Wątek: Ghosttown
Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 06-03-2011, 22:41   #2
Arsene
 
Arsene's Avatar
 
Reputacja: 28 Arsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodzeArsene jest na bardzo dobrej drodze
(...)

Nagle ktoś wciął się snajperowi w eter.

- Widzę kolumnę wozów zbliżających się do śmigłowca. Możemy ich rozwalić, jeżeli to tylko zwykłe ciężarówki. - Henry wcisnął się w rozmowę i rzucił do kolegi z oddziału - Lukas, widzisz coś więcej ?

Głos zabrał strzelec z oddziału drugiego. Siedział schowany bezpiecznie za zardzewiałym, niemalże rozpadającym się pickupem. Wychylił się ostrożnie i przez lornetkę z noktowizorem zlustrował otoczenie.

- Na przedzie kolumny jedzie … o kurwa! Sam pan powinien to zobaczyć ….

- Mów! -
ponaglił Mark.

- Dobra, od przodu są to kolejno czołg, dwa Humvee, dwie ciężarówki i jeszcze jeden czołg. Słowem - mamy przesrane.

- Dopiero kiedy ja tak powiem - skwitował dowódca całej grupy. - Greg, masz C4 ?

- Tak jest sir! - Czarnoskóry komandos odezwał się przez radio.

- Dobra, dyskretnie przemieść dupsko w stronę centrum placu. Będziesz potrzebny jak to gówno zacznie strzelać.

Mężczyzna potwierdzając przyjęcie rozkazu cichym truchtem ruszył w stronę wyznaczoną przez dowódcę. Od czasu do czasu minął jakąś ławkę czy też porzucony samochód. Wreszcie rzuciwszy się pod strawione przez rdzę BMW powiedział przez radio:

- Jestem na pozycji, sir! Mam do śmigłowca niecałe sto metrów. Czekam na rozkaz!


- Świetnie - skwitował Mark i zwrócił się do dowódcy oddziału drugiego. - Henry, za wszelką cenę MUSISZ unieszkodliwić drugi czołg od razu gdy zacznie się piekło. Nie wiem jak to zrobisz, ty zawsze masz dziwne pomysły.

- Spokojnie, mam już pewien plan.

- Dobrze, czekamy na sygnał, do tej pory cisza radiowa!


Mimo iż wszystkie radia ucichły, ludzie nadal przemieszczali się i szykując ofensywę dawali sobie sygnały niewerbalne. Noc była tak gęsta, że bez specjalnego sprzętu można by podejść do kogoś niezauważenie na dziesięć kroków. Kolumna komunistów dotarła już do śmigłowca. Aleks obserwował dziwne poruszenie wśród ludzi z konwoju. Z ciężarówek wysiadło około piętnastu ludzi. Tajemnicza grupa zabezpieczyła swój sektor i nie podejmowała żadnych działań. W tym czasie Henry realizował swój plan. Połowa ludzi skierowana została do zabezpieczania obszaru od ewentualnej zasadzki, reszta powoli podchodziła do czołgu. Greg także nie próżnował. Mimo iż przy śmigłowcu nie było zasłony, która dała by mu niewidzialność, to lata treningów pozwoliły mu zakraść się niezauważenie niczym ninja do stalowej bestii. Słyszał rozmowę po rosyjsku, z której nie rozumiał ani słowa. Umiał jednak wyczuć emocje i wyraźnie dało się wyczuć nerwy. Były one niemal namacalne. Prawie jak ta ciemność. Skończywszy mocowanie ładunków komandos ulotnił się na blisko sto metrów od pojazdu i położył pod ławką. Nie spostrzegł by go nikt, nawet stojąc nieopodal.

Tymczasem ludzie z oddziału drugiego byli już prawie dwieście metrów od kolumny. Ta okrążyła śmigłowiec. Jeden czołg stał od wschodu, drogi od zachodu. Jeepy wiozące najpewniej samego Piotrowicza i jego najbliższych współpracowników stały nieopodal klapy śmigłowca. Komandosi, którzy mieli zająć się czołgiem od zachodu podzielili się na dwie czteroosobowe grupy. Każda z nich miała na wyposażeniu naprawdę ciężki sprzęt. Zmodyfikowane wyrzutnie LAW z pociskami przeciwpancernymi były w stanie przebić najtwardszą stal. Jedna wymierzona w tylni pancerz, druga w wieżyczkę gwarantowały wykluczenie pojazdu z walki. Jedynym mankamentem mogła być celność. Mrok, który można by ciąć nożem budził strach w sercach nawet tak zaprawionych żołnierzy. Im bliżej było do strzału tym większe wątpliwości ogarniały komandosów. I wreszcie stało się to, czego wszyscy się spodziewali. Przy śmigłowcu padły strzały - interesy nie poszły tak jak komuniści by chcieli. CKMy na Humvee odezwały się tak głośno, że wystrzał snajpera znikł by w tłumie nawet bez tłumika. Plusk! Mózg jednego ze strzelców opryskał dach jeepa. Niesłyszalny strzał, kolejne pluśnięcie i kierowca już nigdy więcej nie poprowadzi swego samochodu.

- Henry, Greg! Teraz! - Mark wydał polecenie i jednocześnie dał niewerbalny znak swoim ludziom.

Czołg od wschodu niemalże podskoczył, niesiony piekielnymi językami ognia. Wieżyczka wzleciała w powietrze, oderwana brutalnie od całości. Upadłszy kilka metrów dalej na ułamek sekundy zwróciła na siebie uwagę wszystkich walczących. W tej samej chwili dwa pociski przeciwpancerne zostawiając za sobą niemalże niewidzialną smugę uderzyły w kolejną jeżdżącą twierdzę. Płomienie, które uderzenie wzbiło w powietrze w połączeniu z sąsiednim ładunkiem rozświetliły na chwilę prawie cały plan. W tym zamieszaniu jednak nikt nie wiedział co się dzieje. Ludzie Piotrowicza ładowali ołów zza swych pojazdów, kontrahenci odpłacali pięknym za nadobne. Snajper osłaniający komandosów likwidował jednego strzelca za drugim. Wreszcie siatka jego celownika padła na wielką maszynę. Owa zagadkowa sylwetka teraz oświetlona była ogniem z luf i płonącymi wrakami. Nim otrząsnął się z szoku minęło kilka cennych ułamków sekund. Był to profesor Lee Tang, którego zabili dwa miesiące temu. W zasadzie to była tylko głowa, osadzona w stalowym ciele. Dwa potężne ramiona pluły ogromnymi pociskami w pojazdy Piotrowicza. Kilogramy łusek padały na ziemię z dźwięcznym, przyjemnym dla ucha dzwonieniem. Kiedy walka rozciągnęła się w miejscu i czasie, wokół walczących zaczęła zaciskać się pętla. Wspomagani przez snajpera komandosi skakali od przeszkody do przeszkody, likwidując coraz to kolejnych komunistów, praktycznie bez strat własnych. Blask padający od wraków płonących czołgów wreszcie padł też na żołnierzy, którzy byli na placu przed śmigłowcem i ludźmi Piotrowicza.

- Connor dostał! - Ktoś krzyknął w radiu i dodał po chwili - Trup! Odciągnę ciało.

Chwilę później dało się słyszeć krzyk poprzedzony wybuchem granatu. Snajper zdjął rzucającego o sekundę za późno, ten zdążył załatwić dwóch żołnierzy. Rosyjski generał widząc co się dzieje postanowił się szybko ulotnić. Klnąc Piotrowicz wywlekł martwego kierowcę z Humvee i wcisnął pedał gazu. Odjechał w stronę wschodniego wylotu z placu.

- Piotrowicz nam ucieka - powiedział Aleks wysyłając ku niemu kolejną kulę.

Ta przeszła przez szybę, lecz przywódca komunistów nadal żył. Fotel za nim był rozpruty, całe wnętrze wozu obryzgane krwią martwego strzelca.

- Greg, Peters, za mną! - rzucił głośno Mark i pobiegł do jednego z wozów.

W połowie drogi przyklęknął i strzelił dwa razy do kierowcy, który wypadł przez otwarte drzwi. Śmigłowiec powoli zaczął unosić się ku niebu.

- Aleks, uziem mi ten helikopter! Reszta niech zabezpieczy strefę lądowania! - Dowódca wydawał rozkazy, mimo iż jechał już za Piotrowiczem.

Humvee prowadził się dobrze, mimo iż był już nieźle poszarpany. Nie kły i pazury, lecz kule rozdarły pancerz w kilku miejscach. Jeden z komandosów zajął miejsce przy M2, drugi siedział obok kierowcy. Wróg uciekał wprost do miejsca zabezpieczonego przez dwóch strzelców. Ich kule szybko przeszyły wóz upodabniając go do sera szwajcarskiego. Mimo to jechał dalej. Chmury trochę rozproszyły się, przez co na plac padał blask księżyca. Strzelec na wieżyczce jeepa pruł z karabinu tak, że ten robił się niemalże czerwony. Jednak bezskutecznie. Wreszcie Piotrowicz zniknął za zakrętem. Dokładnie tam, gdzie czekało osiem tajemniczych osób. Kiedy Mark wykręcił samochodem tenże zakręt, dziesiątki, a może nawet setki kul pomknęły ku niemu. Stanął bokiem i w ostatniej sekundzie wypadł z samochodu. Z fotela w którym siedział nie zostało prawie nic. Peters na wieżyczce miał mniej szczęścia. Poszatkowany pociskami osunął się na tylnie siedzenie. Greg przeskoczył przez maskę i znalazł się obok dowódcy. Tymczasem samochód Piotrowicza sunął już gdzieś w oddali, niknąc za kolejnym zakrętem. Komandosi rzucili po dwa granaty, ogień nieco zelżał. Wreszcie, kiedy część z przeciwników zmieniała magazynki udało się ustrzelić dwóch z nich. Do przybitych ogniem żołnierzy pędziło już dwóch kolejnych. Ci, którzy opuścili posterunek przy wylocie drogi i teraz biegli na odsiecz dowódcy także ciskali granatami we wroga. Jednak huk ich eksplozji znikł wśród odgłosów wybuchu sto razy silniejszego. Błysk światła na chwilę oślepił wszystkich - to helikopter został skutecznie ustrzelony i spadł na plac. Teraz przerył kostkę pokrywającą strefę lądowania i stanął w płomieniach. Wrogowie, którzy okazali się furtką ewakuacyjną dla Piotrowicza zaczęli się wycofywać. Pościg nie miał najmniejszego sensu. W nieładzie komunikatów radiowych nagle porządek zaprowadził Henry.

- Strąciliśmy śmigłowiec, zabezpieczyliśmy strefę lądowania i wrak. Mark, możesz wezwać wsparcie. Mark, słyszysz mnie ? Mark!?

Mark teraz jednak siedział oparty o koło z wyciągniętymi przed siebie nogami. Ręką trzymał jeszcze swój karabin, mętny wzrok wbity miał tępo przed siebie. Krew spływała mu po brodzie, kapała na mundur. Kamizelka powoli nasiąkała czerwienią, która zmieniała się w szkarłat i wreszcie w czerń.

- Mark dostał! Potrzebny medyk! Szybko! Kurwa szybko! - Greg krzyczał do radia, nie widząc co robić.

Zdjął kamizelkę z magazynkami i granatami, zdarł mundur. Cała klatka piersiowa dowódcy zalana była krwią. Uciskając ranę czekał aż żołnierz stojący obok trzęsącymi się rękoma rozwinie bandaże. W eterze słychać było rozmowę dowódcy oddziału drugiego z kimś spoza placu, najpewniej z pilotami śmigłowców. Greg jednak teraz starał się uratować człowieka, zatrzymać. Całe ręce miał nią pokryte, ciuchy brudne i przesiąknięte. Ktoś podbiegł do niego, złapał go za ramię i kazał odejść. To sanitariusz, który zdyszany zajął się Markiem. Komandos powoli ruszył w stronę placu. Zdjął hełm, odetchnął głęboko. Za piętnaście minut będzie już w śmigłowcu, za kilka godzin w bazie, za parę dni w domu. Usiadł na jakiejś ławce, schował twarz w zakrwawionych dłoniach.

Martwą ciszę wreszcie przerwał warkot silników. Na niebie pojawiło się kilka maszyn, które gładko usiadły na placu, nieopodal dopalających się wraków. Wysypali się z nich żołnierze, naukowcy i wysocy rangą dowódcy. Jakiś generał podszedł do obecnego dowódcy. Henry zasalutował i opowiedział o akcji. Minęło blisko piętnaście minut i przy maszynie pojawił się zdyszany snajper. Zasalutował dowódcy i padł na najbliższą ławkę. Do rozmawiających podszedł jakiś facet w białym fartuchu

- Sir! Nie uwierzy pan. We wraku znaleźliśmy profesora Lee Tanga. Żyje … jeżeli można to tak nazwać.

- Jak to ? - Zdziwiony generał nie wierzył w to co słyszał.

- Został z niego mózg, oko i kręgosłup. Resztę zapakował w mechaniczny kombinezon. Swoją drogą niesamowita technologia. Rozszarpał jednego z żołnierzy nim udało się go obezwładnić. Naprawdę nieprzyjemny widok. Mamy też obiekt transakcji.

- Świetnie, zapakujcie wszystko do mojego śmigłowca. Tego czubka też zapakujcie, ale nie do mojego bo jeszcze mu coś zrobię. Przyda się nam taka technologia. I pospieszcie się, przed świtem ma nas już tu nie być.

- Tak jest sir! -
Naukowiec jeszcze zasalutował na odchodne i wydając polecenia szedł w stronę wraku.

- Zadziwiające, jak skurczybyk się uchował, nie ? - Generał zagadał do Henry’ego.

- Sam do niego strzelałem, sir. - Przysłuchujący się wszystkiemu Aleks wciął się w rozmowę. - Pamiętam jak w tej jego popieprzonej fabryce w Chinach rozwaliłem mu łeb. Nie zobaczyłem już jak skurwiel się wykrwawia bo myśliwce zbombardowały kompleks, ale jak Boga kocham - rozwaliłem go.

Na twarzy snajpera malowało się coś między oburzeniem, a obrzydzeniem. Generał przysłuchiwał się mu, nie komentując. Myślał, co widać było po jego minie.

- Dobrze, gwarantuję że więcej go nie zobaczysz, żołnierzu. Możesz z resztą odejść do helikoptera. - Po wymianie salutów snajper odszedł, modląc się by po drodze do bazy już nic więcej go nie spotkało.

Odlatując snajper oglądał po raz ostatni to martwe miasto. W oddali dogasały płonące czołgi, wrak śmigłowca dymił obficie. Żadnego życia, tylko śmierć. Nic więcej nie czeka każdego kto tu zawędruje. Tak skończyło siedmiu komandosów, tak skończył Mark - dowódca całej akcji. Tak skończyło wielu komunistów, którzy chcieli tu dobić targu myśląc, że nikt ich tu nie znajdzie. W ciągu tej nocy życie straciło zbyt wielu dobrych żołnierzy ….
 
__________________
Także tego
Arsene jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem