Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-11-2010, 01:15   #12
Tyaestyra
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1269 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=wo4-mmiNoKA[/MEDIA]



Było pięknie. Całym urokiem był księżyc, dumny pan gwiazd, który tej konkretnej nocy pozwalał się podziwiać w swym pełnym majestacie, samemu będąc specjalnym uczestnikiem polowań. Wchłaniał całe światło migoczących naokoło niego punkcików i obdarowywał nim śmiertelników. I nie tylko ich.
Było przyjemnie i taka noc aż zachęcała do wykorzystania jej w przyjemny sposób. Ale nie tutaj, nie w tej okolicy oraz jej najbliższej. Bowiem w Nagoi, tym pozornie pogrążonym w rozkosznym śnie mieście, miała się polać krew. A to nigdy nie był dobry znak.

Wiatr delikatnie podwiewał kobiecie czarne pasmo włosów, ukazując tym samym światu to co zwykle skryte przed nim bywa. A było to.. oko, bliźniaczo podobne do drugiego. Nie szpeciło go żadne dziwactwo w postaci tęczówki o nienaturalnej barwie, mlecznej mgły wskazującej na ślepotę czy też wiejącego pustką oczodołu. Ot, całkiem zwyczajne i niczym się nie wyróżniające, co tylko mogło oznaczać, że takie opadanie włosów było zaledwie kaprysem kobiety i jej fryzury. Ale dzięki tej parce o piwnym, wpadającym w pomarańcz odcieniu, mroki nocy nie czyniły Leiko trudności w dostrzeżeniu oni. Wręcz to ułatwiały, bowiem w jej oczach jarzył się on światłem. Nie tym bladym, rzucanym na niego przez księżyc, ale prawdziwie żywym i wyraźnym, rozpraszającym otulające go ciemności. Jakąż ironią to było, że umiejętności nabyte przez zabicie jednego demona, tak dobrze ułatwiały ubicie innego.

Obserwowanie tego pojedynku byłoby trudne, a już na pewno przyprawiające o zawrót głowy. W niektórych chwilach japonka i oni zdawali się być tylko zlepkiem mieniących się barw. Ona ciało swe zmuszała do wykonywania wręcz akrobatycznych uników, dzięki którym szpony demona przeszywały tylko powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą się znajdowała. Innym zaś razem natrafiały na rozłożoną parasolkę i miast ją rozedrzeć na strzępy jak to być powinno, odbijały się od niej pozostawiając chowającą się za nią kobietę nienaruszoną. Sztylet tanto wprawdzie był tylko błyskiem w rękawie kimona, ale przy każdym jej ataku uderzał niczym żądło rozdrażnionej osy. Drobne rozcięcia skóry nie były w stanie zakończyć tego wszystkiego tak szybko i ona o tym dobrze wiedziała. Niewątpliwie byłyby poważnym zagrożeniem dla człowieka, gdyż Leiko kierowała się swymi naukami dotyczącymi czułych punktów ludzkiego ciała, ale dla takiego plugastwa były mało znaczące. Bawiła z nim, chciała go zmęczyć i rozdrażnić, aby ukazał jej swój słaby punkt, w który mogłaby uderzyć. A odznaczała się szybkością i zwinnością większą od swego przeciwnika. Zazwyczaj.

Pierwszy krzyk zawtórował tej walce. Nie był głośny, można by rzec, że nikt znajdujący się w pobliżu nie byłby świadomy jego zaistnienia. Krzyk rozdzieranego pazurami kimona, który z łatwością został zagłuszony następującym po nim sykiem Leiko. Powodem jego powstania nie był ból, bo i oni po rozerwaniu materiału na udzie kobiety zdołał tylko lekko zadrapać jej jasną skórę. Ale zaskoczył ją, a to wystarczyło. Była też pewna, że wydał wtedy z siebie pełen entuzjazmu.. odgłos.
Wytrącona z równowagi zdołała odskoczyć na bezpieczną odległość. Pozwoliła sobie na złapanie głębszego oddechu, aby z powrotem sięgnąć harmonii i przygotować się do dalszej części łowów. Ostrożnie poświęciła też kilka sekund na przyjrzenie się, w jakim stanie znajdował się oni. Ciągle był pełen werwy oraz szczerej żądzy zabicia i skosztowania jej słodkiej krwi, co oznaczało, że pierwotny plan Leiko nie miał szans powodzenia, bo prędzej ona by straciła siły. Sytuacja wymagała od niej stworzenia nowej strategii, która niewątpliwie zaczęła się już tworzyć w jej głowie, wypychając z niej nieudaną poprzedniczkę.

Kobieta ponownie rzuciła się w wir przecinających powietrze ostrzy i pazurów. A było to jak taniec. I ni na chwilę w tym zabójczym tańcu nie pozostawali na dłużej w jednym miejscu. Wszystko się działo szybko i bez choćby cienia wytchnienia dla przeciwnika. Same cienie uliczek zaś były przyjaciółmi Leiko w tej walce i to właśnie w nich się kryła po każdym jednym ciosie wymierzonym w demona. Nie polegała bowiem na brutalnej sile olbrzymich, nieporęcznych mieczy czy tam na magicznych sztuczkach tworzonych przez pstryknięcie palcami. Po swojej stronie miała zręczność i gibkość swego ciała, które w połączeniu z szybkością i atakowaniem z zaskoczenia potrafiły być śmiercionośne, szczególnie u pozornie bezbronnej kobiety. Mozaika tworzonych przez nią uników i ataków była zarówno piękna, jak i groźna jednocześnie. Wirowała w umykających piruetach, opadała i wznosiła się w swym tańcu. Styl poruszania się dopasowywała do gwałtownych ruchów oni. Poprzez zaczepki niewielkim ostrzem sztyletu zapraszała go oraz prowokowała do tej zabawy o śmierć i życie. To znowu zmieniała się i zwiewnie niczym motyl prawie fruwała naokoło niego, obrotami omijając kierowane ku niej ciosy. Ciągle też uciekała starając się zachować odpowiedni dla niej dystans, kiedy odległość zbyt drastycznie się pomiędzy nimi zmniejszała. W jej sztuce walki brakowało miejsca na chaos i mamiącą zmysły agresję. Nie był to jednak już pełen wachlarz jej możliwości.

Gdy rzucił się na nią, starając się powtórzyć swój wcześniejszy udany atak, to tym razem nie miał szans jej zranić. Po raz wtóry przyjęła pozycję obronną poprzez rozłożenie przed sobą parasolki na jej pełną objętość. Nieznacznie, niezauważalnie wręcz dla kogokolwiek innego poza nią, zmieniła ułożenie palców i nacisnęła ukryty przycisk. Poczuła ruch mechanizmu zamontowanego w drewnianej rączce, a potem..
Zanim zdążył jej sięgnąć potwór upadł na ziemię wydając z siebie pisk strachu... nie bólu. Z jego kolana triumfalnie sterczała długa nasadka, dotąd zwieńczająca czub parasolki. Zaostrzona i doprowadzona do wystrzału dzięki skomplikowanemu urządzeniu, zdołała wbić się z impetem w prawe kolano bestii, strzaskać rzepkę i przeciąć więzadło. Takie zniszczenia nie mogły przejść bez echa, nawet u takiej istoty. Leiko tanecznym gestem wywinęła parasolką łuk w powietrzu i złożyła ją z głośnym trzaskiem, na dźwięk którego oni prawie podskoczył w przestrachu. Prawie. Z rozwalonym kolanem nie był w stanie skakać, nie mógł już nawet tak szybko się poruszać jak wcześniej to robił. Acz nawet jeśli był okulawiony, to nadal stanowił zagrożenie przez swoje pazury mogące z łatwością rozszarpać jej gardło. Zraniona bądź złapana w pułapkę zwierzyna zawsze bywa niebezpieczna w swej szaleńczej próbie przetrwania. Wycofywał się od niej powoli, łapami wymachując w powietrzu w geście rozpaczliwiej obrony.
Ostrze sztyletu zniknęło, schowane gdzieś w odmętach obszernego rękawa, a zaraz i parasolka zawisła smętnie zaczepiona o pas obi. Leiko odprowadzała oni czujnym spojrzeniem, ale sama ni jednego kroku ku niemu już nie zrobiła. Tylko patrzyła jak się stopniowo oddala i dopiero po czasie niedługim się poruszyła, aby zniknąć w najbliższym cieniu. Podarowała plugawemu stworzeniu nadzieję na przeżycie.
Naiwną, złudną i jakże krótką, ale zawsze nadzieję.
Będąc już na tyle daleko, aby nie mógł jej wyczuć żadnym ze zmysłów, wspięła się zwinnie po ścianie niewysokiego domu, na którego dachu zaraz też stanęła. Nieszczęściem dla demona, a szczęściem dla drapieżnika na niego polującego było to, że architektura miasta raczej była niska i często poprzytulana dla siebie. Zaś samo nadążanie za oni nie było dużym wyzwaniem, zważywszy na ranę nogi, która umiejętnie utrudniała mu poruszanie się. Człapał pokracznie przed siebie, od czasu do czasu tylko próbując podskoczyć równie niezgrabnie co kura próbująca wzlecieć. A Leiko obserwowała go z góry, poszukując i czekając na dogodną chwilę do zadania ostatecznego ciosu temu stworzeniu. Idąc takim leniwym chodem, bardziej pasującym do spaceru niźli polowania, sięgnęła w końcu za kokardę wieńczącą jej pas na plecach i z nonszalancją wysunęła wakizashi z pochwy.

Skoczyła. Widzem jej był księżyc, spoglądający z góry swym cyklopicznym okiem. A było coś urokliwego w tym locie kobiety. Jak ptasi drapieżnik zwiastujący bliską śmierć, aczkolwiek nadal pięknie tańczący w przestworzach, tak właśnie ona była jemu podobna. Skrzydłami jej była szata łopocząca w pędzie powietrze, szponami zaś wakizashi bojowo wzniesione niby miecz anielski mający zbawić świat od zła. Spojrzenie ni na chwilę nie uciekało od wypatrzonej ofiary.
Ale i wdzięku nastał koniec.
Opadła z impetem na plecy swego przeciwnika i przygwoździła go do ziemi. Usta rozwarł i w odpowiedzi na ten atak wrzask chrapliwy z siebie wydobył, który rozdarł ciszę nocy i poniósł się długim echem ponad miastem. Leiko wtedy jedną ręką szarpnęła za jego głowę i sprawiła, że ruszyła ona na prędkie i brutalne powitanie z ziemią. Palce drugiej dłoni zacisnęła mocno na oplecionej czernią rękojeści i zamachnęła się. Na sekundę zaledwie blask pełni odbił się w smukłym ostrzu, które zaraz opadło i zagłębiło się głęboko w oni, docierając aż do jego czarnego, zgniłego serca. Rzucił gwałtownie swym ciałem. Jeden, drugi i trzeci raz, przy każdym jednak wyraźnie tracąc siły. Kobieta zaś nie miała zamiaru mu tego ułatwiać, to i poruszała swoją bronią jeszcze bardziej otwierając ranę. Krew pulsowała z rozcinanego ciała, a towarzyszyło jej stłumione, nieludzkie, zwierzęce wycie bólu. W końcu demoniszcze żałosne tchnienie z siebie wydało, po którym zadrżało i znieruchomiało bezwładnie. Jednak zabawy nie było czarnowłosej dosyć, bo to właśnie swe wakizashi ponownie uniosła i gładkimi cięciami poczęła oddzielać paskudną głowę od reszty ciała. Potem zaś zmieniła pozycję i przykucnęła przy truchle, aby poprzez manewrowanie ostrzem wydobyć nasadkę z kolana stwora. Nazbyt trudno było coś takiego zdobyć bez zwracania na siebie podejrzliwych spojrzeń, aby miała tę błyskotkę tak po prostu porzucić.

Wsunęła krótki miecz na jego dawne miejsce i podniosła się. Otrzepała kimono w kilku miejscach starając się je doprowadzić do dawnego ładu, ale rozcięcie na udzie wywołało w niej ciężkie westchnienie pełne rezygnacji. Polowania na oni zawsze były dla niej bardziej uciążliwe niż pełne ekscytacji z wizji przelewania ich krwi. Zabicie bestii było koniecznością, która nie ciągnęła za sobą wzniosłości i radości z tego zwycięstwa. Jej myśli w tym momencie bardziej oscylowały wokół zanurzenia się w czystej, gorącej, relaksującej wodzie, po wcześniejszym odnalezieniu wdowy Chen i dowiedzeniu się, czy owa w swych zdolnościach posiada też i szycie na wysokim poziomie.
Leiko dokończyła poprawianie się. Tu wygładziła, tam poprawiła, a i włosy do porządku przywołała, co by w nieładzie po walce nie pozostawały. Wprawionymi już, zręcznymi ruchami wpasowała nasadkę na czubek parasolki, a następnie rozłożyła ją i skryła się pod napiętym materiałem. W taki oto sposób na powrót przyjęła pozę godną ucieleśnienia delikatności i kruchości. Kroki swe, tym razem już o wiele wolniejsze, wdzięczniejsze i z charakterystycznym stukotem, skierowała w stronę zapamiętanego miejsca, gdzie ostatni raz widziała Kirisu.
Po drodze uśmiechnęła się czarująco do mijanego patrolu i popłynęła dalej ciemną uliczką. Trzymana za długi warkocz, podskakująca na wybojach drogi i wiernie sunąca za kobietą głowa oni tylko wykrzywiła się do nich w zastygłym, zmasakrowanym grymasie.


 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 05-10-2014 o 01:40.
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem