Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 17-12-2010, 13:59   #10
Fabiano
 
Fabiano's Avatar
 
Trzy truchła zwierząt świniopodobnych leżały na wygniecionej od racic i łap trawie. Dookoła pląsały wilki, wilki-bernardyny, szarpiąc i rozrywając ciemne mięso. Krew wsiąknęła w trawę, w grunt, a ta, która nie wyciekła z ofiar, została wychłeptana przez napastników prosto z ran. Marek robił zdjęcia i przyglądał się złowieszczej naturze. Tempo w jakim kawały mięsa znikały zdawało się przerażające. Ale minęła prawie godzina, może trochę dłużej, a sytuacja na polanie nie zmieniła się. Polak bał się konsekwencji zejścia w teraz na ziemię.

Odczekał jeszcze z półgodziny. Nie więcej i strzelił w powietrze. Huk wystrzału podniósł się po lesie i jeszcze bliskich górach. Wilkowate zerwały się rozglądając panicznie, szczekając i warcząc. Odczekały chwilę, hałas nie powrócił, przysiadły więc z powrotem do swych zdobyczy. Czujniej jednak i co chwila rozglądając się.

Gdy padł drugi strzał z Markowego P90, było już inaczej. Również wszystkie się zerwały, wszystkie prócz jednego. Tamten broczył krwią. Wilkowate zawyły, zawarczały i uciekły. Marek chwilę jeszcze wisiał na drzewie w obawie, że zaraz wrócą. Nie stało się to jednak przez dłuższy czas, zatem postanowił zejść. Na górze nie widział nieba. Nie widział słońca, ale było jasno. Był może z dziesięć metrów nad ziemią, w konarach powoli pnących się do góry. Gdyby rozejrzał się zobaczył by bujnie rozwijającą się faunę i florę na tym piętrze lasu. Nie rozglądał się, jednak. Znalazł opór dla stup i zszedł na dół. Na parter. Gdy dotknął ziemi zamarł. Listowie odcięło go zupełnie od poblasków i świetlistej zorzy z górnych partii drzew. Tu na dole, gdzie teraz znajdował się Mróz, było ciemno. Może niezupełnie, ale szarówka byłaby odpowiednim stwierdzeniem. Wielkie drzewa tworzyły dach świata. Prawie dosłownie. Co jakiś czas, tam na górze, maleńki prześwit tworzył wrażenie gwiazdy mieniącej się żałośnie.

Drzewo miało pień schowany głębiej w lesie, toteż z gruntu nie widać było co się dzieje na polanie. Marka jednak nie za bardzo to teraz interesowało. Miał zamiar się stąd ulotnić w trybie natychmiastowym. Tak też zrobił. Na początku powoli, gdyż oczy potrzebowały czasu do przyzwyczajenia się, później natomiast, tak gdzieś po trzydziestu minutach, szedł już równym szybki krokiem. Trwało to do czasu aż teren lekko się zmienił. Lekko, to mało powiedziane. Nie zauważył nawet kiedy znalazł się pomiędzy dwoma dużymi (na jakieś 10-15 metrów wysokości) głazami. Co chwila mijał skalne ustępy, rowy i pomniejsze głazy. Topografia była ciężka do ustalenia. Las to wznosił się to podała w doliny. Jedno się nie zmieniło. Było szaro. Drzewostan był gęsty i nieprzychylny.



Podłoże robiło się śliskie. Mchy i porosty pokrywające coraz częściej skalne podłoże nie dawały oporu. Do tego było mokro. W pewnym momencie z pod kilku większych głazów wybiło źródełko. Małe i znikające zaraz pod innym zestawem kamieni. Grzechem było nie skorzystać z takiego daru natury.

Kilkanaście minut później, Marek, usłyszał wycie. Dobiegało daleko za plecami. Zanim się obrócił usłyszał kolejno. Drugie doleciało do niego z podobnego kierunku. Polak poczekał chwilę, rozejrzał się za pomocą noktowizora. Może to nie wielka pomoc, ale widzialność w takiej puszczy wzrosła dzięki takiej zabawce o jakieś dziesięć, może piętnaście, metrów.

Zaległa cisza. Marka zmysły reagowały na każdy szelest i szmer. Na każdy trzask. Szczęściem nic nie wskazywało na to, że wilkowaci są blisko. Marek ruszył dalej. Gogle noktowizyjne jednak miał w pogotowiu, zresztą jak i P90 - nieodzownego kompana w podróży. Teren się chwilowo psuł. Był cięższy do przebrnięcia, gdyż trzeba było uważać gdzie się stąpa. Osoba w adidasach mogłaby już dawno leżeć ze złamaną kostką.

Głód i pragnienie zdawały się przybierać na sile, rozpraszały uwagę, dezorientowały. Mówią, że człowiek może wytrzymać ponad miesiąc bez jedzenia. Mark pokręcił głową, nie był przekonany, czy aby ci co tak twierdzili mogli zaznać tego głodu. Szybciej zacząłby obżerać korę.

Chrzęst.

Znał ten odgłos. Maił już z nim tutaj do czynienia. Spojrzał od razu na ziemię. Pod nogami leżał jakiś robak. Gdy Marek się przyjrzał zobaczył mrówkę wielkości jamnika. Serce zabiło szybciej, oczy się rozszerzyły. Poziom adrenaliny skoczył ponownie w górę. Mrówki wielkości jamnika. Ani w noktowizorze ani bez niego, Marek, nie zobaczył ruchu w pobliżu. Nie zobaczył też nic co by mogło na ten ruch wskazywać. Podróż dalej tym etapem może źle się skończyć ale nie miał wyjścia. Tam było jezioro. A przynajmniej wydawało mu się, że gdzieś tam.

Gdy rozległo się wycie, dużo bliżej, nie stanął. Rozejrzał się tylko w marszu. Gdy rozległo się ponownie (jeszcze bliżej), Marek nie zamierzał czekać. Wyszukał w miarę odpowiednie drzewo, tym razem był to prawie pionowy iglak o dość cienkich gałęziach i rozwidlony na wysokości około sześciu metrów, i wspiął się na nie.
Zanim zdążył się dobrze ulokować, na horyzoncie widoczności zamajaczyła postać. Później kolejna, w sumie było z sześć może osiem sztuk. Dwa wilki krzątały się to tu to tam, niuchając nosem. Podchodziły bliżej i bliżej. Marek ocenił i strzelił. Dwie sztuki, te same co tropiły go padły. Reszta zaczęła wyć, warczeć i uciekła. Jak i poprzednim razem.

Mark zszedł po chwili na ziemię chcąc zobaczyć truchła, ale zatrzymał się po kilku krokach. Gdzieś coś się poruszyło. Gdzieś coś zaszeleściło bardziej niż powinno. Gdzieś coś mignęło. Noktowizor na nosi Marka ukazał wyłaniające się wilki. W liczebności chyba przekraczającej dwadzieścia sztuk. Marek zaklął, przyklęknął i wycelował. Wilki zawyły (może nie wszystkie ale większość) i zawróciły ponownie znikając z widoku (już wszystkie). Mróz szybko ale bez zbędnych ruchów rozejrzał się dookoła. Czyżby coś je przepłoszyło? Nic na to nie wskazywało oprócz tego, że się wycofały. Snop latarki rozciął szarówkę lasu. Mróz musiał się rozejrzeć. Blade światło latarki również nic nie ujawniło ,toteż Polak ruszył w dalszą drogę. Tym razem zachowywał się jakby był na tyłach wroga.

Minęła godzina zanim z teren się zmienił. Mark nie mógł iść marszem (czy to z powodu wilkowatych, które mogły go próbować osaczyć, czy z racji na teren), a sama podróż dłużyła się i była nieznośna. Żołądek dawał o sobie znać w najmniej potrzebnych momentach a ślina ciągnęła się kilometrami. Teren zmienił się gwałtownie. Gwałtowniej chyba nie mógł, co nie bardzo podobało się Polakowi. Tym bardziej, że gdy stał przed przepaścią za placami usłyszał wycie. A przepaść może nie była wielka, ale te 50 metrów do linii drzew nie było zachęcające.
Ale widok zapierał dech w piersiach.



_____________________________________
See more:
Strumyk
Widoczek
 
__________________
gg: 3947533

Fabiano jest offline