Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 12-10-2010, 23:28   #6
seto
 
seto's Avatar
 
Reputacja: 155 seto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znanyseto wkrótce będzie znany
Na desce prowadzącej na łajbę stał mężczyzna. Uśmiechał się tajemniczo patrząc na morze i statek. Wiatr wijący od morza rozwiewał jego ciemny płaszcz i przynosił świeże powietrze, co było dobrą odmianą po woni portu składającej się w głównej mierze z zapachu ryb i rozkładających się desek.
Kosma podrapał się po brodzie. Zabierając rękę jakby odruchowo dotknął zdobionego krzyża, który spoczywał na piersi okrytej czarną koszulą. Dłoń ostatecznie spoczęła w kieszeni czarnych spodni i zacisnęła się na jednej z ostatnich monet.

Jak to się stało, że duchowny trafił na okręt piracki? Stało się to dzięki sympatycznemu, acz głupiemu kapitanowi i, zapewne, woli Najwyższego. A było to tak...

Portowa mieścina w południowej Italli nie wyróżniała się niczym spośród wielu jej podobnych. Z tawerną „Zdechły śledź” było podobnie. Najlepiej charakteryzowało ją słowo: przeciętność. Bywalcy jak to bywalcy wyglądali groźnie, ale gdy ktoś nie dał się im zastraszyć to usuwali się spokojnie na swoje miejsca i milczeli. Kosmie to pasowało. Mógł spokojnie pić rum. W momencie, w którym Malaparte odstawił pustą butelkę do lokalu wszedł zarośnięty marynarz i od razu przeszdł do rzeczy:
-Słyszeliście? Jakiś kapitan załogi szuka. Pasażerów znaczy też. Jak mu kto zapłaci to go przewieść może. A ta no... załoga to na rejs jeden ino. Dziwny typ jakiś. Kupiec chyba.
Szmer przeszedł po sali. Chwilowo nikt nie wyraził zainteresowania. Oprócz Kosmy.
-Usiądź i opowiedz mi o tym człowieku. - Duchowny zaczepił marynarza kiedy ten szedł w stronę baru. - Barmanie. Podaj mi no butelkę napoju, w który to Syn Człowieczy wodę zmienił. - Rzucił szybko do mężczyzny stojącego za barem. Widząc jego zdezorientowanie dodał – Wina znaczy. Bo rzek Salomon: "Daj sycerę skazańcom, a wino zgorzkniałym na duch".
Zamówienie zostało szybko zrealizowane. Po chwili na brudnym stole stała butelka z cierpkim winem i dwa kubki.
-Więc co to za kapitan i dokąd płynie? - Spytał uprzejmie Kosma nalewając marynarzowi wina.
-Jakże się on nazywał... Vito... Vito Leonii płynąć ma kędyś na Karaiby. Widać jakiś dobry interes ma że tak ryzykuje. Toż tam piratów pełno.
-Piratów powiadasz... Dobrze. Kiedy odpływają? - duchowny wypił całą zawartość swojego kubka.
-Pojutrze.
-Dobrze. Dam rade wytrzeźwieć, ale puki co pijmy!
Butelka wina skończyła się, jak zwykle zbyt szybko. Szczęściem po niej przyszła następna, a potem... potem była ciemność, z której po chwili wyłonił się sufit wynajętego wcześniej pokoju.

***

Vito Leonii był jak się rzekło człekiem tyle samo sympatycznym co głupim. Kogoś takiego Kosma szukał....

-Jam skromny sługa Pana Naszego, który świat cały stworzył i nam pod władanie oddał, Lucius Meriddio. - Powiedział bez najmniejszego zająknięcia Kosma.
-Vito Leonii. W czym mogę wam pomóc.
-W podróży po morzach niespokojnych, które to w trzecim dniu Wszechmogący w łaskawości swojej stworzył.
-A gdzież to chcecie podróżować?
-Tam gdzie i wy panie. Na Karaiby. Do Port Royal konkretnie.
-Gdzie? Przecież to miejsce najgorsze. Sami bandyci i piraci tam żyją. Czego tam wasza świątobliwość szuka? - Vito był naprawdę zdziwiony. Malaparte z trudem powstrzymał śmiech cisnący się na usta.
- Owieczek zbłąkanych, którym mógłbym drogę odpowiednią wskazać. Jest napisane, przecież: „Większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.”
-Nie mam zamiaru wchodzić o do portu. Boje się o załogę i statek.
-Użycz, więc choć łódkę jedną na rzecz mej świętej misji! Zrzuć mnie w niej, a siłą własnych mięśni dotrę do tego siedliska zła, aby dusze chore uzdrowić słowem Pana i ku niebu zwrócić! - Głos Kosmy przybrał błagalny wyraz. Mogłoby się zdawać, że takim samym tonem błagali o litość Filistyni, których Pan przeznaczył na śmierć od mieczy Izraelitów.
-Chyba mogę tak zrobić. - odpowiedział Vito po chwili wachania.
-Więc przyjmij mnie na statek. Jam człek ubogi, ale o żegludze czytałem za młodu trochę no i uczony jestem więc przydam się może do czego. - Kosma stał się nagle bardziej energiczny.
-Witam na pokładzie.

Kosma był z siebie zadowolony. Udało mu się znaleźć darmowy transport do Port Rolay. Wystarczyło tylko żeby pamiętał, że nazywa się Lucius Meriddio. Bułka z masłem.

Podróż przebyła bez komplikacji. Duchowny nie musiał robić zbyt wiele. Raz na jakiś czas pomógł nawigatorowi w obliczeniach. Czasem rozszyfrował jakieś łacińskie zapisy na starych mapach kapitana.

Do samego portu dotarł tak jak zapowiedział. Łódką, którą od razu po przybiciu do brzegu spieniężył. Środki jakie mu zostały były naprawdę małe. Szczęściem wystarczyły na pokój w tawernie i porządne upicie się. Następnego dnia trafił na ogłoszenie o naborze na statek korsarski. To było coś. Szansa na zysk. Szansa na nowe życie. Szansa na spełnienie marzeń z dzieciństwa. Do tego ostatniego Kosma jednak nie chciał się przyznać.

***

Mężczyzna, którego wygląd (zapewne z powodu koloru stroju, włosów i zarostu) mógłby kojarzyć się z krukiem zrobił krok na przód. Przekroczył magiczną barierę, która dzieliła go od wejścia na pokład. Dopiero kiedy wykonał ten ruch poczuł silny ból głowy. Stary, wiecznie powracający przyjaciel – kac nie dawał o sobie zapomnieć. Do głowy, wymijając ogniska bólu, przemknęła się natrętna myśl cytująca Dantego: Lasciate ogni speranza, voi ch'intrate - Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją.
 

Ostatnio edytowane przez seto : 12-10-2010 o 23:32.
seto jest offline