Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 03-11-2010, 17:14   #3
Szarlej
 
Szarlej's Avatar
 
ciąg dalszy posta

***

Dzisiaj miał służbę przy wrotach. Wieeeelkim kole za którym znajdowała się jeszcze większa tablica, pasjonujące jak sam skurwysyn. Nie lubił tej służby, gdy podchodził do wrót czuł instynktowny strach.
Pilnowali w czwórkę, on wraz z jakimś niemiaszkiem stał przy drzwiach do laboratorium i co raz obchodzili salę. Przy głównych drzwiach na baczność stała druga para: Delfin z porucznikiem Naziolem. W Agencji nie używali stopni, każda zmiana miała po prostu swego dowódcę, w tym wypadku Delfina. Szkopy mając w głowie ciągle pruską indoktrynacje Bissmarcka często tytułowali się starymi stopniami. Porucznik Naziol (naprawdę Thomas Baade) miał pecha a nawet podwójnego. Po pierwsze urodził się, po drugie... Po drugie jest trochę bardziej skomplikowanego.
Tydzień temu Marek wraz z resztą Agentów postanowił wyskoczyć na piwko, pech chciał, że akurat w tym samym barze pili niemieccy Agenci. Thomas dosyć głośno ubliżał Polakom, niestety dla niego w grupie polaków był Daniel, znający niemiecki jako tako. Przetłumaczył wszystko kolegom i wspólnie zwrócili uwagę swoim przyjaciołom z pracy, że to niestosowne. Nastąpił niefortunny wypadek i Naziol wpadł najpierw na łokieć Mroza a potem paręnaście razy uderzył głową w stół. Całość rozeszła się po kościach, nie byli w końcu na służbie.

Służba mijała raczej spokojnie. Naukowcy coś się krzątali i wkurwiali, że wrota nie działają, mimo, że wcześniej działały. I wtedy zamrugało światło. Niby zwyczajna przerwa w oświetleniu pewnie spowodowana szalejącą burzą. Pewnie...
Marek odpiął P90 i stanął przy naukowcach, ręką pokazał niemiaszkowi by obstawił laboratorium. Antypatie, antypatiami ale byli zawodowcami i tak też działali.
Gdy Mróz lustrował okolice Delfin coś mówił z ręką przy uchu a Thomas obstawiał korytarz, w końcu Kazik machnął rękę i nadał do nich.
- Everything it's okey. It's only storm.
- Aye.
- Przyjąłem.
Opuścił pemekę. I wtedy błysnęło, huknęło... Jakiś naukowiec całkiem niedaleko zdążył tylko zakrzyczeć gdy eksplozja (chyba eksplozja, Mróz stał tyłem) wciągnęła go do wrót. Cóż... Marek nie był naukowcem, zdążył zareagować. Złapał doktorka za nadgarstek. Siła była jednak zbyt duża i poleciał za doktorkiem.

***

Mróz zaklął chodząc po jaskini. Dobre było to, że żył, złe było to, że najprawdopodobniej wylądował w jakiejś jaskini w drodze do Kaliforni. Kalifornia uberales normalnie!
W prawej ręce ciążyło P90, raczej tak na wszelki stłuczek a lewą trzymał zapaloną latarkę.

Chwilę przyglądał się wypustom. Nigdzie nie było światła. Czyżby był w zamknięty kompleksie. Pięknie, kurwa!

Starał się otworzyć co mogło być w wypustach, czy może gdzieś jest przycisk? Jeśli nic nie znajdzie pójdzie w stronę w którą były wypusty. Gdzieś ten cholerny korytarz musi prowadzić!
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline