Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 23-08-2010, 18:06   #28
Gettor
 
Gettor's Avatar
 
Reputacja: 2267 Gettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputacjęGettor ma wspaniałą reputację
Chrapek:

Inspektor Dionizy Dymała z Komendy Stołecznej Policji pochylił się nad zakrwawionymi zwłokami młodego mężczyzny.
- To już czwarty trup w tym tygodniu - mruknął do stojącego za nim komisarza Stułbii - I znowu samobójstwo.
Komisarz zajrzał inspektorowi przez ramię przypatrując się podciętym nadgarstkom denata.
- Znowu ma to - Stułbia wskazał na zawiniątko, które trup ściskał w dłoniach.
- Widzę - Dymała rozwinął serwetę w jaką było ono zapakowane i wyjął ze środka małą książkę. Na okładce złociły się litery tworzące tytuł: "Biblia Romana".
- Nosz kurwa - jęknął Dymała - A miałem nadzieję, że to po prostu kolejny szyfrant...
- Zakładka jest - Stułbia nieśmiało wskazał na zieloną zakładkę wystającą z biblii.Inspektor Dymała otworzył księgę we wskazanym miejscu i spiżowym głosem odczytał:


"Ogromna skała na miasto bez Serca
Spadnie, nikt się przedwcześnie nie dowie
Skałą tą kieruje Arcykórwamorderca
Pięć metrów w grobie na Wilanowie "

- Sami sobie tym razem nie damy rady, Jaruś - powiedział Dymała chowając biblię w plastikową torebkę - Podaj no mi telefon, muszę do kogoś zadzwonić.
Inspektor wykręcił numer i przyłożył komórkę do ucha...

Ojciec Mateusz wysiadł z brudnego pociągu na dworcu głównym w Warszawie. Inspektor Dymała czekał już na niego na peronie.
- Mateo, kopę lat! - Dionizy uściskał serdecznie starego druha - Gadaj co u ciebie słychać?
- A co może być słychać? Sandomierz pod wodą, więc chuja do rozwiązania mam a nie zagadki kryminalne. Dobrze, że zadzwoniłeś, bo bym się tam zanudził. Cały czas mi tylko stare baby do spowiedzi przychodziły. A taca jaka marna - ojciec Mateusz machnął ręką w geście dezaprobaty - Nawet na nowy rower od Maybacha nie starczy.
- Widzi ksiądz, ja nie wiem czy ksiądz jeszcze nie pożałuje swoich słów - zaszeptał złowieszczo komisarz Stułbia.
- Ty się Jaruś nie denerwuj - inspektor ostudził zapędy komisarza - A my tak o suchym pysku śledztwa zacząć nie możemy - Dymała poklepał ojca Mateusza po ramieniu - Chodźmy, przy krówce Starogardzkiej ci wyjaśnię, co się u nas wylęgło...

- Cholerka - rzekł Mateusz dogryzając zagryzkę w postaci pęta kiełbasy. Wydłubał chrząstkę z pomiędzy zębów i nonszalancko rzucił na trawnik nieopodal. Nawiasem mówiąc, siedzieli na schodach Pałacu Kultury.
- I tak to jest Mateo - dorzucił Dymała - Od dobrego tygodnia grasuje i wszędzie zostawia tę książkę.
Ojciec Mateusz wstał, poprawił pas przy brzuchu i beknął donośnie. Przez chwilę walczył nieubłaganie z grawitacją.
- Chodźcie za mną - powiedział w końcu, kiedy wyczyścił resztki glebostanu z sutanny. Policjanci powlekli się za nim chwiejnym kroczkiem.
Ksiądz-detektyw powiódł ich tymczasem w ponure kazamaty Pałacu Kultury i Nauki.

Mateusz odpalił pochodnię od zapalniczki i oświetlił nią betonowe ściany.
- Spójrzcie tutaj - wskazał na mistyczne graffiti na ścianie - Zła energia skumulowana w ludziach musi znaleźć swoje ujście. Co sto lat dochodzi do jej exodusu. Wtedy rozpoczyna się finał walki pomiędzy dobrem a złem.
Ojciec Mateusz wskazał kolejny obrazek.
- Zło manifestuje się w jestestwie Al Hashash-Bishush - to po staroaramejsku.
- A po polsku?
- Najbliżej by było: Arcykórwamorderca.
- Panie inspektorze! - zakrzyknął Stułbia - Toż to ten z biblii!
Ojciec Mateusz zasunął go z liścia po pysku.
- Biblia to jest tylko jedna! - krzyknął, lecz zaraz się uspokoił - Ale w tych romanowskich wypocinach owszem, pojawia się Al Hashash-Bishush.
- Ale kim on jest? - zadumał się Dymała, odpalając od pochodni "Mocnego".
- W tym jest rzecz właśnie. Co sto lat wciela się on w inną postać. Wiek temu Al Hashash-Bishush poległ w postaci obwoźnego Żyda na cmentarzu w Wilanowie.
Przeszli do kolejnego malowidła.
- Al Hashash-Bishush dąży do uwolnienia mocy i ściągnięcia skały na Warszawę...
- A co z tymi trupami? To też jego zasługa?
- Nie. To z kolei wina Czarnego Romana. Jest on kimś w rodzaju posłannika... Szuka przeciwnika dla Arcykórwymordercy. Naznaczył tamtych ale nie podołali, dlatego zginęli. Ilu ich było?
- Sześciu - odpowiedział komisarz.
- W takim razie Arcykórwamorderca jest blisko. Czarny Roman ma tylko siedem prób. Jeśli żaden z jego wybrańców nie da rady powstrzymać Al Hashash-Bishush, wtedy skała spadnie na Warszawę.
- Niezły klops - mruknął inspektor. Przez chwilę rozważał czy nie wziąć urlopu na żądanie i nie wyjechać na dawno zasłużone wakacje. Na przykład na Syberię.
- Co więc możemy zrobić? - jęknął Stułbia.
- Musimy znaleźć Czarnego Romana, Jaruś, nie mamy innego wyjścia...
- Ja się tym zajmę - Ojciec Mateusz wyciągnął zza włochatej piersi krucyfiks i uniósłszy go w górę, rzekł:
- NA MOC POSĘPNEGO CZEREPU! - świetlista moc otuliła jego smagłą sutannę - ABRA KADABRA, KYRIE ELEJSON!
Nagły błask oślepił trójkę detektywów. Zaśmierdziało siarką.

Kiedy otworzyli oczy, a upiorny smród siarki z lekka się przerzedził, stali na środku areny. Wokół panował półmrok. Niskie sklepienie podtrzymywane było na grubych filarach, na których wyryto zgrabnie płaskorzeźby przedstawiające największych wojowników na świecie. Wśród nich znajdował się Spartakus, Pudzian, ale także celtycki berserker Pavlaq, który swoim okrzykiem "Zwyciężymy!" porywał do walki całe stada żądnych krwi Gallów.
- Kurwa żesz, Mateo - zasępił się Inspektor Dymała - To chyba nie delirka, co?
- Obawiam się, że nie, drogi Dionizy - wyszeptał Mateusz - To siły zła przechwyciły moją Moc i przeniosły nas tutaj...
- Siły zła, czyli...
- CZYLI JA!!! - ryknął z ciemności głos. Po chwili wynurzył się z niej parszywy ryj - ARCYKÓRWAMORDERCA!!!
- Shang Tsung! - krzyknął Ojciec Mateusz, który w parszywym ryju rozpoznał swojego dawnego druha - lecz teraz śmiertelnego wroga - Już od dawna czułem, że to ty jesteś Arcykórwąmordercą! - ksiądz wymierzył oskarżycielsko palec we wcielenie antychrysta.
- Tak to ja! - potwierdził Shang Tsung - Sto lat temu sprzymierzyłem się z duszą Arcykórwymordercy. Nasze cele były zbieżne. On chciał zrzucić skałę na Warszawę - ja chciałem zdobyć świat!
- Nie rozumiem... - zasępił się komisarz Stułbia.
- To proste, śmiertelniku! Tylko w Warszawie żyje człowiek który jest w stanie pokonać mnie w turnieju Mortal Kombat! Kiedy zniknie Warszawa, nikt nie stanie na przeszkodzie abym zdobył władzę nad światem!
- Tak się nie stanie! - Ojciec Mateusz rzucił się Arcykórwiemordercy do gardła. Wystarczył jednak jeden low-kick+high punch, żeby duchowny zwinął się na glebie.
- Śmiertelniku! - warknął Shang-Tsung - Myślałeś że mnie pokonasz?! Nikt mnie nie pokona!
- Ja pokonam - odezwał się głos z ciemności. Shang Tsung wybałuszył ślepia. Z mroku wychynął Janusz Rewiński. Za nim stał Czarny Roman.
- Ktoś ty?!
- Ja? Siara - nowo przybyły wybraniec wystrzelił do Shang Tsunga z poświęconej broni. Wojownik zła ryknął w bólu, po czym zaczął się rozpuszczać w smolistą, śmierdzącą ciecz.
- Tak kończą frajerzy - mruknął Siara - I kurwiszony.

Dalej wszystko potoczyło się dobrze.
Ojciec Mateusz wrócił do Sandomierza. Komisarz Stułbia dostał półroczny urlop lekarski w Tworkach po tym jak latał po mieście w czarnym płaszczu krzycząc o wielkiej skale kierującej się na Warszawę.
Zaś inspektor Dionizy Dymała do dzisiaj nie potrafi spokojnie opowiedzieć tej historii. Ale ma chociaż autograf Siary.
A w dzisiejszych, niespokojnych czasach, mieć autograf Naznaczonego to nie byle co.


I obrazek (wyjątkowo śliski temat tym razem):






Terrapodian:

Icek the Killer
Nowy japoński film gore w stylu kabalistycznym (fragment)

Lwów, Polska, 1937 r.

Mosze Goldbaum zamykał swój sklep jubilerski i uśmiechnął się pod nosem. Dziś miał bardzo opłacalny geszeft, więc miał zamiar to opić w jakiś koszerny sposób. Odwrócił się i spojrzał prosto w twarz której nie chciał już więcej widzieć. Icek Schulz - najbardziej bezwzględny Żyd w okolicy, człowiek przed którym drżeli wszyscy w II RP. Mosze nerwowo zaczął kręcić swoje pejsy.
- Witaj, Icek, przyszedłeś... w jakiej sprawie? - spytał.
Icek stał z niewzruszoną twarzą, na której widniały blizny po cięciach. Zmiął coś w ustach i powiedział;
- Co się stało z Dawidem, moim szefem, Mosze - warknął. - Wiesz jaką mam opinię o walkach między rodzinami, Mosze, ale gdy ginie mój szef muszę działać.
Mosze cofnął się pod drzwi i zasłonił twarz dłońmi.
- Błagam, ja nic o tym nie wiem...! - krzyknął.
Icek chwycił za pejsy, które okazały się być rękojeściami ostry noży. Jeden z nich przyłożył do gardła handlarza.
- Ja wiem, ile ty wiesz, Goldbaum - szepnął Icek. - Jeśli mi nie wyjawisz wszystkiego, to zrobię ci taki britmilah, że zapamiętasz to do końca.
- Już wiem! Wiem! - krzyczał Mosze z przerażeniem. - Pytaj o Salomona! Salomona Hirsza!
Icek przez chwilę trzymał nóż przy szyi starca, w końcu odłożył broń pod jarmułkę. Zamachnął chałatem i zniknął we mgle między lwowskimi budynkami.

Od czasu, gdy jego szef Dawid Szem-Tow zginął poćwiartowany przez nieznanego sprawcę, szalony Icek przejął jego rodzinę, która niegdyś była bardzo sławna w żydowskiej społeczności. Tym razem był zdeterminowany do odnalezienia sprawcy, który już od pewnego czasu eliminuje ważnych szefów żydowskich.
Jego współpracownicy złapali Hirsza, gdy ten wychodził z synagogi. W ciągu godziny stał przed obliczem Icka. W pustej sali, gdzie znajdował się stół, a drzwi pilnowali podwładni gangstera, znalazł się Salomon. Wiedział czego spodziewać się po Schulzu, ale zachował kamienny wyraz twarzy. Na stole leżała taca z macą. Na przeciwko natomiast zasiadał Icek we własnej osobie.

- No więc co masz mi do powiedzenia, Hirsz? - spytał Icek splatając dłonie.
- Ależ zupelnie nie wiem, o co ci chodzi, herr Schulz - uśmiechnął się Salomon.
- Dobrze wiesz, Hirsz. Chodzi o Szem-Towa...
- Podpadl, to i pożalowal - stwierdził wzruszając ramionami. Na głowie miał jeszcze puszysty sztrejml.
Icek podsunął przesłuchiwanemu tacę z macą. Hirsz uśmiechnął się, ułamał kawałek i zjadł.
- Właśnie o to mi chodzi, Hirsz, komu podpadł? - dopytywał się Icek.
- Nie wiem, bo i skąd mam to wiedzieć - Salomon twardo obstawiał przy swoim. Ułamał jeszcze kawałek macy i pożarł ze smakiem.
- Nie, Hirsz, widzieliśmy cię jak rozmawiałeś z endekami.
Obruszył się, w jego oczach coś zabłysło.
- Mnie? Z nimi? Przewidzialo się wam... Zalatwialem geszeft czysty jak ejnc, cwej, draj!
Nagle wstał z czerwoną twarzą. Zatoczył się, wywrócił krzesło, w końcu oparł o ścianę.
- Icek... maca nie byla koszerna! - krzyknął wskazując Schulza drżącą dłonią.
- Oczywiście, że nie - oznajmił z pokerową twarzą Icek. - Była robiona na świńskiej krwi.
Hirsz zdjął sztrejml, drżącymi rękami wyjął ze środka pistolet i wycelował w Icka. Strzelił, ale kula jedynie drasnęła jego ucho. Nastąpił błysk i po Salomonie został tylko chałat i buty.
Icek wstał od stołu i zwrócił się do współpracowników;
- Miejcie się na baczności.
Potem wrócił do domu.

Tymczasem w kryjówce podwładnych Icka zebrała się większość współpracowników. Tam też razem śpiewali, tańczyli i bawili się. W pewnym momencie drzwi otworzyły się z trzaskiem i stanęła w nich dziwna postać w garniturze. Nie zdążyli dojrzeć twarzy przybysza, ale i tak w niczym by im to nie pomogło. Gość wyciągnął samurajską katanę, po czym rzucił się w sam środek zebranych Żydów. Ci zebrali się do kupy i przyjęli postawy Jew-Jitsu. Doszło do krwawej rzezi.
Na następny dzień Icek pierwszy odkrył tragedię. Ktoś precyzyjnymi cięciami pozbawił życia jego armię. Zastanawiał się, czy nie posłać po jego kuzyna - Brunona, który był specem w judemancji, ale zrezygnował. Z niesmakiem brodził we krwi swych braci. Był teraz zdeterminowany by walczyć.

Pewnym było, że to na niego polują. Wobec tego Icek nie krył się nawet. Zamieszkał przy dworcu kolejowym w starej ruderze, skąd miał widok na sytuację w mieście. Często odwiedzali go przekazując wieści. Według nich od tygodnia tajemniczy morderca nie zaatakował. Mimo to Icek czekał... i doczekał się.

Między przemykającymi wagonami towarowymi, dostrzegł osobnika w garniturze i nie mylił się co do swoich podejrzeń. Był to HR-104 Dmowski - cyborg przysłany z przyszłości przez endecję, by pokonać Icka zanim ten rozpocznie między-światowe rządy wraz z masonerią. Wyskoczył z okna swego mieszkanie i jednym skokiem znalazł się na wagonie towarowym na razie stojącego pociągu. Dmowski zrobił to samo - dzierżył w rękach miecz samurajski. Icek jednym ruchem zdjął z głowy jarmułkę, z której wysunęły się ostrza i rzucił nią niczym dyskiem w cyborga.
Robot jednak ciosem katany przeciął lecący ku niemu dysk. Pociąg ruszył, więc teraz walczyć będą na dachu. Icek wyciągnął pejsy-noże i z krzykiem "AAAAAJ WAAAAAAAAJ!" rzucił się w stronę Dmowskiego. Starli się w morderczym pojedynku. Dźwięk uderzanych ostrzy o siebie był zagłuszany przez pociąg.
Po chwili Icek odskoczył będąc pewien, że sam nie da rady. Wtedy wpadł na bardzo desperacki pomysł. Uniósł w górę rękę i krzyknął;
- Galactic poweeeeeer!
W pięknej sekwencji stał się Żydem z Księżyca - potężnym, kabalistycznym wojownikiem. Uśmiechnął się szeroko. Chociaż w tych obcisłych spodniach trudno było się poruszać, a i ugniatały jego obrzezaństwo, to tym razem czuł, że wygra.
Starli się po raz kolejny. Tym razem Icek miał po swojej stronie magię gwiazd. Kumulując w swoich dłoniach całą energię uderzył promieniem w cyborga.
Mieszkańcy Krakowa widzieli ognisty grzyb na wschodzie. Była to pełna potęga Icka - mistrza Jew-Jitsu i Kabały.

Obrazek;





Gettor:

- Lewa! Prawa! Raz! Dwa! Z życiem! – krzyczała dziewczyna ruszając się w rytm muzyki, zaś pozostali na sali próbowali ją naśladować. Wszak na tym polegał aerobik.

Wśród osób ćwiczących był, incognito, Władimir Putin. Dla niepoznaki ubrał się w swój zwyczajowy strój premiera. Przecież jeśli ktoś będzie szukał osób incognito, nie pomyśli nawet, żeby szukać tych, które są ubrane zupełnie nie-incognito, prawda?

Kiedy ćwiczenia dobiegły końca, a Władimir wracał do swojego domu, zadzwonił mu telefon.
- Halo? – powiedział, odbierając. – Tak…mhm…no…nie…nie… NO MÓWIĘ, ŻE NIE!... dobra, zaraz tam będę.

Schował telefon z powrotem do kieszeni i szedł dalej, nieco szybciej. Kiedy wrócił do domu, rzucił wszystko w kąt i czym prędzej usiadł przy komputerze.
Włączył przeglądarkę i wpisał adres „lastinn.info”. Nie trwało jednak długo, zanim znów sięgnął po telefon. Tym razem jednak sam do kogoś dzwonił.
- Generale? – powiedział do słuchawki. – Tak, to ja. Słuchaj, mamy rozbój na forum…

W tym samym czasie, gdzieś na LastInn

Forum stało w ogniu. Wszędzie latały off-topy, spamy, a po tematach biegały multikonta. Bezradni moderatorzy i zasłużeni użytkownicy mogli się jedynie przyglądać chaosowi, jaki panował w ich ukochanym miejscu.

Niektórzy z nich wciąż próbowali walczyć ze spamerami i multikontami. Jednak było ich po prostu zbyt dużo…
- Co robimy? – zapytał zrozpaczony opiekun działu sesji „Inne”. – Oni są wszędzie… forum jest stracone… wszystko zniszczą…

Rozległ się krzyk, trzask i wybuch. To runął wieżowiec na ulicy Warhammerowa 3. Wszystkim na ten widok opadły ręce. Nikt nie wiedział co należy robić. Jednak wtedy…

Wtedy wszyscy zobaczyli białe światło. Odwrócili się w tamtym kierunku, by ujrzeć Administratora LastInn. Nikt nie wiedział kim on jest, jednak zawsze pojawiał się wtedy, kiedy był potrzebny.

A teraz był bardzo potrzebny.

Z lśniącej twarzy Stwórcy Forum bił taki blask, że nikt na niego nie mógł patrzeć dłużej niż przez sekundę. Co w sumie wyjaśniało czemu nikt nie wiedział kim on jest.

Administrator spojrzał na forum. Wyciągnął rękę i wypowiedział wiele skomplikowanych słów w przedwiecznym języku http.
- ... :”lineall” <<max>> ; <min> ; </body> - po tych słowach wszystko… ucichło.

Na forum LastInn powrócił spokój – wszyscy spamerzy i multikonta zostały zsanowane, offtopy unieszkodliwione. Nawet wieżowiec na Warhammerowej 3 w cudowny sposób znów stał.

Jednak nikt nigdzie nie mógł znaleźć Administratora Forum, żeby mu podziękować. Jednak Administrator wiedział o wdzięczności swojego ludu. Odszedł w cień. I powróci, jeśli będzie potrzebny.

***

Obrazek - wersja 2.0





Mira:

Zapadła już noc, przedostatnia z 1002 nocy, jakie zostały do końca świata.
To była najgorsza noc, bo o ile łatwo jest zaplanować noc ostatnią, wykorzystując syndrom ostatniej chwili i związanego z tym kopa kreatywności, o tyle noc przedostatnia w życiu była jakby białą kartą, stroną przedtytułową, na której nie należało nic pisać. Ta strona miała być pusta, by stanowiła oczyszczenie przed ostatnim zmierzchem.

Cóż miałam robić w taką noc? Na stole od tygodnia czekały już ostatnia butelka wódki i ostatnia paczka fajek - przygotowane na jutro. A co dzisiaj? Wedle pierwotnego planu dziś miałam iść do sklepu, by zrobić zakupy na ostatni wieczór w moim życiu, tylko że zrobiłam je już wcześniej. Tydzień temu bowiem Real ogłosił Gorącą Przedapokaliptyczną Wyprzedaż, gdzie na wszystkie produkty oferowano od 5 do 20% zniżki. Grzechem byłoby nie skorzystać, a po co mi kolejny grzech do kompletu? Zresztą grzech też miałam zaplanowany dopiero na jutro, a konkretnie 12 grzechów, czyli tyle ilu było apostołów, co by każdy dostał na łebka.

Planując przed miesiącem swoje grzechy na ostatnią noc do końca świata, długo wahałam się czy aby na pewno pokazywanie gołej pupy prezydentowi miasta jest grzechem. Nie znałam go przecież. W pierwszym odruchu zresztą chciałam wykonać ów gest przed prezydentem RP, jednak zaniechałam tego planu, wiedząc jak bardzo musi być ten człek wyposzczony, przez co obelżywość moich pośladków mogłaby przekształcić się w ponętność.
Niestety, takie jest ryzyko posiadania kobiecego zadka i ciężko z tym coś zrobić.
W każdym razie zdejmowanie majtek postanowiłam pozostawić w kategorii „nierozstrzygnięte za życia ziemskiego”.

Rozmyślając ponownie nad problemem gombrowiczowskiej pupy, wpadłam na pomysł stworzenia listy pytań do Stwórcy, skoro i tak nie miałam planu na tę noc. Zawsze martwiłam się czy w chwili spotkania będziemy mieć o czym rozmawiać, tym bardziej więc taka lista mogłaby ocalić nas przed wzajemnym zakłopotaniem. Rozejrzałam się za jakimś notesem, lecz okazało się, że jedyny, jaki jest w moim posiadaniu to Death Note - całkiem już zapisany. Nawet na okładce widniały wyskrobane nożykiem nazwiska obywateli RPA, które spisałam z ich portalu społecznościowego www.naszarpa.com. I tak zresztą oszczędziłam miejsce robiąc wokół nazwisk klamrę i wpisując ten sam powód zgonu dla wszystkich: „uduszony przez wuwuzelę sąsiada”. Chociaż musiałam bardzo starać się by wcisnąć owego sąsiada zaraz przy krawędzi okładki, wjeżdżając nawet na grzbiet notatnika, to nie chciałam, żeby ludzie ci umarli w poczuciu, że zostali oszukani, gdyby to ich własne wuwuzele postanowiły wycisnąć z ich płuc ostatni dech. Lepiej by to była obca, nieznana, taka, która zabije beznamiętnym, obojętnym pierdem, ograniczając się jedynie do tego, by wykonać swe zadanie.

Odłożyłam notes na biurko, poddając się ogarniającemu mnie zwątpieniu. Nie było ucieczki przed pustką przedostatniej z 1002 nocy do końca świata. Jedyne, co mi pozostało, to czekać… czekać aż dobiegnie kresu i nadejdzie nowy dzień.

Wtem zerwałam się z kanapy, strącając przy tym z jej oparcia komórkowy telefon, który zdążył już zarobaczywić się od moich myśli. Oto miałam plan, potrzebowałam jedynie pomocników! Jakby na moje życzenie zza drzwi od łazienki odezwał się tupot białych myszy.
- Mózgu, co robimy dziś wieczór? - głos Pinky’ego był przepity, ale i tak usłyszałam w nim tę nutkę radości jaką żywi każdy nosiciel Obcego - Podbijamy świat?
- Nie ma sensu Pinky podbijać czegoś, co pojutrze się skończy… - wyjaśniłam rzeczowo, mordując gołymi rękami jego optymizm. Poczuł to, bo odezwał się dopiero po chwili:
- No tak, myślałem tylko, że znajdzie się coś do roboty…Skoro tak, to ja wracam do dwuosobowego brydża z Muchomorkiem, choć dziad jak zwykle trzyma żwir w rękawie…
- Poczekaj! - dobiegłam do drzwi łazienki, otwierając je na oścież, aby zwiększyć rażenie mego genialnego konceptu - Mam zadanie dla Ciebie i…i wszystkich! - dodałam, widząc prośbę w ułożeniu czułek karaluchów, gromadzących się wokół zlewozmywaka. - Nastawcie wodę w czajniku, włączcie toster i przygotujcie masło i kilka ciasteczek na spodku, rozrzućcie po łóżku moje ubrania, a Osiłek niech wyniesie śmieci przed dom… - mówiłam z coraz większym zapałem.
- Ale po co? - Pinky podrapał się po głowie, niczego nie rozumiejąc.
- Jak to po co? Po to, by oszukać śniadaniowego ogra!

Zapadła cisza. Nikt dotychczas nie miał czelności okłamywać ogra, był to jednak jedyny sposób, aby przyspieszyć nastanie ranka. Jeśli bowiem ogr uzna, że jest rano, to jego wiara skończy marazm przedostatniej nocy do końca świata. Wtedy nastanie ostatni świt przed Apokalipsą, a to już nie byle co! Gra była warta świeczki. Wszyscy zaczęliśmy się krzątać po mieszkaniu, szykując wszystko tak, aby wyglądało na typowo poranną scenerię. Na wszelki wypadek też spuściłam rolety w oknach, ćwicząc przedtem pokazywanie pupy na Twardowskim. Tym razem bezsprzecznie wyszedł mi grzech, bowiem wąsacz zachwiał się i spadł z Księżyca. Zachichotałam.

Jakiś czas później wszystko było już gotowe. Na przykrytym obrusem w kratkę stoliku znajdowało się pudełko z płatkami, miseczka, łyżka oraz talerzyk z wciąż gorącymi tostami. I już miałam nasypać ogrzych płatków, gdy usłyszałam cichy skowyt Czerwonego Wilczurka - żywego świadectwa na przelotny romans Czerwonego Kapturka i Złego Wilka.
- Auuu a co jak ogr pomyśli, że używasz płatków jako przegryzki?
Racja! Aż zaparło mi dech w piersi, kiedy dotarła do mnie świadomość, że czasem, gdy jest późno, a ja mam jeszcze ochotę na małe conieco, robiąc sobie drinka, biorę do niego miseczkę płatków, by tak sobie pochrupać. Właściwie już miałam poddać się i zaprzestać całego przedsięwzięcia, gdy odezwał się potwór spod łóżka.
- Jest coś, co odróżnia poranne płatki od wieczornych. Rano jesz je bowiem z mlekiem, a wieczorem z alkoholem. Mamy więc 50% szansy na oszukanie ogra. Spróbujmy…

Żal ścisnął mi serce, kiedy usłyszałam błagalny ton w głosie potwora. No tak, kto jak kto, ale on najbardziej musiał się męczyć tej przedostatniej nocy do końca świata.

- Jeśli mi się nie uda, a ogr zażąda drinka, cofniemy się do przedostatniego wieczora… - rzekłam na głos to, o czym myśleli wszyscy. Mimo wszystko jeden po drugim moi współmieszkańcy kiwali głowami na znak akceptacji ryzyka.

Przełknęłam ślinę i ustawiłam na stole dwie szklanki - jedną z mlekiem, drugą z sokiem pomarańczowym. Jeśli ogr zażąda drinka, to dopiero wtedy go zrobię, nie chciałam jednak za wcześnie otwierać butelki wódki na ostatnia noc przed końcem świata.
Trzęsącymi się ze zdenerwowania dłońmi otworzyłam opakowanie z płatkami i nasypałam całą niemal miskę, licząc, że być może uda mi się zwieść ogra większą porcja, która bardziej niżeli na wieczorną, będzie wyglądała na śniadaniową.
Odstawiłam pudełko.
Teraz pozostało jedynie czekać.

Chwilę nic się nie działo, kiedy wreszcie płatki zaczęły cicho bulgotać, a po chwili spomiędzy nich wynurzyła się głowa ogra. Nie był to duży ogr, widziałam już bardziej okazalsze egzemplarze nawet z dna opakowania z płatkami, ale nie miało to teraz znaczenia.
Ogr ziewnął szeroko ukazując pełne uzębienie paszczy, po czym tubalnym głosem krzyknął:
- MILK!
Ha! Nigdy jeszcze nie cieszyłam się tak bardzo z anglojęzycznego ogra śniadaniowego. Z wielkim bananem na twarzy sięgnęłam po szklankę z mlekiem i zaczęłam przelewać zawartość do miseczki.
- Oczywiście, oczywiście… - rzekłam do ogra.

Wtem rozległ się łomot spadającej z okna rolety. Zbyt wiele oczu na niej zawisło po moich ostatnich słowach i stary karnisz nie wytrzymał ciężaru. Roleta spadła na kafelki z hukiem, a moje serce podskoczyło do gardła, gdy zdałam sobie sprawę, ze teraz pewnie wyjdzie moje kłamstwo, gdy ogr dostrzeże nocne niebo. Tymczasem jednak… moją twarz oświetliły nieśmiałe promienie wschodzącego po drabinie słońca. To był już ranek! Wraz ze współlokatorami krzątaliśmy się tak długo, ze nawet nie dostrzegliśmy, iż przedostatnia noc do końca świata właśnie się skończyła ustępując ostatniemu porankowi, jaki mieliśmy przeżyć.
To było najradośniejsze śniadanie w ciągu całego mojego życia.
Szkoda, że miało być ostatnie…


----------------


To wszystko co udało mi się uratować, aczkolwiek jestem pewien że było jeszcze jedno lub dwa opowiadania, które chyba niestety zostały stracone na zawsze...

Pamiętam jednak ostatni obrazek, jaki został zadany:

 
Gettor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem