Wątek: Cena Życia II
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 18-09-2010, 17:59   #4
Lost
 
Lost's Avatar
 
Dalej pędzę. Wciąż przed siebie. Zakrwawiony, poszarpany, ledwo uszedłem z szafotu. Ale jestem. Z pistoletem przyłożonym do skroni.
Samochód przebijał się przez górskie serpentyny, przyprawiające White'a o mdłości. - Pieprzony.. - wyszeptał. - Daleko jeszcze? - rzucił w przestrzeń. Green tak, jakby nie usłyszał, nie oderwał wzroku od drogi. Po kilkunastu milczących sekundach, White powtórzył pytanie jadowitym tonem.
Kilka dziur w brzuchu, a on jest gotów dalej się na niego zdobyć. Niezły jest.
Najlepszy.
- Jakieś kilka minut. Zaraz będziemy. - odpowiedział lekarz, po czy otworzył okno i zaciągnął się głęboko świeżym powietrzem, tak jak dymem papierosa.


Po kilku nieznośnie długich chwilach odwrócił się w końcu do zaciskającego z bólu zęby Alexandra - Wytrzymasz? - Spytał wręcz opiekuńczo. Reporter już go prawie nienawidził. Ktoś pierwszy raz bezinteresownie zainteresował się jego losem. Pieprzony samarytanin, kurwa. Pewnie liczy na poklask i tyłeczek któreś z panienek w grupie. W tym gorszym przypadku liczy na tyłeczek samego White'a. W tym najgorszym naprawdę jest po prostu opiekuńczy. Co po prostu oznacza, że kilku takich jak on spotkał już po drodze.
Nawet nic by do nich nie miał, bo to byli naprawdę mili goście. Pomogli, zasłonili własnym ciałem, pozowali do zdjęć. Był z nimi tylko jeden problem. Najczęściej kilka godzin później plując krwawą pianą i biegnąc w twoją stronę.
Mili goście.
- ...szczęście. Bólu jest więcej niż samych obrażeń. Na plecach nie pośpisz, sportów też przez jakiś czas nie pouprawiasz, ale na moje to powinieneś się cieszyć. Nic ważnego ci nie przestrzelili. Już niedaleko. - Reporter nawet nie zauważył, że lekarz wciąż do niego gadał. White rzucił mu tylko niechętne spojrzenie. Z wysiłkiem sięgnął po swoją torbę, którą zabrał jeszcze z domu MacGregora. Szybko przejrzał zawartość. Wciąż miał załadowaną MP5, którą wyciągnął z martwych rąk pracowników Umbrelli. Gdzieś na dole obijała się pusta skorupa i kolejny pełny magazynek. Na dnie znajdowało się też trochę żywności i w połowie pusta butelka wody. W drugiej przegrodzie leżał wyładowany laptop, wciąż milczący telefon, jego aparat i kilka obiektywów. Jeden z nich wyglądał na uszkodzony, reszta była zabrudzona, ale chyba sprawna. Będzie musiał to sprawdzić. Sięgnął po komórkę. Stłuczony ekran wciąż dawał znaki życia. White przez krótką chwilę smętnie wpatrywał się w pusty pasek zasięgu. Ze złością wrzucił telefon z powrotem do worka. Następnie wyciągnął lustrzankę i zrobił jedno próbne zdjęcie. Działała. Sprawdził po kolei obiektywy, doprowadzając je do stanu używalności. Później przejrzał dotychczasowy materiał.
Pierwsze: Kobieta uciekająca w stronę reportera. Kilka centymetrów za nią pochlapane krwią postacie. Ostrość na wykrzywioną przerażeniem twarz kobiety. Tamci nieostrzy.
Drugie: Kobieta leży. Tamci padają na nią, jeden po drugim. Jeden ciągnie ją za włosy. Drugi wgryza się w ramię.
Trzecie: Kobieta znika pod stosem ciał. W tle Boeing.
Czwarte: Postacie zbliżają się do reportera.
Piąte: Strzelający policjanci. Na pierwszym planie młody chłopak, bez policyjnej czapki, pociąga za spust. Ognik wystrzału.
Szóste: Uciekający tłum. W środku kadru płaczące dziecko.
Siódme: Ochlapany krwią kadr. W tle jeden z tych psycholi.
Ósme: Rozmazane niebo. Krew dalej w kadrze.
Dziewiąte: Las.
Dziesiąte Krew przetarta. Cichy dom i grupa ludzi zebranych przed laptopem.
Jedenaste: Czterdziestoletni mężczyzna, zza którego paska wystaje broń tłumaczy coś siedzącemu w cieniu staruszkowi. Na drugim planie stoi młoda kobieta.
Dwunaste: Wnętrze samochodu.
Trzynaste: Śmierć.
Trzysta osiemdziesiąte czwarte: Śmierć
Widział je już dziesiątki razy. A dopiero teraz przyszły pierwsze mdłości. Czuł jak wymiociny podchodzą mu do gardła i powoli opadają. Wznoszą się i nurkują. Odchylił się do tyłu, by mocniej wbić się w wygodne siedzenie i natychmiast syknął z bólu. W okolicę rany wżynał się mu jakiś przedmiot. Pistolet.
Byłby zapomniał.
Chyba się zmienił. Za pewne na gorsze, jaki miał wybór, ale czy można jeszcze gorzej?
Samochód powoli wytracał prędkość, wjeżdżając do opuszczonego przez cywilizacje miasteczka. White kolejny raz zaklął pod nosem. Lekarz pokaz im dom, w który mieli spędzić kilka najbliższych nocy. Piętrowy budynek, może odrobinę zaniedbany. Zresztą, kogo to dziś obchodzi.
Marzył tylko o ciepłej kąpieli, suchych ciuchach i małym obciąganku.
- Heveesa'e! - Nie tym razem. - Ugryzła mnie! - Zza rogu wybiegła zakrwawiona kobieta. Krzycząc, błagając o kulę. Doktor wyskoczył z samochodu i podbieg do niej. - Dzieje się z nią coś dziwnego... - Lamentowała dalej. - Zamknęliśmy ją w pokoju, ale wali w drzwi. Zrobi sobie krzywdę! - White wyciągnął zza paska pistolet. I owszem, zrobi sobie krzywdę. A White jej w tym pomoże.
- Co się stało? To... to doszło i tutaj?! - Panika. To nigdy nie kończy się dobrze. White wziął twarz kobiety w dłonie. - Dotty. Dorothy. Uspokój się. - Kobieta ciężko oddychała jak po długim biegu. - Ja i Nathan pójdziemy za doktorem. - Gdzieś rozległ się głośniejszy krzyk. To jeszcze bardziej rozbiło Dorothy. - Nie! Nie możecie mnie zostawić! - wykrzyczała. - Ja nie dam rady! One.. przyjdą po mnie! - White zasłonił jej usta. - Nie, nie. To tylko jeden zarażony, więc nic Ci nie grozi, a ja poszedł bym sam, ale chyba nie dam rady iść. - zasępił się. - Weźmiemy broń. W mojej torbie jest karabinek. Zostawimy Ci go na wszelki wypadek. - Czując zawroty w głowie, oparł się o samochód. - Ty pójdziesz do domu lekarza, jak jest zamknięte, to rozbij okno, cokolwiek. Poszukaj zapasów. Jedzenie, ciepłe ubrania, może jakieś paliwo? I znieś je do wozu. My zaraz tu wrócimy. - Przełknął ślinę. - Jeśli to jedna z tych bestii, odjedziemy stąd i poczekamy na resztę na drodze. Nie będziemy mogli tu zostać.
Bo nigdy nie było dobrego planu.
 
Lost jest offline