Wątek: Cena Życia II
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 16-09-2010, 17:37   #1
Sekal
 
Sekal's Avatar
 
Cena Życia II


[MEDIA]http://sites.google.com/site/muzykadosesji/Home/Cena2.mp3[/MEDIA]

Środa, 26 październik 2016. 8:45 czasu lokalnego.
Darrington, granica parku narodowego.


Jesień tego roku nie była w stanie Washington zbyt piękna. Tak po prawdzie nigdy nie była piękna, jak to zawsze daleko na północy, w ostatnim zakątku Stanów Zjednaczonych, jeśli nie liczyło się odgrodzonej i mroźnej Alaski. Niewielu było chętnych do odwiedzania tych miejsc, a stali mieszkańcy narzekali rok w rok, gdy tylko resztki słabego lata odchodziły w niepamięć. Pod koniec października bliżej tu już było zimy, ale to nie zima tym razem spędzała sen z powiek. Przez wirusa X zima wyglądała jak bezbronny bobas naprzeciw rozpędzonego, wściekłego niedźwiedzia Grizzly.
Na szczęście do takich miejsc, jak niewielkie, położone na uboczu miasteczko Darrington, wieści przychodziły ze sporym opóźnieniem, zwłaszcza, gdy ktoś nie słuchał radia i nie oglądał telewizji. Których, rzecz jasna, teraz już i tak nie było. Przynajmniej nie tu, w górach, gdzie zwykle dobrze odbierała jedna, może dwie radiowe stacje. Większość tutejszych otrzymała więc jednodniowe odroczenie, zamieszanie zwalając na to samo, co kiedyś wywoływało ptasią, świńską czy krowią grypę.

W końcu jednakże groza dotarła także do nich.
A była już rozpędzona...


Ani lekarz, ani Snow nie wyglądali na głupków. Mogli nie wiedzieć co dokładnie dzieje się w miastach, gdzieś dalej poza rezerwatem, ale swoje musieli widzieć, inaczej przejazdu nie blokowałby zupełnie nikt. Hallis pokiwał głową na słowa Liberty.
- W takim razie rozumiem, czemu akurat tutaj. Skoro nas znasz... to pewnie nie mamy powodów do niepokoju. Pojadę z wami, Green zabierze pozostałych do naszego miasteczka. Na pewno ktoś się nimi zajmie. Jak tam z tym rannym?
Lekarz pokręcił głową, kończąc bandażowanie.
- Miał szczęście, może przeżyje. Przydałby się chirurg, ale w swoim gabinecie zrobię ile będę mógł. Tylko musimy go szybko zabrać.
Nie było sensu się zastanawiać. Dorothy podeszła do siostry. Trzymała się jakoś, zapewne uczepiona nadziei.
- Zabiorę dzieci. Wracajcie szybko.
Spróbowała się uśmiechnąć, ale nie do końca jej to wyszło. Wzięła kluczyki do Hummera, zabierając dzieciaki. White'a położono na tylnym siedzeniu, Green miał swój samochód. Odjechali.

Maria nie odzywała się przez ten czas, zapisując coś na kartce. Potem podała ją Hallisowi.
- To lista rzeczy, które można zdobyć w sklepach, potrzebne mi albo te, albo podobne. Prócz tego niezbędna będzie bardzo dobrze zaopatrzona apteka... i szpital, przynajmniej szpital. Bo inne wyjście, to tylko jakieś naukowe laboratoria, ale nie chciałabym wracać do tych Umbrelli, a nie znam innych. Mam jeszcze materiału na kilka szczepionek, ale musielibyście wybrać tych kilka osób. Gdybym miała z czego, jestem w stanie zrobić znacznie więcej.
Snow skinął głową, ale zastanawiał się jeszcze chwilę.
- Szpital najbliższy jest w Arlington, ale możemy najpierw zdobyć ile się da tutaj na miejscu. Znam kilku ludzi, mogę popytać. Jak dużo mamy czasu?
- Jeśli to wybuchło wszędzie z taką samą siłą, pierwsze zarażenia mogą być już za kilka dni.
- Czyli musimy się spieszyć.

Wyszli, zdeterminowani do tego, by przeżyć.


Drugi dzień wolności. Senne i nudne Darrington witało z właściwym sobie entuzjazmem, którego brak wylewał się z każdego zakątka, aktualnie brudnej i zapuszczonej kempingowej przyczepy. Trochę się zmieniło przez pięć lat. Brak znaków sprzątania to był tylko wierzchołek lodowej góry. Zniknęła część dawnych sąsiadów i znajomych, chociaż Henk, który leżał obecnie na podłodze, nie wykazując jeszcze oznak budzenia się po libacji, pozostał taki sam jak dawniej. Zmieniła się zwłaszcza najbliższa okolica przyczepy, którą zresztą też ponoć chcieli zabrać. Miejsca dla turystów, wykwitły dookoła małe domki, teraz w większości puste. Ze dwa zajęły ubogie rodziny, jakieś nieliczne zajmowali obcy, których pod koniec października nie było co prawda w ogóle, ale, zwłaszcza w lato, pojawiało się całkiem sporo. Ciągnęło tu wielbicieli gór, lasów a także para- i motolotniarzy, którzy bez problemu korzystać mogli z tutejszego lotniska, płacąc grosze za wynajęcie pasa na kilka startów.
Tak czy inaczej, Jorg mógł uważać, że wcześniej kraniec miasta teraz stawał się nieco za bardzo zatłoczony. Ale cóż mógł powiedzieć? Garaż przenieść było łatwo, a przyczepę jeszcze łatwiej. Może będzie czas na znalezienie sobie innego miejsca?

Uniósł zdrętwiałą rękę, zastanawiając się co wwierca mu się w bolący łeb. Strącił pustą butelkę, która uderzyła w podłogę, ale wytrzymała, tocząc się powoli w kierunku twarzy Henka. Macał dalej, odnajdując stare, zdezelowane radio, które mimo wszystko wciąż miało niezłą moc. Teraz szumiało z potężną siłą, przypominając młot pneumatyczny. Pewien był, że jeszcze wczorajszego wieczora grała muzyka, może coś się przestawiło? Przekręcił głośność, z ulgą wypuszczając powietrze, gdy wreszcie umilkło. Wracały obrazy dnia poprzedniego. Nikt tu na niego nie czekał, nie oszukujmy się. Kilku kumpli, którzy albo się faktycznie ucieszyli, albo robili dobrą minę do złej gry. Byli jacyś nowi, ci zerkali podejrzliwie. Poszło kilka piw, a potem jeszcze podłe whisky, po którym butelka zatrzymała się wreszcie, pozwalając ciszy zalec w przyczepie.

Swen zwlókł się z łóżka, czując ciśnienie zbyt duże, by dało się pozostać w miejscu choćby chwilę. Kac wciąż wbijał mu gwoździe w mózg, ale otwarcie drzwi wpuściło powietrze do zatęchłego pomieszczenia. Wilgoć, wszystko było mokre. Już zapomniał jak tu jest. Deszcz musiał padać całą noc, ale teraz na dobrą sprawę przestał, pozostawiając lekką mgłę i zimno zapowiadające zimę. Jorgensten na razie jednak myślał o opróżnieniu pęcherza.


Green prowadził spokojnie, jadąc szutrową, górską drogą. Żwir chrzęścił pod kołami, tworząc przyjemny, uspokajający dźwięk, który Alexandrowi i tak nie przypadł do gustu. Cierpiał ciągle, mimo, że opatrzony i posmarowany jakąś maścią czuł się trochę lepiej niż jeszcze jakiś czas temu. Każdy mocniejszy podskok samochodu wywoływał paskudny ból i zgrzytanie zębów. Lekarz za to widział to nawet optymistycznie.
- W sumie masz szczęście. Bólu jest więcej niż samych obrażeń. Na plecach nie pośpisz, sportów też przez jakiś czas nie pouprawiasz, ale na moje to powinieneś się cieszyć. Nic ważnego ci nie przestrzelili. Już niedaleko.
Zjechali na boczną ścieżynę i szutr zastąpiony został ubitą drogą. Dorothy jechała tuż za nimi, reflektory hummera przebijały niewielką mgiełkę znacznie lepiej niż lampy starego forda, jakiego używał Green. Wszędzie dookoła był tylko las, prawie nic poza tym. No i serpentyny, podjazdy, zjazdy i inne nieprzyjemności, przy których mogło zrobić się niedobrze. Trwało to może z piętnaście długich minut, aż minęli kilka tablic i czerwony szlaban, teraz podniesiony.

Wioska Indian zupełnie nie przypominała wigwamów. Drewniane domy postawione były w tym samym stylu, co spora część tych w choćby Darrington. Było ich tu kilkadziesiąt, ale dokładnej ilości nie dało się określić - ulica ciągnęła się dalej po górzystym terenie, a rosnące wszędzie drzewa zasłaniały widoczność. Jechali jeszcze przez chwilę, zatrzymując się przy piętrowym budynku.
- To mój dom i gabinet jednocześnie. Możesz tu zostać na razie, potem znajdziemy wam lepsze miejsce.
Nagle od strony ulicy rozległ się krzyk. Jakaś kobieta biegła w ich stronę, trzymając się za przedramię. Jej koszula w tym miejscu przesiąknięta była krwią.
- Heveesa'e! Ugryzła mnie! Dzieje się z nią coś dziwnego... zamknęliśmy ją w pokoju, ale wali w drzwi. Zrobi sobie krzywdę!
Green zbladł jak ściana i bez słowa pobiegł w tamtą stronę razem z indiańską kobietą, równie czerwoną jak on sam. Przestraszona Dorothy zgasiła silnik, pomagając White'owi wyjść z samochodu. Reporter mógł na razie zrobić tylko po parę kroków bez podtrzymywania się i zginania.
- Co się stało? To... to doszło i tutaj?!
Panika nie ustępowała z jej umysłu.


John Green wstał później, niż zamierzał. Wczorajsza podróż wykończyła go bardziej, niż sam się tego spodziewał. A może to był po prostu tutejszy krajobraz, pogrążony w ciemnościach, zasnuty ciężkimi, burzowymi chmurami, z których deszcz wydawał się siąpić nieustannie. W broszurce zachwalającej Darrington wyglądało to oczywiście znacznie inaczej, tylko czy to miało jakieś większe znaczenie? Przybył tu na wypoczynek i na polowanie, do którego sprzęt wyładował już na łóżko małego, drewnianego domku, który wynajął jako bazę wypadową. Cena była bardzo niska, o tej porze nie było tu turystów. Biorąc pod uwagę zwykłą temperaturę zbliżającą się do zera nawet w środku dnia, nie było się co dziwić.
Świat w stanie Washington był niezwykle ponury.
Już w Seattle, gdzie lądował, było wyjątkowo paskudnie. Ludzie byli smutni i przygnębieni, deszcz zacinał, zimno przedzierało się przez cienką kurtkę, którą miał na sobie. Na szczęście nie musiał przedzierać się do Darrington samochodem - kilka awionetek wciąż latało, mimo gorszej pogody - wystarczyło się dogadać z jednym z pilotów i zapłacić. To było poprzedniego dnia, blisko już wieczora. A teraz zwlekał się z łóżka, czując tylko zmęczenie. Tu na prawdę można było popaść w depresję.

Nie miał wiele do zrobienia przed wyruszeniem. Łazienka miała na szczęście ciepłą wodę, a butla pod kuchenką - gaz. Tylko radio milczało, wydając z siebie wyłącznie jednostajny szum. Umyty, najedzony i ciepło odziany mógł wreszcie poczuć się trochę lepiej. Kilka szybkich spojrzeń na mapę ujawniło trochę wyznaczonych turystom tras, ale na ich końcach rzadko kiedy widniały oznaczenia schronisk. To stąd pomysł, by w ogóle wracać do miasteczka, zwłaszcza z co krótszych tras. Wszystko na wschód stąd wyglądało podobnie: góry i lasy. Nieistotne dla kogoś, kto chciał rozruszać kości i odpocząć na łonie przyrody. Z dala od ludzi i cywilizacji. Brak zasięgu w telefonie komórkowym jakby jeszcze miał zamiar to podkreślić, chociaż był prawie pewien, że jeszcze wczoraj był.
Spakował plecak, ładując do niego cały potrzebny sprzęt, wyłączając z tego prowiant, który wciąż musiał uzupełnić, a następnie wyszedł przed drewniany domek.


Mark George Stratton był spokojnym człowiekiem. Takie samo było też jego życie, w którym starał się stres zminimalizować, pozbawiając się także części przyjemności. Poprzedni dzień zmienił nieco tę rutynę. Ludzie plotkowali, wiadomości pokazywały wybuchy szału i paniki, radio ogłaszało rządowe komunikaty. Kraj wydawał się całkowicie wariować, czego w sennym Dariington nie było widać zupełnie. Odwalił swoją dniówkę i wrócił do domu. Już nie raz tak panikowano z powodu jakiejś pierdoły.
Tamten wieczór spędził samotnie, dokładniej mówiąc - w swoim własnym garażu, grzebiąc jak zwykle w ukochanym Mustangu. Niewiele słyszał, jeszcze mniej widział. Radio nastawił na jakąś lokalną stację, ale najbliższa była z Arlington, zresztą koło dwudziestej drugiej zamiast muzyki pojawił się jednostajny szum, jakby zasięg trafił szlag. Uznał to za sygnał do pójścia spać. Brak sygnału w antenie telewizyjnej dodał swoje ziarnko niepokoju.

Ten poranek wstawał podobny do zwyczajnego. Ciemny i ponury, ale swojski dla kogoś, kto mieszkał tu już dobrze ponad trzydzieści lat. Może jeszcze bardziej spokojny niż zazwyczaj, ale nie było to takie dziwne w niewielkim miasteczku. Miał drugą zmianę, więc podniósł się dopiero po ósmej, bez sukcesu próbując złapać jakąkolwiek stację w radiu. Co gorsza, nie działał także telefon, wysyłając irytujący, ciągły sygnał. Najwyraźniej by dowiedzieć się czegokolwiek, należało opuścić dom. Przekąsił coś i założył ciepłe ciuchy, nieśpiesznie wyłażąc na ulicę.
Wtedy dopiero zaczął się bać.
Ulicą, w jego kierunku, biegł blady jak ściana Tomas. Widać było, że nie sprint a raczej już długi dystans. Dopadł do Marka, zdyszany i spocony, łapiąc go za ramiona.
- Wojsko... moja żona... dzieci! Błagam ukryj mnie!
Na uliczkę wjeżdżał właśnie wojskowy hummer. Welsch obejrzał się, jęknął i wpadł do domu, zamykając za sobą drzwi, zostawiając skołowanego Strattona na podjeździe. Wojskowy wóz zatrzymał się obok. Z dachu wystawał ciężki karabin maszynowy, którego lufa zwróciła się ku niemu. Żołnierz był w masce, a ze środka wyszedł jeszcze jeden, trzymając w ręku M-16.
- Przetrzymujesz zbiega. Został zarażony wirusem X, jest groźny zarówno dla ciebie jak i reszty społeczeństwa. Gdzie on jest?
Ulicą przejeżdżał powoli czarny Land Rover z przyciemnionymi szybami. Żołnierze nie zwrócili na niego uwagi.


Rozdzielili się. Najpierw Marie, Dorothy i dzieciaki odjechały razem z Greenem i Alexandrem, biorąc hummera Liberty. Potem Snow zatrzymał się przy wjeździe do miasta.
- Nie ma sensu jeździć razem. Apteka jest tu zaraz, powinna być już otwarta. Ja się popytam o te bardziej specjalistyczne duperele. Spotkamy się w wiosce. Jak będziecie wracać to pamiętajcie tylko, by cztery kilometry po wjeździe do rezerwatu skręcić w prawo. Powodzenia.
Skinął im głową wsiadając do swojego brązowego auta, na którego boku wymalowano gwiazdkę. Ruszył, szybko znikając im z oczu. Na szczęście apteka faktycznie była blisko i była dobrze zaopatrzona. Niestety niektóre pozycje były tylko na receptę, a farmaceutka za nic nie chciała się przekonać, że jest to sprawa życia i śmierci. Green powinien wystarczyć, ale niestety był zbyt daleko, by opłacało się wracać. W zamian podała trasę do tutejszego supermarketu, gdzie mogli nabyć kilka innych rzeczy - w tym AGD czy szkło, którego Marie chciała użyć jako zamienników laboratoryjnych sprzętów.

Thomson prowadził pewnie, ale jazda przez miasto mocno się skomplikowała. Byli niemal pewni, że słyszeli jakieś strzały, a kilka razy mignął im blokujący drogę lub przejeżdżający wojskowy wóz. Żołnierze zatrzymywali ludzi i samochody, dlatego detektyw wybierał te drogi, na których nie dojrzeli nikogo z karabinem i w zielonym mundurze. Raz przejechali ledwie trzydzieści metrów od jednego z patroli, ale ci najwyraźniej nie zwrócili na nich uwagi. Z głośników leciał powtarzany bez przerwy komunikat.
"Z rozkazu Prezydenta Stanów Zjednoczonych nakazuje się wszystkim stawić na badanie oraz szczepienie przeciwko wirusowi X. Tych, którzy nie dostosują się do tych wytycznych uznaje się za zarażonych i przeznaczonych do zlikwidowania."
Kierowca warknął, znów wykręcając na inną, bardziej okrężną drogę. Odbezpieczył pistolet, kładąc go obok siebie.
- Kurwa. Jak tu jest tak przesrane, to nie ma co wychylać tyłka bardziej na zachód.
Ominęli kolejną blokadę szerokim łukiem, wjeżdżając na małą osiedlową uliczkę. Przed nimi pojawił się wojskowy hummer, ale było za późno na zawracanie. Zresztą tamci mieli inny cel. Jakiś mężczyzna przebiegł ulicą i dopadł do innego, wyraźnie zaskoczonego faceta, szybko niknąc w domu tego drugiego. To nimi interesowali się żołnierze, zatrzymując się i kierując na niego lufy. Tak jakby czarny Land Rover był dla nich całkowicie niewidzialny. David warknął raz jeszcze.
- A to skurwysyny... Umbrella ma immunitet?
Zwolnił, prawie zatrzymując samochód i wyraźnie powstrzymując się przed gwałtownymi ruchami.
- Przydałyby się mundury i hummer. Bez tego możemy nie zajechać daleko, nawet w tym wozie.
Zerknął na Liberty i dłużej, na Daniela.


Obaj dojrzeli się prawie od razu. Czarnuch i białas, obaj już po czterdziestce, ale w jakże innej życiowej sytuacji. Przynajmniej teraz, przez te kilka wciąż wolnych od większych stresów chwil. Jeden wychodzący z kempingowej przyczepy będącej jego domem, drugi - z drewnianego domku, który wynajął tylko na kilka dni. Nie zwróciliby na siebie uwagi, gdyby nie to, co działo się przed ich oczami, na oddalonej może o jakieś pięćdziesiąt metrów ulicy. Blokował ją wojskowy hummer, do którego podjechał wóz z oznaczeniem gwiazdy na bocznych drzwiach. Wyglądał trochę jak z Teksasu, ale musiał być tutejszy. Wysiadł z niego człowiek o czarnych włosach i cerze jednoznacznie kojarzącej się z Indianami.
Dyskusja, która tam rozgorzała, była wyjątkowo gwałtowna, przynajmniej ze strony strażnika, bowiem twarze żołnierzy zakrywały przeciwgazowe maski. Dwaj obserwatorzy w jednej chwili zobaczyli, jak jeden z tamtych unosi broń i strzela. Dwa razy. Huk był bardzo wyraźny, a ciało Indianina bezwładnie upadło na ziemię. Znów spojrzeli na siebie. Teraz już zostali zauważeni.
Swen zapomniał nie tylko o kacu, ale także o ciśnieniu w pęcherzu. John tylko głośno przełknął ślinę. Jeden z nich wziął do ręki mikrofon.
- Z rozkazu Prezydenta Stanów Zjednoczonych nakazuje się wszystkim stawić na badanie oraz szczepienie przeciwko wirusowi X. Tych, którzy nie dostosują się do tych wytycznych uznaje się za zarażonych i przeznaczonych do zlikwidowania.
Tutejszy strażnik na zarażonego to nie wyglądał...


- Słucham?
- Cel numer pięć zbiegł. Widziana w towarzystwie kilku ludzi, kierowali się na północ stanu Washington.
- Pilnować granic. Wysłać oddział szybkiego reagowania. Kim byli ci ludzie?
- Nie wiadomo, podejrzewamy przypadkowych tutejszych. Zerowe zagrożenie.
- Dobrze. Odnaleźć i wyeliminować cel numer pięć i wszystkich, którzy jej pomogli. Użyć wszystkich środków.
- Tak jest. Bez odbioru.




 

Ostatnio edytowane przez Sekal : 16-09-2010 o 17:48.
Sekal jest offline