdziwienia- Cóż, nie dziwie się panu. W kawalerii zostaje tylko dosiadanie konia. Okrakiem! – zaśmiał się, a mały tłum zawtórował.

Czerwony ze złości Polak podniósł swoją wielką dłoń i już miał trzasnąć Bernandina. Libertyn zrobił szybki unik w dół i rzucił się pod stół. Biegł na czworakach pod bielą obrusów, słyszał huk walnięcia pięścią w blat i kilka pisków. Szarżując na czworakach po paru zakrętach walnął się w jakąś stołową nogę głową i wyleciał poza obrus, zakręciło mu się w głowie. Chwilę później, gdy spojrzał w górę, dostrzegł białe, czyściutkie majtki. Już chciał za nie chwycić i ściągnąć w dół, ale w ostatniej chwili opanował się i otrząsnął, kiedy usłyszał piski i uderzenia obcasów obok swojej osoby. Wyturlał się spod obszernej sukni, dwie panie patrzyły na niego ze zdziwieniem. Przez moment wpatrywał się w ogromny, świecący lampion gdzieś nad nim, czuł jakby jego głowa pękła w trzech, nie, dziesięciu miejscach! Zebrał się w kupę, wstał i otrzepał elegancką kamizelkę.

- Najmocniej przepraszam moje drogie madame. Los był na tyle nie…- tutaj ugryzł się w język, widząc dwie przepiękne kobiety przed sobą – był na tyle szczęśliwy, że skierował mnie wprost do najcenniejszych skarbów dzisiejszego wieczoru. Jestem markiz Bernardine du Châtelet – jego uśmiech zawirował na jego ustach w dziwny, niespotykany sposób.
 

Ostatnio edytowane przez Libertine : 04-04-2010 o 00:48.
Libertine jest offline