Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-10-2010, 20:57   #2
Idylla
 
Idylla's Avatar
 
Reputacja: 134 Idylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znanyIdylla wkrótce będzie znany
- Gdybyś wiedział, uciekłbyś, a ja bym nie zarobił. Kapitan się dzisiaj zjawił, więc musiałem się śpieszyć. - Nie powiedział nieczego więcej. Roger zaczął się zastanawiać, czy czasem nie oczekiwał odpowiedzi. - Jesteś beznadziejny, Roger - skwitował chłopak i poklepał go po ramieniu. Minął pirata i skierował się ku leśnej granicy. Mężczyzna zastanawiał się, skąd mógł go znać. Jego imię nie było szczególnie znane, listów gończych też za nim nie wydano.

- Skąd wiedziałeś i od jak dawna? - Nie wytrzymał i zapytał go, a głos stracił na pewności siebie.

- Jesteś w załodze... - urwał szybko. Poczerwieniał. Czyżby coś wiedział o jego kapitanie?

- Załodze Morgana. Zgadza się - potwierdził bezmyślnie. Szedł za chłopakiem wzdłuż lasu. Obserwował jego nieco sztywny krok. Uśmiechnął się pod nosem. Chłopak może i był twardy, ale trochę mu jednak dopiekł.

- Morgana. Nienawidzę twojego kapitana, więc nie mów tego tak zwyczajnie. Mogę się zdenerwować - ostrzegł. Groźba w jego głosie nakazała piratowi siedzieć cicho. Chłopak nie był byle kim, skoro w tak młodym wieku zyskał taką pozycję na takim statku. Niestety, nie zdołał się powstrzymać w porę przed następny komentarzem.

- Trochę szacunku... - warknął i urwał w połowie. Chłopak zatrzymał się przed nim, obrócił błyskawicznie, coś błysnęło w świetle księżyca, a skóra na szyi Rogera zapiekła. Niepewnie poruszył ręką, aby dotknąć jej palcami. Wiedział, że sztylet mógł być zatruty, wiedział, że wystarczyło jedynie mocniejsze szarpnięcie, a świat pożegna go na zawsze. Chłopak uśmiechnął się figlarnie. Nadal trzymając broń na jego gardle, powiedział łagodnie jak do dziecka. Roger jęknął. Nie mógł się odezwać. Jego głos zapewne brzmiałby przynajmniej zabawnie.

- Uważaj na słowa, a może przeżyjesz - odpowiedział.

Roger jęknął. Nie mógł się odezwać. Jego głos zapewne brzmiałby przynajmniej zabawnie. W bosmanie było za wiele opanowania, jak na gust pirata. Nie omieszkał zapytać o to głośno. Kolejna gafa wymknęła się z jego ust, zanim zdołał pomyśleć.

- On cię tego... wszystkiego... nauczył?

Chłopak wyraźnie westchnął. Roger wolał nie wiedzieć, co sobie o nim pomyślał, ale jeżeli był choć w połowie tak bystry, jak mówili o nim w plotkach, to doszedł do tego samego wniosku, co reszta załogi. Rogera wiedział, że nazywali go między sobą głupkiem, ale ignorował to. Zapewne było w tych słowach sporo prawdy.

- Tak. Wszystkiego. Również tego, co kłębi się w tym twoim łbie - odpowiedział spokojnie.

- Mam powody do takich myśli. Widziałem... A raczej słyszałem...

- Mówię ci to z dobrej woli, jako przestrogę. Doceń to. Jeżeli dokończysz to zdanie, obiecuję, że twoja dusza opuści cię na długo przed tym, nim ciałem nakarmię rekiny. - Ostrzeżenie, uśmiech i majaczący niewyraźnie przy jego gardle sztylet. Poczuł na nim ostry koniec. Przełknął ślinę.

- Nie ma sprawy. Rozumiem. Już. - Bez nacisku, ale stanowczo odciągnął rękę chłopaka od swojej krtani.

- Przekażesz coś swojemu kapitanowi? Ode mnie? - zapytał niespodziewanie. Roger zauważył, że są nieopodal tawerny "Pijany galeon". Widocznie chłopak miał się spotkać ze swoim kapitanem w tym miejscu.

- Dobrze, ale w zamian za przedstawienie mi twojego. Zgoda? - Wymiana obopólnie korzystna. Będzie mógł się pochwalić znajomością z legendarnym Crickiem. Lekkie zdenerwowanie rozniosło się bez jego zgody po plecach i podążyło do żołądka, który wykonał zwrot z radości i wrócił na poprzednie miejsce.

- To nie jest równa wymiana. Nie wiesz, jaki on jest. Jeżeli mu się... spodobasz, skończysz w naszej załodze. Z pewnością. Nie przyjmie odmowy. Jeżeli cię nie polubi, ja... zabiję cię na jego rozkaz - przestrzegł go groźnie. - Jesteś pewny, że chcesz go poznać? - zapytał dla pewności.

- Tak. Chcę. - Nie było sensu mu tłumaczyć i opowiadać o umowie, która niechybnie wygasała. Mógł równie dobrze zmienić załogę na inną.

- Zginiesz. Niechybnie - oznajmił ze złością wibrującą na skraju spękanych warg.

Zaprowadził go do tawerny. Przy wejściu stali dwaj rośli marynarze, którzy zatrzymali go na chwilę. Chłopak skinął na nich. Spojrzeli po sobie, ale zabrali blokujące go ręce. Taka miernota mogła na nich wpłynąć jednym spojrzeniem? Roger zaczął się obawiać o swoje życie. Tym razem zupełnie poważnie.

- Edward!

Imię rozniosło się po sali wywołując nagłą ciszę. Wszysycy skupili się na chłopaku, który najnormalniej w świecie zasiadł naprzeciw wysokiego, grubo oddzianego mężczyzny przy okrągłym stoliku w centrum. Każdy kto do niego mówił i zamarł w pół słowie, podążając spojrzeniem za kapitanem. Każdy jeden z obecnych, którzy stali przy tym stole, milczał, zaś chłopak usiadła bez oporów na wysuniętym krześle. Sala wstrzymała oddech. Kapitan jedynie się zaśmiał. Napięcie opadło. Gromki śmiech spadł z serc piratów również z Rogera. Nie pytał o nic, jedynie wyciągnął rękę, aby odzyskać przedmiot. Roger domyślił się jaki, pozostali obecni także ze skupieniem śledzili jego ruchy. Widocznie mapa była ważna.

- Oczywiście rozbił kopię. Nie miałem serca uświadamiać mu, że kopia na nic się nie zda - usłyszał jakby odległy głos chłopaka. Edward. Jeżeli dobrze kojarzył to bosman Cricka miał tak na imię. Jeżeli doda do niego zasłyszane nazwisko: Morgan. Zbladł i niemal usiadł na podłodze. Gdyby nie ręka chłopaka pewnie niechybnie by tam skończył, ale zdążył go złapać przed upadkiem.

- Edwardzie, czy on?...

- Tak, kapitanie.

- Mniemam, że spisał się znakomiecie. Inaczej by nie żył - Crick spojrzał na niego wymownie. Ocenił i przetrawił. Mrownie na ciele powiększało się z każdym kolejnym skrawkiem ciała poddanemu obserwacji. - Chcesz go zabić?

Roger wstrzymał na chwilę oddech. Podobnie uczynił stojący blisko niego pirat.

- Nie, kapitanie, nie chcę - odparł chłopak.

Roger gabił się na niego, mrugając bezmyślnie. Zamykał i otwierał usta. Wyglądał z pewnością nie mądrze i prostacko. Rozejrzał się napięcie drastycznie wzrosło. Jak jeden mąż wszyscy zwrócili głowy w stronę swoich butelek z rumem. Spuścili głowy. Grobowa cisza utkwiła w pomieszczeniu. Roger spojrzał na kapitana. Nie wyczytał wiele z jego twarzy. Jedynie intensywne spojrzenie skierowane na bosmana. Chłopak odwzajemniał je twardo. Nie uległ, nie wycofał się, nie poddał. Wyprostował jedynie i poprawił na krześle. Wygodniejsza pozycja sprzyjała udanym negocjacjom. Myśl, która nagle napływnęła do głowy pirata, wydała się conajmniej dziwna. Sprzeciwił się kapitanowi.

- Edwardzie... - zaczął i urwał. Roger chyba wolałby, żeby nie kończył. Kapitan przyglądał mu się przez chwilę, Roger przezornie opuścił wzrok. Skoncetrował na butach, wspominając scenę spod lasu. Wolał udawać, że wcale go tam nie ma, że nie usłyszałby wyroku, który mógł wypowiedzieć kapitan Crick. - Zatrzymaj go. Na warunkach na jakich się poznaliście, rozumiesz? - zapytał cicho. Chłopak skinął głową i zaśmiał. Kapitanowi reakcja ta wystarczyła.

- Wypijmy za nowego członka załogi. Jak mniemam twój kontrakt wygasł. Nie chciałbym mieć problemów z innym kapitanem z powodu porwania jego załoganta. Pod kim pływałeś? - Zainteresowanie przeniosło się z Edwarda na Rogera. Ten spojrzał na chłopaka z zakłopotaniem, ale odpowiedział zgodnie z prawdą.

- Pod kapitanem Morganem. - Crick szybko spojrzał na Edwarda, później znów na Rogera i zaśmiał się głośno. Nikt nie upominał go. Ci znajdujący się nieco bliżej zawtórowali mu ochoczo. Edward wymruczał coś pod nosem. Zaciekawiony schylił się ukradkiem, aby podsłuchać, co ma do powiedzienia.

- ... dureń. Bęcwał i kretyn. Pożałuje, że tutaj...

Ich nosy otarły się o siebie, kiedy ich spojrzenia spotkały się. Kapitan roześmiał się jeszcze głośniej. Uderzył raz otwartą dłonią w blat. Trzasnęło drewno i stół przełamał się na pół. Upadł Edwardowi na kolana i przygniótł ramię. Chłopak syknął i, z pomocą drugiej ręki, zdjął resztki mebla z ręki. Pojawiło się na niej paskudne rozcięcie. Syknął i złapał za nie. Pytajaco spojrzał w stronę kapitana, który skinął na sąsiednie pomieszczenie. Już się nie śmiał. Raczej przyglądał uważnie swojemu załogantowi.

- Idź. Muszę z nim porozmawiać - zakomunikował i chłopak posłuchał go bez sprzeciwów. - Mam nadzieję, że będziesz się spisywał równie dobrze następnym raz. Dzisiaj z pewnością zaczarowałeś Edwarda. Jednak niebawem to minie. Zauważy w tobie mężczyznę jak ich wielu. Mój kontrakt jednak jest długoterminowy. Rozumiesz? - zapytał łagodnieszym tonem niż Edwarda. Zupełnie jakby traktował go trochę jak dziecko. Roger nie zdolny powiedzieć więcej skinął.

- Doskonale. W sprawie Morgana. Edward wiedział o tym, kiedy robiliście interesy? - Bez ogródek. Prosto do celu. Roger zamrugał, ale odpowiedział szczerze.

- Nie sądzę... - chrząknięcie - ... kapitanie.

- Być może. Ojciec raczej nie wspominał mu o swoich ludziach. Pamiętaj, jeżeli jesteś szpiegiem, zginiesz z jego ręki. Osobiście uważam, że jest bardziej bezlitosny ode mnie. Zważaj na to. - Uniósł palec do góry i zagroził mu. - Bawmy się. Toast za nowego w załodze.

- Będziesz pod moimi skrzydłam. Jestem dowódcą nawigatorów. Wszelkie problemy zgłaszaj mnie. Możesz też Edwardowi, ale wątpię, aby cię posłuchał. Nie interesują go piraci skamlący o przysługę - skwitował jeden z piratów, który podszedł do niego niepodziewanie. Roger zastanawiał się mgliście, skąd on wiedział, że jest nawigatorem. Ta załoga przerażała go i ciekawila za razem.

~~ * ~~

Nowy dzień przyniósł obok wspaniałej pogody do żeglowania, okropny ból głowy i zgodne pojękiwania mężczyzn ułożonych we wszelkich możliwych częściach tawerny. Roger zauważył, że w sali brakuje kapitana i dowódców. Poznał ich niewielu, ale szybko zapamiętał wszystkich. Zapamiętał, że wszyscy byli jeszcze obecni, kiedy szedł spać tam gdzie siedział, chociaż nie bardzo pamiętał, jak do tego doszło. Zagadka zniknięcia niektórych z nich wyjaśniła się sama.

Dowóca nawigatorów, Smith, z głośnym ziewnięciem wygramolił się z jedenego z sąsiednich pokoi. Podobnie uczynił nadzorujący cieśli. Roger z ciekawością oczekiwał, że w drzwiach pojawią się jeszcze inni, ale nie zaglądał przez nie. Nie śmiał nigdy bez zezwolenia wkroczyć do kajut dowódców, więc nie będzie zmieniał nawyków.

Podciągnął się do siadu i rozejrzał dokładnie. W głowie mu huczało od brzdęku butelek układanych przez barmanów i stukotu obcasów należących do zabawiajacych ich ubiegłej nocy kobiet. Załoga powoli budziła się ze snu. Mamrotali coś niewyraźnie i drapali po głowach, jakby to miało im pomóc. Zauważył, że wielu próbowało tego zabiegu, ale żadnemu nie udało się poprawic swojego stanu.

- Już wstaliście? Świetnie. Zbierać się. Wyruszamy w południe - zakomunikował kapitan. Pojawił się w wejściu i od razu zwrócono na niego uwagę. Niechętnie, z ociąganiem, ale bez marudzenia zebrali się i ruszyli pojedyńczo do portu. W zależności ile sił zatrzymali, opuszczali tawernę szybciej lub wolniej. Roger rozejrzał się, ale nie zauważył Smitha. Chciał go zapytać o sprawę z kapitanem Morganem, ale niespodziewanie zaczepił go kapitan.

- Jeżeli chodzi o twoją dawną załogę, wysłałem Edwarda w sprawach formalności. Długo mu to schodzi, ale widocznie ma dużo do przedyskutowania. Mam nadzieję, że mnie nie okłamałeś - zawiesił na nim spojrzenie. Splótł ręce na piersi, co dodało mu groźnego wyglądu.

- Oczywiście, że nie kłamałem. Kontrakt kończył się dzisiejszej nocy. Teraz jestem wolnym marynarzem - odpowiedział, mając nadzieję, że brzmi wiarygodnie, a przy tym jego prośba zostanie zauważona.

- Kontrakt. Zapomniałem. Jones, chodź tutaj - zawołał do chudego mężczyzny zbierającego ze stołu papierowe wycinki. Poplamione ręce światczyły, że pracował całą noc. Zapewne był dobrym kartografem.

- Tak, kapitanie? - zwrócił się do dowócy statku niskim, posłusznym i fałszywym głosem. Roger nie zniósłby takiego zachowania względem niego samego. W zamian kapitan uśmiechnął się chłodno.

- Skromność nie jest w modzie, więc racz skończyć z tymi... bzdurami. Edward wrócił, a wiesz jak on nie lubi lizusów. Podobnie jak ja. Twoja skromna oferta straciła ważność. Teraz jesteś jednym z wielu. Tak, zawsze nim byłeś - powiedział łagodnie. Wplótł dłoń w jego włosy i pogłaskał je w czułym geście. Ta ześlizgnęła się na kark. Kartograf wzgrygnął się mimowolnie i spuścił przygaszony wzrok. Roger widział, jak mężczyzna kuli się nieco i waha, bo nie wie, jak powinien zareagować na zachowanie kapitana przy obcym.

- Tak, kapitanie - powiedział w końcu niepewnie. Dolna warga mu zadrżała, od razu ją przygryzł, a w oczy wstąpiła niespodziewana nienawiść i furia.

- Uspokój się - nakazał trafnie interpretując obiekt nienawiści tych oczu. Mężczyzna spoglądał gdzieś za swojego kapitan. Roger odwrócił się i zobaczył stojącego w wejściu Edwarda. Kapitan nie musiał nawet patrzeć, zawołał od razu. - Edwardzie, właśnie miałem prosić Jonesa o spisanie umowy z naszym nowym pomocnikiem nawigatora.

- Nie ma problemu, kapitanie. Wszystko zostało załatwione - stwierdził szybko. Ton jego głosu sprawił, że Crick odwrócił się, aby na niego spojrzeć. Zmarszczył brwi i ścisnął usta na widok swojego bosmana. Zirytowany spojrzał na Rogera. Ten w obronnym geście jedynie wzruszył ramionami, przerażony, że kapitan obwinia jego o taki stan chłopaka.

Edward wrócił cały we krwi, podrapanym ubraniu, wyrwanym sporym kawałkiem włosów. Wyglądał okropnie. Widok niesamowicie ucieszył kartografa, gdyż uśmiechnął się mściwie i zadarł brodę.

- Wszystko w porządku, kapitanie. To nie moja krew. Przynajmniej nie cała.

Opadł niespodziewanie na ścianę. Kilku stojących obok piratów odbiegło do niego i starało się podtrzymać. Odtrącił ich ręce i podźwignął się na nogi, młodzi, słabi, niedoświadczeni, naiwni. Crick natychmiast znalazł się przy nim, a uśmieszek Jonesa poszerzył się jeszcze bardziej. Piraci umknęli przez drzwi. Tawerna niemal opustoszała. Edward nie podniósł wzroku, jedynie spoglądał na guziki marynarki Cricka. Roger ze swojego miejsca miał świetny widok na ich profile. Stali nieruchomo w cieniu. Po chwili Roger zobaczył widok zgoła dziwny. Edward został spoliczkowany z taką siłą, że jego głowa podążyła za oddaljącą się w bok ręką. Chłopak wydał z siebie głośne warknięcie, ale nie powiedział nic. Ponownie zawisł w poprzedniej pozycji.

- Jones. Spisz z nim umowę. Ja muszę poważnie porozmawiać z Edwardem - powiedział kapitan nie patrząc na nich. Szurając butami po podłodze, skierował się ku otwartemu przejściu do ciemnego pokoju. Nie wydał żadnego innego polecenia, ale Edward posłusznie poszedł za nim. Roger widział błysk zawodu w jego oczach, kiedy spojrzał na niego. Następnie zamknął drzwi.

- Nie przejmuj się. Nie zabije go, ale musiałeś sporo narozrabiać - stwierdził radośnie Jones. Roger miał ochotę na uderzenie go. - Kapitan rzadko się na niego wścieka, a dzięki tobie przyprawił go o ból głowy drugi raz w ciągu dwóch dni. Powinienem ci podziękować. W ciągu kilku dni Edward przejdzie niechybnie do historii.

Informacja ta zdawała się go nieszczególnie martwić. Usiadł przy stole i ramieniem zgarnął resztki rumu zalegające na blacie. Skrzywił się na widok ciemnych plam na szarej koszuli. Otrzepał ją i poprawił się. Gestem zaprosił Rogera do zajęcia miejsca naprzeciw niego. Nawigator zajął wskazane krzesło, z niepokojem obserwując drzwi, zza których dochodziły tłumione krzyki i sapanie.

- Skup się przez chwilę. Teraz patrz na mnie. Zaraz będziesz się zamartwiał o swoją wybawcę. - Jones machnął mu ręką przed nosem. - To ważne. Nie mam zamiaru później obudzić się z nożem w plecach, bo przeze mnie wpadłeś w kłopoty. Słuchaj uważnie.

~~ * ~~
 
Idylla jest offline