Wątek: Cena Życia II
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 17-09-2010, 20:50   #3
Irrlicht
 
Irrlicht's Avatar
 
Tutaj. Teraz.
Daniel Radcliffe był człowiekiem o mieszanych uczuciach, tak samo jak pomieszane były żyły i mięśnie w jego poranionych genetycznie nogach. To zabawne, jak człowiek może schudnąć w te parę dni – kiedyś strażnik więzienny miał całkiem spory kałdun, jednak po bieganiu przed zarażonymi zwierzętami, do których wliczali się także ludzie, spocił się dość, by trochę schudnąć.
Nadal jednak przypominał opasłego strażnika więziennego jeszcze sprzed wybuchu epidemii wirusa X. Ze zmizerowanej twarzy odpadały płatki szarej skóry, ale oczy, uszy i dotyk, wytrenowane ciągłą paranoją, śledziły każdy ruch na drodze. Teraz, oczywiście, był w skórzanej kurtce strażnika Umbrelli. W oparach nikotyny jechał razem z resztą ludzi, którzy nie do końca wiedzieli, co na nich spadło i jak mają się zachować.
- Daj mi... Ja poprowadzę – rzekł do detektywa, kiedy tylko usłyszał dobiegającą informację z głośników o selekcji. - Fakt, furgonu przemalować nie możemy, ale przynajmniej jak będą nas legitymować, to pierwszy poda im dokumenty pracownik personelu. Ja niby.
Miał szczerą nadzieję, że wojskowi poznają biało-czerwoną parasolkę na tyle jego kurtki. Gra na zwłokę nie była mu na rękę – musieli wyjechać stąd tak prędko, jak to możliwe, dopóki trwał chaos związany z rozpoznaniem sytuacji przez żołnierzy i dopóki trwało wyżynanie tych, którzy wyglądali na zarażonych.
Choć, po szczerości, nie wiedział, dlaczego tak naraża się dla reszty. Jego życie leżało w ruinach przed wybuchem epidemii, teraz, z powodu wirusa, który zamieniał ludzi w zwierzęta, nastąpiło dla niego przetasowanie gruzów. Nie był przywiązany do swojego życia już wcześniej, ale wypuszczając się w podróż z Liberty, Alexandrem i Davidem czuł się jak mistyk. Do okultystycznej krwi, która nagle uderzyła do jego mózgu z powodu widoku śmierci, dołączał się fakt, że sam tą śmierć już zadał. Nie, żeby wcześniej nie bywało konieczności zabijania ludzi. Im więcej jednak naciskał na cyngiel, tym bardziej lekko mu to przychodziło.
-Macie jakiś plan? - zapytała Liberty.
- Nie – odruchowo odparł strażnik. - Znaczy, tak – poprawił się. - Chyba tak – uśmiechnął się nerwowo w stronę Liberty, ale przyłapał się na tym, że wygląda jak jeszcze większy idiota, niż zazwyczaj, więc odchrząknął. - Strzelać do i podchodzić żołnierzy to głupota. Bo to żołnierze. Zabiją. A jeśli nawet, nie zabiją, to rząd pewnie wysłał parę dobrych jednostek. Może się postrzelamy, ale...
Wybuchła w nim złość, którą ledwo zdołał stłumić.
- Ale przecież nie chcemy zginąć, prawda? Nie ma sensu tych gnojków siłą... - starał się uspokoić nagle ciężki oddech i łudził się, że jego kolejna huśtawka emocjonalna przejdzie niezauważenie. O dziwo, opanował się na tyle, że dokończył zimno: - Jedziemy, jak gdyby nigdy nic. Najdalej stąd, kiedy znajdziemy się za liniami kwarantanny, może będzie lepiej. Jeśli ktoś nas zatrzyma, nie odzywajcie się, ja będę mówił. Przedstawię was jako personel laboratorium Umbrelli, a mnie jako strażnika, który was eskortuje.
Zaproponował ten plan, ponieważ nie miał żadnego innego pomysłu. Chyba tylko on wyglądał jako ktoś, kto może rozmawiać z żołdakami jak równy z równym.
- Ale przecież nie zdobędziemy wojskowego Hummera jeśli pojedziemy dalej... - Liberty nie do końca rozumiała o co chodzi w planie strażnika.
- Możemy otworzyć ogień, kiedy zaczniemy z nimi rozmawiać. Wiesz, taki element... Element... No, kurwa! Zaskoczyć ich w każdym razie. Ale kiedy zaczniemy strzelać, to rozniesie się i może być ich tu więcej. Jeśli chcemy koniecznie ten Hummer, to wszystko musi być załatwione błyskawicznie i bez strzelaniny.
- Jak chcesz przekonać żołnierzy by oddali nam swój samochód i sprzęt bez strzelaniny?
- Dziewczyna wyglądała na zupełnie nieprzekonaną.
Thomson wzruszył ramionami.
- Skurwieli trzeba będzie rozwalać. Prędzej czy później. Ja już tu słyszałem strzały, nikt nie zwróci uwagi. Trzeba załatwić wszystkich trzech. A jakby nie patrzeć, nie wyglądamy jak żaden pieprzony personel. Skoro nie zatrzymują czarnych aut, to te równie dobrze też mogą się tu kręcić. Łatwiej ich z zaskoczenia niż potem, gdy nas zatrzymają.
- Więc może podjedźmy blisko i przygotujmy się. Przez te czarny szyby nas nie zobaczą. Jak zaczniemy strzelać będziesz mieć swój element zaskoczenia... tylko otwórz najpierw okno albo drzwi, bo szyby tego wozu sa kuloodporne
- powiedziała Liberty śmiertelnie poważnym tonem.
- Niech będzie... - Radcliffe nadal nie był przekonany, jednak skoro dwóch opowiadało się za kolejną strzelaniną, to odpuścił sobie. - W ogóle, może mi powiecie, na chuj wy chcecie ten Hummer? Na piknik jechać? Bo ja myślałem, że my do cywilizacji jedziemy.
W międzyczasie, Thomson podjął już akcję – podjeżdżał do Hummera z drugiej strony. Radcliffe chciał protestować, ale wiedział, że nie dałoby to nic.
- Cywilizacja? Teraz kurwa albo jesteś pan i masz karabin na zielonym wozie pancernym, albo jesteś kaczka do ostrzału. Zobacz na tego frajera, w którego celują. Stan pośredni to najwyraźniej bycie zarażonym. Co wybierasz?
- Tak? To może mi powiesz, co wzbudza większe podejrzenia: Parę cywilów, którzy są poza linią kwarantanny, czy parę popierdoleńców, którzy ukradli wóz pancerny? Może mi powiesz, gdzie później będziesz chciał się zaszyć z tym wszystkim? Zaszycie się w tych stronach to głupota, bo jeszcze bombę nam na łeb spuszczą. Jeśli chcesz się stąd wydostać, prędzej czy później będziemy musieli się pozbyć Hummera...
- Tym będziemy się martwić potem.
- Liberty patrzyła jak Thompson zatacza koło i zawraca z powrotem do wozu. - Musimy poczekać aż wysiądą z samochodu. Ten ich wozik jest świetnie zabezpieczony przeciw pociskom.
Radcliffe zagryzł wargi – czuł się bezsilny przeciwko durniowi, któremu nagle zachciało się zadzierać z Armią Stanów i Liberty, która mu wtórowała. A on...
- Plrff – parsknął. Zaczął powoli otwierać przyciemniane szyby. Żołnierze nie mogli zobaczyć, kto był w wozie bez wychodzenia. Szybkim ruchem usadowił karabinek między swoje nogi, wypisz wymaluj, wyrosło mu stalowe prącie, które zieje ogniem i śmiercią. Uśmiechnął się. Nic się nie liczy już.
W końcu był jebanym mistykiem.
 
Irrlicht jest offline