Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 14-09-2010, 22:16   #2
Gryf
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 6605 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=M_ciiCyxOJA[/MEDIA]

Kosmos

Podróże międzygwiezdne.

Zawrzyjcie na moment patrzałki i wysilcie wyobraźnię. Co wam się z tym kojarzy?

Już? Widzicie to, przyjaciele moi?

Widzicie statki kosmiczne? Wypasione plenery obcych planet? Nieznane cywilizacje? Przygody? Lasery szmery bajery i inne pierdoły?

Ja też widziałem.

Gówno.

Jedyne co mam wokół siebie to wielka, ciemna, bezdenna dziura w dupie.

Tylko jakby zimniej.

Jestem Sven, ale na zonie mówią Szczota. Mam szesnastkę, ale nie bój się o mnie złamasie, umiem przypierdolić niegorzej niż niejeden miejscowy prol. Na A-śce mieszka jeszcze moje osobiste gestapo – Alan i Ingrid. Moja starsza sisterka Hildur miała więcej szczęścia – zaczepiła się na arbait na Mateczce Ziemi i lachę kładzie na Ymira i całe to kosmiczne gówno.
Tego dnia, przyjaciele moi, piździło jak w pisarni, a ja siedziałem sam jak ten pies kopcąc ostatniego fajka i rozmyślając co począć z tak parszywie rozpoczętym wieczorem. Szychta odwalona i niby trzebaby jaki melanż rozkminić, ale ostatnio ani gdzie ani z kim. Połączenie z Hildurką rwało jak reumatyzm mojego starego, więc odpuściliśmy rozgawora. Na zewnątrz wycie i jęki jakby ktoś zapinał yeti w dupsztala, że nic tylko się nasączyć i w barłóg zagrzebać z Kobajnem w uszach.
Ten wiatr to od początku jakaś schizowa sytuacja. Klimat, jakby cię co wołało po imieniu. Powaga, normalnie "Sven - kurwa - Sven", obstawiam, że jak jeszcze chwilę bym tam posiedział, usłyszałbym "Te, Szczota, to ja, twój ziom i druh Laszlo, ruszaj arsz i wbijaj do nas na metę, obrócimy jaką siwuchę".

W dupę z tym.

Zarzuciłem kurtałę na kark i ruszyłem w zonę. Tu na wozowni nie ma czego szukać o tej porze.
Przed wyjściem obczajam zwierciadełko i poprawiam szczotę. Szczota, porzyjaciele, to tru szczota, że na kolana narody – w arbaicie pod skorupą się odgniata, ale mam już swoje sposoby, żeby apiać ustawić do pionu. Odzienie mam odjebane pirma sort, prawdziwa skóra, nie jakiś pedalski synt, jedynie trepy mam miejscowe, z prola – po całości wyjebane, ciężkie i łomocą o te wszystkie stalowe podesty aż miło.
Wybywam.
Kolonia z wyglądu podobna do niczego. Pieprzona kopalnia. Kilometry taśmociągów, rur, przewodów, zasranych wagoników, podajników, parowozików, neogówien, lampek, plazmówek i innego szitu. Do tego stada śmierdzących debili w kaskach, prohibicja i pierdolone nazi-służby z paralizatorami. Na zewnątrz to już wogle szkoda gadać. Moroz i nawałnica, że sople na masztach zamarzają w poprzek. Poziomo, kurwa! Łapiecie?
Idę przez zonę, witam się z prolami i druzją. Tu Szczotę znają bo pro-człowiek i wogle zajebisty gość. Zaczynamy od kantyny a dalej...

– Sven! Czy to jest papieros?!

Wierzcie lub nie, przyjaciele moi, moja staruszka to poczciwa kobita i całkiem umna, ale czasem za chuj nie kmini podstaw. Chowam szluga i odwracam się ze smajlem.

– Ciszej Ingridka. Synu swemu pierworodnemu oborę robisz na całą zonę.

A ta się tylko lampi z krzywą emotą na twarzy i palcem merda, że niby mam arsz ruszyć i podejść. Obejście zasranego przenośnika zajmie mi w pizdu czasu, więc tylko rozkłądam ręce i się grzecznie zapytuję:

– No co?

– Odebrałeś kombinezon?

– Ya, ale straszny szit. Na arbait zabiorę, teraz sobie sromu robił nie będę.

– Jak chcesz, to nie mój tyłek odmarza. Jak cię jeszcze raz złapię z petem w zębach, to dowie się o tym Alan. – Wielka Frau Bioinżynier poprawiła gogle i zaczęła się brędzolić z jakimiś sadzonkami czy innym szajsem.

– No i w pytę – Wzruszyłem ramionami i uderzam w odwrót, czuję jak mi się lampi na plecy. Musi trza się lepiej bunkrować z paleniem. Alan wie i chuj na to kładzie, ale przed Ingrid się złamas nie przyzna i nabzdyczonego będzie strugał – wpierdol murowany.
W dupie, prawdziwy git nie pęka. Ruszyłem na kantynę. Dumałem sobie, że przy zdeka szczęścia nie nadzieję się na tego fekała Polaczka czy insze prohibicyjne sztazi.

Bo dziś, przyjaciele moi, znów poczułem na karku oddech truposzczyka Laszlo Burlowa i marzył mi się jakiś godny mózgotrzep do przepicia hepi-piguł.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 18-11-2010 o 19:30. Powód: naprawa "multimediów" :)
Gryf jest offline