Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 27-11-2010, 19:58   #7
Szarlej
 
Szarlej's Avatar
 
Co robi każdy weteran z Iraku po spędzeniu nocy na drzewie w jakimś lesie? Otwiera oczy.

Marek rozejrzał się. Nie widział żadnego zagrożenia, pod sobą tylko niższe gałęzie i paprocie. Normalnie dywan z paproci. Gdyby tylko zamiast paproci był puch byłby normalnie prawie sheraton.
Żołnierz powoli zszedł na dół, podrzucił peemkę do ramienia i jeszcze raz się rozejrzał. Czysto. Paprocie mu sięgały prawie do kolan i było ich naprawdę dużo. Dosyć niespotykane w polskich lasach. Pewnie dlatego, że nie był w polskim lesie a te cholerne wrota wyrzuciły go gdzieś w pizdu daleko.
Wydobył nóż i spokojnie odciął gałąź od jednego z drzew. Równie spokojnie zaczął nią tłuc po zaroślach w okolicy. Większość zwierząt bała się człowieka i jeżeli tylko miało dosyć czasu uciekało. Grunt to dać im ten czas.
Z paproci w okolicy wybiegły jakieś gryzonie, węży brak. Nie ten klimat albo po prostu miał szczęście. Odłożył kijaszek i zaczął karczować paprocie pod nogami. Rękawice taktyczne i nóż okazały się bezcenne. Normalnie Agencja przewidziała nawet to, że jej pracownicy mogą trafić do cholernego lasu gdzieś na drodze do Kanady.
Gdy już się upewnił, że nigdzie w okolicy nie kryje się żadne niebezpieczeństwo odwiesił na pobliskie drzewo karabinek, kamizelkę i bluzę. Został w samym podkoszulku, spodniach, butach i pasie z klamką i nożem.
Zaczął rozgrzewkę, zostając w pozycji stojącej. Wolał nie kusić losu (i węży) pompkami. Proste ćwiczenia pozwoliły mu rozruszać obolałe po niewygodnej drzemce mięśnie, odegnać zaspanie i trochę pomyśleć. Kalkulować. Wynik był prosty: nie wiedział gdzie jest.
Ubrał się, wziął broń, kij i podjął decyzje. Zaczął wracać z grubsza w miejsce z którego przyszedł. Postanowił w dzień jeszcze raz podjąć trop człowieka, pewnie naukowca.
Ściętą wcześniej gałęzią machał przed sobą. Grunt to dać znać zwierzętom, że w okolicy jest od nich coś większego. Nawet wilki uciekają przed człowiekiem jeśli nie są mocno wygłodniałe.
Droga wypadła mu przez wczorajszą ścieżkę rogacizny. Wydeptana przez nich ścieżka była szeroka i udeptana. Biegło stado, jedne jeleń (czy inny Daniel) za drugim. Pewnie z kilkadziesiąt sztuk. Czemu biegły w kierunku góry? Nie wiedział, nie był jakimś cholernym indiańcem czy innym buszmenem.
Powoli robił się głodny i spragniony. Co gorsza seria treningów jakie przeszedł nie uczyła jak zdobyć sobie żarcie. Przy sobie miał tylko piersiówkę z whisky. Alkohol jak uczy życie raczej powodował pragnienie niż je gasił. No chyba, że piwo w rozsądnych ilościach.
Pozostawała mu tylko logika. No i obejrzane kiedyś programy Cejrowskiego i Gryllsa. Ten pierwszy uczył, że najlepszym sposobem na przetrwanie w dziczy jest Indianin. Taki dzikus nie dość, że potrafił wszystko skołować to zawsze szedł pierwszy i wszystko co złe przytrafiało się właśnie indiańcowi. Grylls zaś uczył przydatniejszych rzeczy ale jakoś Mróz nie mógł sobie teraz przypomnieć jakich. Przez słabą pamięć i deficyt indiańców postanowił zaufać logice.
Jeżeli rogacze w nocy biegły z dołu to tam musiały egzystować przez jakiś czas. Do egzystencji potrzebna im jest woda (i jedzenie ale Marek jakoś nie chciał szamać trawy) więc ślady powinny zaprowadzić go do wodopoju.
Ruszył wydeptanym szlakiem. Podłoże było raczej widoczne więc zaniechał machania kijem.
Schodził z góry pod nie dużym kontem, na tyle by szło się wygodnie i na tyle by nie groziło to potknięciem się i zleceniem w dół.
Słonce przygrzewało. Było co raz cieplej. Rozpiął kamizelkę i bluzę.
Las żył swoim życiem. Ptaki ćwierkotało, robaki cykały a coś małego czasem gdzieś przebiegło. Normalnie idylla.
Po dłuższej chwili marszu, brak zegarka i ukryte słońce nie ułatwiały precyzyjnego mierzenia czasu a liczyć regularnie mu się po prostu nie chciało, dotarł na skraj lasu. Przed nim była jakaś polana. Zaczął iść wolniej. W końcu ujrzał to!
A tym okazała się polana porośnięta roślinami trawiastopodobnymi i rogacz skubiący zieleninę na jej drugim końcu. Rogacz wyglądał jak jeleń widziany czasem z okna jadącego pociągu. Lub częściej na filmach. Z jednym wyjątkiem, miał dwie pary rogów. Jedne większe, tylne a drugie mniejsze, sięgające do jednej trzeciej pierwszych. Były trzy opcje: był to nieznany Markowi gatunek (prawdopodobne), był w jakimś cholernym lesie przy Czarnobylu (bardzo mało prawdopodobne, zresztą radiacja tak nie działa chyba, że w książkach) albo wrota jak w "Gwiezdnych wrotach" wyrzuciły go na inną planetę. Ta ostatnia myśl kiełkowała gdzieś niespokojnie, na razie odrzucana. Na razie.
Jeleń poskubał sobie trawkę i się schował. Marek wszedł na polanę, P90 zwisało z boku a w lewej ręce niósł kijaszek. Krok miał dosłownie spacerowy, nie skradał się ani nie hałasował. I to był błąd.
Coś chrupnęło pod jego butem. Jakby nadepnął na ślimaka. Z prawej strony polany na którą dopiero co wszedł wzleciały ptaki. Dużo małych ptaków czyniących okropny jazgot. Cholera! Albo on je spłoszył albo coś tam było. Upuścił gałąź i zaczął obserwować tamto miejsce, z jedną ręką na broni, gotów na walkę. Nic stamtąd nie wyszło. Cisza.
Po drugiej stronie polany wychylił jeleniopodobny zwierz i zaczął go obserwować. Spokojnie i bez strachu. Mróz nie wiedząc jak tamten się zachowa podrzucił broń do ramienia. Zwierzę na ten ruch odwróciło się i spokojnie odeszło.
Marek stał obserwując. I wtedy coś zaryczało z lewej strony. Coś dużego co ewidentnie nie uważało człowieka za pana tej okolicy. Mróz odwrócił się w tamtą stronę. Od strony gór coś odpowiedziało, głośniej. Pierwszy stwór ponownie zaryczał, bardziej przeciągając ryk. Zawodzenie bestii jeszcze chwilę roznosiło się echem a potem zapadła cisza. Martwa. Mróz zastygł w bezruchu, bał się cokolwiek uczynić. Dopiero po chwili się rozluźnił. Postąpił następny krok. Znowu coś zgniótł. Jakby ślimaka, tylko, że odgłos był głośniejszy. Ptaki, które zdążyły znowu przysiąść zerwały się z krzykiem, teraz jakby cichszym. Nie tylko Marek wolał uniknąć następnych ryków. Znowu postąpił krok. Chrupnięcie. I znowu. Mróz westchnął, cofnął się i podniósł gałąź. Wydawała się bardziej przydatna niż broń palna. Zaczął rozgarniać trawę, ta poddawała mu się z oporem.
Na ziemi była kupka małych żyjątek przypominających ślimaki. Gdzieniegdzie leżał większy okaz. Wszystkie bez ruchu, albo zbyt powolne albo martwe. Co ciekawe kupiły się w grupy zostawiając niewielkie obszary pustej przestrzeni.
Polak zaczął iść powoli, rozgarniając przed sobą trawę kijaszkiem. Już bez chrzęstów doszedł do środka polany, tam przystanął i się rozejrzał.
Ptaki znowu ćwierkały, zostawiając niebieskie niebo czystym. Za plecami, tuż nad drzewami świeciło słońce. Jedno. Czyli Marek po prostu nie znał tej odmiany skorupiaków i jeleni. A ryczał niedźwiedź. Na pewno niedźwiedź.
Słońce grzało, ciuchy które świetnie sprawdzały się w chłodnym kompleksie były do dupy w lesie. Szczególnie, że słońce grzało jak jasna cholera.
Gdzieś w oddali, między drzewami majaczyła woda. Pewnie jezioro. Marek rozpoczął swoją mozolną wędrówkę w tamtym kierunku. Tam będzie mógł ugasić pragnienie, przemyć twarz jak i dojść do ładu z ubraniem. Miał zamiar wrócić do dawnego tępa marszu gdy tylko będzie w miejscu w którym nie będzie skorupiaków.
 
__________________
[...]póki pokrętna nowomowa
zakalcem w ustach nie wyrośnie,
dopóki prawdę nazywamy, nieustępliwie ćwicząc wargi,
w mowie Miłosza, w mowie Skargi - przetrwamy [...]
Szarlej jest offline