Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 02-06-2011, 01:45   #6
Hesus
 
Hesus's Avatar
 
Część Pierwsza

Już chyba tak zostanie na wieki, które mu podarowano. Zostanie tak, że nie będzie dnia w którym nie będzie czerpał ze studni swojego życia w swoim nieżyciu. Nie było w tym nic z umartwiania się, żalu za zapachem gorącego od słonecznego żaru powietrza, po prostu doceniał siebie w swojej egzystencji, kiedy serce jeszcze pompowało krew a płuca napełniały się tlenem. Będzie czerpał z tej studni nawet wtedy, kiedy już o niej zapomni bo jej głębia, hektolitry wody, które się w niej przelewały, kamień z którego została zbudowana stanowiły fundament tego kim jest teraz i kim stanie się w przyszłości. Oczywiście nie był aż tak naiwny, myśląc że trwanie zostało mu dane raz na zawsze, dobrze wiedział, że w każdej chwili ktoś taki jak Cabalus, Tiamat czy nawet zwykły człowiek może zasypać tę studnię, dlatego kiedy tylko mógł umacniał jej konstrukcję. Cóż innego mu pozostało, zdążył się już przekonać, że pomimo mocy jaką mu ofiarowano obdarowano go ułomnościami i takim zastępem antagonistów, że jego kruchy byt wymaga ciągłych starań w samodoskonaleniu się, aby po prostu przetrwać.
Dla zwykłego śmiertelnika mogło się wydawać, że przeszedł długa drogę. Jeszcze w Wenecji skąd pochodził cieszył się sporym szacunkiem. Jako syn garbarza ojciec nie tylko nauczył go fachu ale i zadbał o odpowiednią edukację. Zadbał tak dobrze, że kiedy przyszło mu odejść z tego świata biedaczek nie był świadomy, że jego pierworodny już znalazł kupca na ojcowiznę. Następnego dnia przeniósł się z tym co mu pozostało do miasta. Zawsze był samolubny, mocno skoncentrowany na sobie. Z początku pragnął bogactwa a przez to uznania w oczach innych. Kilka pierwszych lat budował swoją pozycję mimo, że nie przyjęto go do cechu aptekarzy z otwartymi rękoma. Ludzie krzywo patrzyli na kogoś kto odcinał się od tradycji własnej rodziny, porzuca przez pokolenia prowadzony warsztat i bez koneksji próbuje funkcjonować w otoczeniu, które traktuje go jak parweniusza. Znaleźli się także ludzie z natury życzliwi lub tacy, którzy przekonywali się do niego a właściwie do jego złota, nie szczędził go wiedząc, że odpowiednio zainwestowane przysłużą się jego sprawie. Nie wierzył w przeczucia, ale nie potrafił znaleźć racjonalnego wytłumaczenia dla trafności swoich wyborów w poszukiwaniu sprzymierzeńców. Skomplikowana siatka zależności, ludzie pozornie nie mający większego wpływu na bieg zdarzeń, bywały sytuacje w której zawierzał swojej intuicji i szukał wsparcia tam gdzie nikt inny nawet o tym nie pomyślał. To wszystko i kilka zbiegów okoliczności sprawiły, że dość szybko zdobył stopień mistrzowski i pozwolenie na własną działalność. Nie czekał zbyt długo, szybko porzucił swojego mistrza i rozpoczął pracę na własny rachunek. W przeciwieństwie do innych jednak nie zajął się wyrobem medykamentów, wkroczył w branżę która podobni jemu traktowali jako niegodną tego fachu, przynajmniej oficjalnie. Perfumy od Mistrza Bruno zaczęły cieszyć się rosnącą popularnością wśród weneckich dam i nierzadko mężczyzn.

Życie wiodło go po prostej, wprawdzie pochował już dwie żony i nie doczekał się potomstwa to jednak interes kwitł a on mógł sobie pozwalać na eksplorację obszarów które już całkowicie zawładnęły jego umysłem. Alchemia, niegłębione pokłady wiedzy o wszechrzeczy. Urojenia które czasami miewał prowadziły go po ścieżce chwały na same szczyty nieśmiertelnej pamięci o Mistrzu Bruno, najsłynniejszym Alchemiku jaki kiedykolwiek żył. Nieudane eksperymenty łączenia rtęci z siarką, ekstrahowanie oleum życia wszelkie próby osiągnięcia nieosiągalnego szybko sprowadzały go na ziemię, ale przynosiły też bardzo utylitarne efekty przydatne w codziennym życiu i kolejne brzęczące monety w sakiewce. Cieszyło go to mimo wszystko i uwierało jednocześnie. Był świadom zbliżającego się zachodu słońca i być może dlatego pogodzony wierzgał kończynami w ostatnich próbach postawienia stempla na epoce w której przyszło mu żyć.

Każdy kto miał coś ciekawego do zaoferowania mógł do niego przyjść i sprzedać Brunonowi swoją wiedzę, materiał, cokolwiek. Przychodziło niewielu bo mało kto wiedziało co tak naprawdę alchemika interesuje. Kiedy przyszła wiadomość od Ratto przystanął na propozycję spotkania. Szczur był oszustem i hochsztaplerem, był też podróżnikiem i człowiekiem interesu, więc jeśli zapowiedział się z czymś ciekawym to grzechem byłoby nie sprawdzić z czym przychodził. Kryształowy flakonik wypełniony był szkarłatnym płynem. Już sama finezja wyrobu bądź co bądź opakowania wprawiała w zachwyt. Vitae, właściwie jego esencja, bo to się tam znajdowało wywarła na Bruno piorunujące wrażenie efektami swojego działania. Sprawdził na kocie, który od zadanych ran powinien już nie żyć a mimo wszystko po zaaplikowaniu jedynie kropelki. Powróciły sny o chwale, panaceum, eliksir nieśmiertelności? Niewiele się pomylił a jednak był tak daleki od prawdy. Zresztą już następnej nocy miał się o tym przekonać. Nie mógł wtedy wiedzieć, że to krew przedpotopowego z drugiego lub trzeciego pokolenia, nie mógł też wiedzieć, że pojawi się po nią Nephilim przypominający Minotaura aby wydrzeć z niego wnętrzności. Nie mógł się też spodziewać, że tamten … do cholery w najśmielszych snach nie przewidziałby takiego obrotu rzeczy.

Kiedy Cabalus zabrał go poza miasto prawie się wykrwawił. Niedowierzanie, że będąc tak blisko tajemnicy, która ujawniła się tuż przed prawie zgonem wygrało z ze strachem przed śmiercią. Drżał z zimna mimo że był upalny lipcowy wieczór, utrata krwi i sił powodowała, że bełkotał modlitwy o których, wydawało mu się, już dawno zapomniał przerywając je od czasu do czasu skowytami bólu. Nie ma w śmierci nic z patosu jest tylko dominujący smród wnętrzności wylewających się z bebechów i upiorny ból, sam nie wiedział czy modlił się o życie czy o śmierć. Od czasu do czasu przez załzawione oczy dostrzegał niewzruszoną, kamienną twarz tego który go tu przyniósł. Jego nadludzka siła i prędkość z jaką się wcześniej poruszał nie dziwiła, nie mogła dziwić, w obliczu śmierci nie ma rzeczy zaskakujących. I nagle zbliżył się i poczuł Bruno na swych ustach metaliczny posmak krwi, obcej. Ogień rozgorzał w jego trzewiach, poruszenie każdej cząstki ciała i zespolenie jej z duchem, boleśnie i trwale, jakby ścieśnienie każdej komórki, ograniczenie swobody ruchów do konwulsyjnych drgawek, a krew płynęła i stawał się coraz słodsza. Chwycił przedramię dawcy i dossał się mocno, żadna moc nie była go w stanie odegnać od tego źródła. Łopotanie skrzydeł jakby nad nimi unosiło się tysięczne stado gołębi a może to był szum wiatru. Znowu ból, wiedział, że tak będzie, przecież wewnątrz paliło go bez ustanku a on tylko pragnął tej trucizny więcej. Otworzył oczy i nie ujrzał ramienia, spoglądał w gwieździste niebo i nagle wszystko zamarło, ucichł szum, zgasł blask, oczy zamknęły się bez udziału świadomości wypuścił ostatni oddech z płuc z ulgą żadnych więcej obrazów. Odruchowo wciągnął powietrze do płuc otwierając szeroko oczy. Dotknął mulistego dna, przynajmniej miał takie wrażenie i wypłynął na powierzchnie. Widział bardzo wyraźnie, każdy szczegół otoczenia już po jednym spojrzeniu był mu znany aż do absurdalnego poczucia, że był tu tak wiele razy a przecież pierwszy raz znalazł się w tych okolicach. To była tylko chwila, mrugnięcie okiem, zwymiotował wnętrzności i przypomniał sobie o ranie. Przypomniał sobie wszystko. Nie czuł się dobrze, był w tak mocnym napięciu, że byle pretekst a wybuchnie złością nieporównywalną z niczym, co do tej pory przeżył. Pragnął tylko jednego i nic w tej chwili nie obchodziło go bardziej, nawet własna śmierć. Krew, soczysta i ciepła. Wychłeptałby ją ze świńskiego koryta z wnętrzności zdechłego psa, byleby tylko zaspokoić głód. Dostał to czego chciał, Cabalus zadbał o pokarm, przyprowadził kobietę. Nie przyjrzał się jej urodzie, nie potrafił ocenić wieku słyszał tylko szum krążącej w jej żyłach Vitae i melodie życia, serce pompujące bez ustanku trochę jakby żywiej. Wgryzł się jak szczeniak nie zważając na protesty, poranił ją mocno nieudacznymi kąsaniami nie przynoszącymi efektu. Dopiero, kiedy ojciec chwycił ją za włosy i wskazał purpurową ścieżkę, nabrzmiałą od krwi tętnicę szyjną. Cóż to była za uczta, dławił się nie radząc sobie z ciśnieniem, ale chłeptał co sił czując narastające ciepło i przypływ sił. Głód powoli wycofywał się na granicę świadomości, ale było już a późno dla niej. Było mu trochę żal, że to już koniec uczty. A przecież to był dopiero początek.

Część druga

Nie miał nawet najmniejszego pojęcia z czym przyjdzie mu się zmierzyć. Z początku był tylko krwiopijcą, nic nie sprawiało mu tyle satysfakcji i nigdy do tej pory nie zachłysnął się tak mocno czymkolwiek jak tym nie do opisania aktem nasycania. Stał się mordercą mimowolnym, nawet jeśli był w stanie się powstrzymać nie robił tego. Jakież to uczucie cudownego spełnienia, pogodzenia ze swoją rolą, czujesz w uścisku, pod opuszkami palców to gasnące życie które wtłacza w ciebie moc nieogarniętą a ty zbierasz to żniwo w przekonaniu, że tak trzeba, że nie wolno uronić ani krzty najwspanialszego daru. Przerażało go to czasami, ale to Cabalus wybierał ofiary w drodze do schronienia, które miało stać się jego domem na najbliższe dziesięciolecia. Wybierał je starannie, winnych w jego mniemaniu zbrodni godnych najsroższej kary, był pewien swojego osądu. Pierwsze oznaki zdolności okazywanych przez tego starca o twarzy młodzieńca nie umknęły uwadze Bruna. Mimo, że brnął dalej w opętańczym tańcu nie przestawał obserwować swojego nowego Mistrza. Obserwować i słuchać jak odpowiada na zadane pytania. Ileż w nim było opanowania i godnej pozazdroszczenia cierpliwości. Sam był przekonany, że odznacza się nieprzeciętnymi umiejętnościami, opanowaniem, koncentracją, intelektem. Teraz to wszystko rozpadło się jak domek z kart w konfrontacji z tym co reprezentował sobą jego ojciec. Rozpadło się, ale zawsze mógł je pozbierać i w mozole ustawiać na nowo, czasu nie powinno mu zabraknąć wszak przy nim był ktoś kto pamiętał czasy faraonów.

- Cabalusie, dlaczego ja?

Odpowiedź tylko częściowo zaspokoiła jego oczekiwania, pewnie przez to, że nie był w stanie zrozumieć istoty rzeczy, natomiast to co nastąpiło po tym zmęczyło już nawet samego mistrza. Eskalacja pytań, dociekliwych i pewnie naiwnych spowodowała poprawę humoru ojca i gorączkę oczekiwań syna. Tego ranka kładł się zapominając prawie o głodzie, który nie był przecież aż tak wielki. Następnej nocy pomny nauk zostawił swoją ofiarę prawie nietkniętą, wiedział, że zapomni a nawet jeśli nie to kto będzie chciał słuchać skarg ladacznicy.

Nie był samotny w tym ogromnym zamczysku, w którym przyszło mu spędzić te wszystkie lata. Ze wszystkimi żył w zgodzie, co nie było łatwe biorąc pod uwagę temperamnta spokrewnionych. Żył na tyle dobrze, że oddając swoją krew na pokarm starszym nie odczuwał żalu tylko może lekkie ukłucie podrażnionej ambicji a to naprawdę wiele jeśli chodzi o jego gotowość do poświęceń. Zresztą miał poczucie, że danina z krwi okaże się skuteczną przepustką do akceptacji. Nie pomylił zbytnio, wprawdzie każdy oddawał tyle samo to jednak Bruno miał dostęp do komnat ojca prawie nieograniczony i przebywał z nim wiele dopóki nie nauczył się tego co pozwoliło mu spędzać w samotności konstruktywne godziny, dni, tygodnie. Vitae dawała siłę, witalność, ale i o wiele więcej a to więcej to jego przyszłość, wola okiełznująca moc, jego być albo nie być w tym okrutnym świecie, wola ugięła się przed chęcią poznania każdego aspektu bycia nieumarłym chociaż czuł podskórnie, że absurdalne marzenie. Z czego jednak rodzą się rzeczy wielkie jak nie z nieosiągalnych marzeń, stary dobry Bruno zatoczył koło wracając do wytartych przez czas pragnień, tak rozpoczął się pierwszy rozdział księgi Alchemia Vitae.
 
__________________
Nikt nie jest nieśmiertelny.ODWAGI!

Ostatnio edytowane przez Hesus : 08-06-2011 o 01:13. Powód: uzupełnienie
Hesus jest offline