Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 17-10-2010, 12:40   #7
Panicz
 
Panicz's Avatar
 
No dobra, może miejscowi Gracze są konserwatywni i nie w głowie im zgłaszanie się do sesji, gdzie nie umieszczono wcześniej paru linijek własnej, wesołej twórczości. Niby jest link do sesji, ale może brak czegoś 'specjalnie na tę okazję' zniechęca. W takim razie wrzucę trochę tekstu.


Cytat:
Tobiasz bawił się wyśmienicie. Jak zresztą wszyscy dookoła. Na to cały rok się czekało, po to się żyło! Żreć, chlać, gzić się w zaroślach. Ile się dało, bez opamiętania. Pospólstwo z okolicznych wiosek przybywało na zaproszenie możnych i Kościoła, by raz w roku zakosztować ich hojności. Nie tylko pogapić się na uginające się pod ciężarem potraw dębowe stoły, ale i by je w orgii obżarstwa ze wszystkiego ogołocić. Z bochnów pytlowego chleba, z kiszonej kapusty, bigosu, mięsiwa, taniego wina, rozwodnionego piwa i drewnianych łyżek, które głowy rodzin przezornie pakowały sobie do kieszeni, by później brylować w towarzystwie bogatą zastawą. Ci, którzy już dość się nachapali, a przede wszystkim ci, którym trunki już uderzyły do głowy podrywali się z ław i gnali do tańca. Jak Tobiasz. Niemrawo podrygiwał otumaniony okowitą, ale paluchami cały czas łapczywie miętosił tyłek jakiejś wiejskiej dzieweczki. Bujali się tak długo, spoceni, że aż kipieli. Można się było wszak zmęczyć, a gdy w brzuchu bulgotała gorzałka to i krótka gimnastyka być musiała wyzwaniem. Tobiasz zwiesił nisko głowę aż zaczął wodzić nochalem po cyckach swej tancereczki. Słaniał się już na nogach. Dziewczę, które mu towarzyszyło to była z kolei osóbka porządna i nie chciała, by tu jej przy wszystkich takie afronty czynił, więc szepnęła mu do ucha to i owo. Niedaleko był zagajnik, miała już miejsce pod czeremchą upatrzone i tam - było to pewne jak amen w pacierzu - Tobiasz ożywiłby się na pewno na powrót, a i krótką tę znajomość można byłoby popchnąć na nowe tory. Ale ochlapus nie słyszał, a choćby nawet i słyszał to odpowiedzi nie byłby w stanie wybełkotać. Zachwiał się jak strach na wróble przy wichurze i runął w tył. Ile było ambarasu, ile nieprzyjaznych spojrzeń, kiedy ten dyszący pijus zaległ na glebie! Dziewczyna przestraszyła się nie na żarty i wnet do swojego królewicza dopadła, coby zobaczyć, jak on się ma. Sapał ciężko, więc żył. Zachlał się po prostu, urobił jak prosię i teraz wstyd robił dziewczęciu. Motłoch tylko na takie wydarzenia czekał. Aż się ktoś potknie czy zarzyga, wda w bójkę na sztachety albo dostanie od baby w pysk. Ale była wtedy uciecha! Można było sobie podokazywać, namówić chłopa, coby oddał babie, pokazał, że on jest panem w domu, królem, że rząd dusz sprawuje jak sam Niezwyciężony. Można było do bijatyki na drewniane listwy się włączyć, przygrzmocić komuś w tył głowy, gdy nie miał się jak obronić, a potem ogołocić mu kieszenie ze wspomnianych drewnianych łyżek i drobnych monet. Można było wskazać palcem na jakiegoś zachlanego śmiecia, zakałę społeczeństwa i zaraz ulepić o nim parę ploteczek. Można było ubawić się po pachy. Tobiasz też przez chwilę dał powód do uciechy, ale zaraz znalazł się inny obiekt zainteresowania i pijusa zostawiono samemu sobie. Wybranka jego serca zmyła się niepostrzeżenie, zawstydzona zachowaniem amanta. Długo ponurej miny nie nosiła, bo zaraz dorwał się do niej inny adorator. Kiedy podkręcił umoczonego w maśle wąsa uśmiechając się do niej zalotnie wiedziała już, że trafił jej się tęgi jebaka. Szczęście, że ten głuptak Tobiasz legł pijany na parkiecie. Szczęście, radość, euforia! Wszyscy tak dobrze się bawili pałaszując paszteciki i pierożki. I tylko dzień później parę osób zaniemogło jak i Tobiasz. Im też, tłumaczono sobie, ta uczta zaszkodziła. Wszak tyle ile w Święto Plonów nie jadło się i nie piło w żaden inny dzień w roku. Ale później znaleźli się kolejni. Też tacy zmęczeni. A później jeszcze zawiadomiono grabarza. I wtedy on jeden tylko miał dobry humor. Bo węszył dobry zarobek. I nie pomylił się.
+

Cytat:
Kelly miał ciężki dzień. Całe miasto przelazł z jednej strony na drugą, a przez te za ciasne spodnie cały czas uwierało go w kroczu. Guziki w bryczesach poszły w diabły zanim jeszcze zdążył postawić pierwszy krok poza swoją sutereną. Nie było innego wyjścia jak tylko spiąć pantalony broszkami, które grubas podwędził mamie z puzderka. Na wydatny bebzok, który przełamywał wszelkie odzieżowe bariery prąc ku wolności narzucił kraciasty, wełniany koc i tak przystrojony ruszył w głąb Panhur. Miał pełne ręce roboty. Książę Ademar wyznaczył sowitą nagrodę za głowę zabójcy swojego brata i od tego trzeba było zacząć. Wszelkie ścierwo zbierało się w gospodzie „Pod pękniętym dzbanem” i tam należało rozpocząć poszukiwania. Bandyci, raubritterzy, nożownicy, złodzieje, lokalne zakapiory i dziwkarze tam właśnie mieli swoje miejsce spotkań. Tam rozbijali sobie nawzajem łby, lżyli się, oszukiwali wzajemnie w kartach i gawędzili po przyjacielsku, klepiąc się po plecach i śmiejąc jowialnie. Tego wieczora nie było ich wielu. Paru poślednich złodziejaszków, dwie chuderlawe prostytutki i Wesoły Vicko ze swoją bandą. On się nadawał na podejrzanego jak nikt inny. Był półelfem, miał na bakier z prawem i rozwalanie ludzi z dużej odległości sprawiało mu frajdę. Kelly wyprostował się, naprężył muskuły i trzymając kurczowo pantalony ruszył do stolika, gdzie mieszaniec rozpracowywał z trójką kompanionów jakiś podejrzany trunek.
„Jestem kurewsko ciekaw czy to chłopiec czy dziewczynka” – Vicko roześmiał się spoglądając na niespodziewanego gościa – „Chłopaki, dam piątaka temu, który potnie leszcza i tym samym rozwiąże nam tą zagadkę”.
Trójka dryblasów rechocząc podniosła się z ławy i nonszalanckim krokiem ruszyła w stronę tłuściocha.

„No cześć skarbie” – grubas mówiąc do Vicka zdawał się całkowicie ignorować zbliżające się, naćpane i schlane zagrożenie – „Pogaworzymy sobie?”

* * *

„No cześć skarbie” - człowiek-ciasto ewidentnie chciał sobie przejebać - "Pogaworzymy sobie?"
I sobie przejebał. Vicko porwał za flaszkę, rozbił ją o kant stołu i uzbrojony w tulipana rzucił się na spaślaka, wyprzedzając swoich goryli. Żadne okaleczenie nie mogłoby z gościa zrobić większego pośmiewiska, więc można było go tylko litościwie zatłuc. Oszczędzić cierpień, ukarać za przesadną rozmowność. Vicko skoczył, zamachnął się i trafił w próżnię. Kelly tanecznym ruchem odpłynął o dwa kroki w lewo, zawinął ręką młyńca i przywalił jednemu ze złodziejaszków w nos. W miejsce, gdzie zaczyna się kość nosowa, jeśli być dokładnym. Zgruchotał ją aż zatrzeszczało, posoka bluznęła jak z fontanny, oczy dryblasa zaszły mgłą. Vicko przeskoczył obok upadającego kompana, uderzył z całych sił w bebzun, ale wiele nie zdziałał. Grubas zrewanżował się sierpowym, który posłał uboższego o trzy zęby bandziora w róg izby. Wpadł pomiędzy dwójkę nożowników, schwycił jednego za kark jak kociaka i rzucił na stół. Jabłko Adama drugiego plasnęło, jakby było prawdziwym owocem i jak prawdziwy owoc zapaćkało czerwonym sokiem koszulę szpiega. Przechodząc nad zalegającym na ziemi bandziorkiem grubas nie omieszkał potknąć się o jego szyję, obcasem buta miażdząc mu krtań. Ten leżący na stole wbił się zębami w blat, poszarpał się chwilę i zgasł. A Vicko, Wesoły Vicko, postrach swego miasta... Spierdalał, co sił w nogach. Cisnął butelkę pod nogi Kelly'ego, w dwóch susach dopadł schodów, niemalże wśliznął się po poręczy na samo piętro i bykiem wyważył drzwi. Nawet, jeśli dziwnym trafem ustępował brzuchaczowi w walce to w biegu i akrobacjach wyprzedzał go o lata świetlne. O eony lat świetlnych. Kiedy słychać już było jak okiennica na piętrze wypada z zawiasów, a złodziej wyskakuje na zewnątrz Kelly ciągle sterczał na dole. Ustawiał krzesła wokół stolika. Pieprzony ślamazara bawił się w dekoratora wnętrz. Przez chwilę. Dość długą w sumie.

Nie wiem właściwie czy to kogoś zachęci. Może kogoś zniechęci, a może ktoś po przeczytaniu pójdzie na rower albo z psem na spacer. Tak czy inaczej, coś wstawiłem.


Stan ludzki:
1. Cohen
2. Anonim
3. Biznesmen
4. Aramin
5. Rudzielec
6. Rychter

Karty mam na dobrą sprawę cztery, czekam na więcej kart i na więcej Graczy.

Sześć.
 
Panicz jest offline