Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 23-06-2011, 14:42   #3
Arvelus
 
Arvelus's Avatar
 
Reputacja: 5804 Arvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputacjęArvelus ma wspaniałą reputację
Kain z Avaraku, Thedas, Gdzieś na północy Gór Mroźnego Szczytu


Kain nie dał się rozproszyć... niezależnie od wszystkiego, był nauczony by nigdy nie przerywać walki. Co by było gdyby spojrzał na źródło grzmotu, a któryś z przeciwników obok wykorzystał chwile rozproszenia? Dokładnie to co teraz... tylko, że w drugą stronę. Pchnął swym wielkim mieczem przebijając i kirys i kolczugę przeciwnika. Błyskawicznie kopnął umierającego posyłając go na towarzysza za plecami. Ruchu miecza nie zatrzymał. Ostrze spadło jak grom z nieba. Znał tego człowieka... Rebberick... to on dowodził oddziałem który go pojmał wiele lat temu. Pięknie się składa. Niestety nie udało mu się go przeciąć na pół. On nie należał do słabeuszy, choć potrzeba polowania w takiej dużej grupie klasyfikowała go jako psa. Flamberg został zbity. Nie miał już szans by uderzyć w cel. Kain zarzucił ciałem i dokonał czegoś co wydawało się nierealne. Nie zatrzymując zmienił kierunek uderzenia tnąc od dołu kolejnego z łowców, który się tego zupełnie nie spodziewał. Tym samym ruchem ciała zdzielił w twarz Rebbericka tarczą z taką siłą, że wylądował dwa metry dalej... Ludzie są delikatni. Może nawet połamał mu twarz. Lubił takie myśli. Wyobrażać sobie jak by wyglądali jego oprawcy po kilku minutach walki jeden na jednego. Szkoda, że nie miał teraz na to czasu. Odskoczył w tył, w bitewnym piruecie zatoczył mieczem morderczy krąg. Nikt nie ośmielił się zbliżyć, co dało mu czas na zajęcie lepszej pozycji. Z okrzykiem bojowym skoczył na piechura który próbował go okrążyć. Z przerażeniem w oczach wzniósł ostrze do bloku, bo tarczy nie zdążył. To tylko spowolniło ostrze qunariego. Wgryzło się głęboko w obojczyk łamiąc go okrutnie i rozszczepiając łopatkę. Przesunął tarczę blokując dwa ciosy. Doskoczył do nich, wyrywając ostrze z umierającego ciała i posłał obu przeciwników w powietrze. Spadli oni w resztę pogłębiając chaos w którym sam tak dobrze się czuł.
Po krótkiej walce bilans strat był więc nastepujący: jedna pogruchotana morda, trzy głębokie rany w zastępach przeciwnika, jeden trup. W umysły wrogów poczęło z wolna wkradać się zwątpienie, ci którzy stali bliżej stali się bardziej ostrożni i mniej hardzi, ci ustawieni dalej przestali się nagle tak pchać dobitki. Ale to było tylko chwilowe zwątpienie, w końcu któryś wykrzyknął, że mają walczyć jak chłopy i to ich najwyraźniej zmotywowało. Znów poczęli bowiem siec.
Kain zaryczał jak bestia i sam zaszarżował w oddział. On atakował. Nie bronił się. Nie był w defensywie. Czuł jak serce przepełnia się wściekłością. Wbił się w środek powalając dwóch wrogów tarczą, z czego jednego stratował okutymi butami, przez co jednak się zachwiał. Człowiek nie jest stabilnym podłożem. Natychmiast zostało to wykorzystane. Cięcie na głowe było w stanie rozłupać człowiekowi czaszkę. Dotąd Kain nie wiedział po co qunarim rogi. Teraz, gdy miecz wyżłobił szczerbę w rogu a nie czerepie jak najbardziej zrozumiał. Odzyskał równowagę i kopnięciem posłał przeciwnika na glebę, powstałą lukę wykorzystał do wzięcia zamachu do kolejnego piruetu, bo szczury zbyt się zbliżyły. Trzeba je odpędzić. Może się wydawać, że takie zakręcenie bronią na oślep jest nieefektywne. Łatwo to sparować i trafi się co najwyżej jednego przeciwnika. Jednak w tym wypadku sparowanie siły qunariego wydawało się im niemożliwe a i nikt nie chciał być tym jednym trafionym. Po manewrze natychmiast odskoczył w tył. Kątem oka dostrzegł, że jeden z przeciwników wykazał się niezwykle zimną krwią i odwagą i skoczył tuż za nim, wielce nieroztropne. Kain kontynuował obrót dzięki czemu pchnięcie zeszło po pancerzu. Qunari, z morderczą siłą, spuścił tarczę w dół, na rękę przeciwnika przyprawiając ją o drugi łokieć, po czym kopnął go tak, że ten wyleciał ne metr w powietrze i, z potępieńczym krzykiem, wleciał w kolejnych. To było zamierzone. Tylko chaos pozwalał mu walczyć z tak przytłaczającymi siłami. Gdyby udało im się zroganizować, postawić mur tarcz a włócznikami z tyłu izaatakować jak jeden organizm byłby już pokonany. Ale wiedział jak powodować chaos i strach.
-Podejdźcie szczury! Niczym...
Ciach! Musiał przerwać zagranie psychologiczne, bo nie dano mu na nie czasu. Nie tak to wyglądało w powieściach które czytywał. Zwykle, gdy ktoś miał coś do powiedzenia cała bitwa zostawała przerwana byleby tylko wszyscy usłyszeli co bohater chce przekazać. Pff... no nic. Zbił pchnięcie włóczni tarczą i ciął końcem miecza po ręce, jednak pikinier zdążył zareagować. Upuścił broń i uniknął ataku. Zaraz przed niego wyskoczyli kolejni. Ci chyba byli braćmi. Bardzo podobni i oni atakowali razem. Kain się cofał by nie dać się otoczyć. Pierwszy raz został strącony do defensywy. Nagle popełnili błąd. Zaatakowali z jednej strony. Qunari wzniósł tarczę i zablokował oba ciosy jednocześnie dzięki czemu miał wolny miecz, który zaraz wgryzł się głęboko w tarczę i szyję jednego z wojowników. Posoka bryznęła niemal fontanną. Uderzył tarczą drugiego, najwyraźniej byli sobie bliscy, bo bardzo się przeją śmiertelną raną towarzysza, na tyle by dać Kainowi sekundę przewagi. Qunari zaklął szpetnie gdy zorientował się, że flamberg utknął w tarczy. Skoczył w tył ciągnąc za sobą rannego. Zarzucił nim tak, że tarcz zahaczyła o drzewo i szarpnięciem wyrwał miecz z drewna, ale w tym czasie czterech innych zdążyło do niego doskoczyć. Oni już nie współpracowali, ale i tak zmusili go do defensywy. Męczył się, podczas gdy część z tamtych jeszcze nawet nie brała udziału w walce. Zaryczał i na chwilę porzucił obronę. Natychmiast oberwał dwoma ciosami. Trzeci jednak uderzył w tarczę, a czwarty nie zdążył po tym jak miecz niemal ściął mu głowę. Jedno z uderzeń ześlizgnęło się po kirysie, ale drugie spenetrowało kolczugę i wgryzło się w bok na kilka cali. Znów wykonał swój piruet. Tylko tym razem trafił jednego z przeciwników, a drugiego powalił tarczą. Trzeci z żyjących sam odskoczył. Tchórz. Miał możliwość ataku, ale bał się o siebie.
Nagle przez szereg przeszedł łańcuch błyskawic. Pierwszy trafiony aż się zadymił, kolejni dwaj po prostu padli, a trzej ostatni jeszcze się utrzymali na nogach, choć nie wyglądali najlepiej.
-Mag! Brać go!
Część rzuciła się na sprzymierzeńca qunariego, jednak ten to tylko wykorzystał. Wbił się jak kula armatnia rozgarniając tarczą grupkę niedoszłych magobójców. Nagle poczuł... luz. Nikt nie garną się do walki. Szybko się rozejrzał i zobaczył czemu. Czarodziej już schował się za grubym drzewem, ale Kain nie zdążył. Jedynie kucnął chroniąc się za swoją tarczą przed gradem strzał. Wstał i skoczył w tył. W tym momencie zobaczył czemu jeszcze sam nie oberwał żadnym zaklęciem. Czerwony Krąg miał bardzo zdolnych magów więc na pewno wysłali kilku za nim. Przecież nie wybił ich wszystkich. Chyba... Tak czy siak w tym oddziale znalazł się jeden który usilnie starał się rzucić jakieś zaklęcie, ale jego próby cały czas były udaremniane przez tajemniczego sprzymierzeńca Kaina, choć przez to sam zdołał przez ten cały czas rzucić tylko jedno zaklęcie...
Kain wstał i z bojowym okrzykiem ruszył na grupę, już niespełna tuzina wojowników. Nagle wyprzedziła go ognista kula. Wpadła w sam środek spalając dwójkę z nich, podpalając kolejnych trzech. Dzieła zniszczenia dokonała szarża Kaina...

Odwrót! Odwrót! Uciekaj komu życie miłe! To demon! Prawdziwy demon!

Jeszcze wiele haseł padało, te o tym by wciąż walczyć były zagłuszone. Z resztą po chwili już nawet ci rzucili się do ucieczki. Na placu boju zostały tylko trupy, mag i Laurel którego zostawili oraz jeden odważny. Qunari przechylił głowę jakby pytał “co jest grane?”
-Uciekaj szczurze jeśli chcesz żyć...
- Pieprz się! Ktoś musi zginąć! Ty albo ja!
Mag rozpoczął kolejną inkantację, Kain gwałtownie się odwrócił
-Nie! Jego odwaga zasługuje na uszanowanie. To pojedynek. Jak się nazywasz?- zwrócił się już do przeciwnika
- Bjar Dagernof - przedstawił się facet nie opuszczając broni. Albo należał do jakiegoś szlachetniejszego typu sk***iela, albo po prostu grał na czas. Mag tymczasem zaprzestał swych sztuczek i przyglądał się całemu zajściu z zainteresowaniem.
- Zapamiętam je. Mnie nazywaliście Dante, ale teraz, na wolności, jestem Kain z Avaraku. Tamci walczyli bo byli jak psy. Kazano im. Więc wykonali rozkaz i chcieli mnie złapać, a nie zabić, pewnie dzięki temu jeszcze żyję. Nie nienawidzili mnie. Czemu ty walczysz? Czemu ty mnie nienawidzisz?- Kain miał głęboki, lekko szorstki i straszny głos, szczególnie, że mówił nieco inaczej niż ludzie. Jakby lekko zaciskał gardło, jakby nieco wolniej. Dając czas by zrozumieć słowa
- Bo jesteś potworem, który zabił Galienne! - ryknął, szukając wciąż dogodnej pozycji do ataku.
Kain westchnął ponownie wzniósł tarczę
- A wy zabiliście Arlana, człowieka który był mi ojcem. Wy mnie zamknęliście, przez was spędziłem dzieciństwo w podziemiach i nawet nie miałem okazji poznać MOJEJ Galienne. Prowadziliście na mnie eksperymenty, traktowaliście jak przedmiot. Odebraliście mi wolność, a nawet imię. Odebraliście mi wszytsko. Kto jest tu bardziej pokrzywdzony? Ja tylko chciałem być wolny, a wasz Czerwony Krąg stał mi na drodze. Ba. To on mnie zniewolił.
Wzniósł miecz nad głowę celując klingą w przeciwnika. Specjalnie jeszcze wyolbrzymiał swoje rozmiary. Chciał go przestraszyć. Przypomnieć, że jest od niego o prawie metr większy. Tak by się wycofał, albo by się bał podczas walki, bo tak łatwiej będzie go rozpłatać...
- Ona nie miała z tym NIC wspólnego! - wrzasnął łamiącym się głosem, przez chwilę wyglądał, jakby miał za moment się rozpłakać - Nie miałeś prawa jej zabijać, potworze! - po czym ruszył wściekłym, zrozpaczonym pędem w stronę Kaina.
Qunari przyjął uderzenie dwuręcznego miecza na tarczę po czym odbił ostrze w bok i kopnął przeciwnika w tors podrzucając go pół metra w powietrze, aż gruchnęła jakaś kość w piersi przeciwnika. Kain odszedł kilka kroków nie spuszczajac z niego spojrzenia.
-Nie zabiłem w życiu wielu ludzi. Jednego gdy po mnie przyszliście do mojego domu. Wielu tydzień temu w jednej z waszych siedzib. Po drugiej stronie Gór Mroźnego Grzbietu, oraz tych co teraz. Jeśli ja zabiłem Galienne to znaczy, że tam była i należała do tych co mnie więzili. Nie ma innej możliwości. Nie przyjmowali tam gości.
Bjar popatrzył na oponenta z tej pozycji i zaczął się podnosić, złapał się zaraz za obolałą pierś i splunał krwią.
- Nie każdy może wybrać swój los, Dante. Niektórzy muszą po prostu żyć, życiem, które samo ich wybrało.
Qunari warknął, a na jego twarzy pojawił się zły grymas
-Jestem Kain, Dante był niewolnikiem. Ja jestem WOLNY!- pokręcił głową tłumiąc wściekłość- Bjar... chciałbym przywrócić jej życie. Z kilkoma wyjątkami chciałbym wskrzesić tych wszytskich których zabiłem. Chciałbym znów zobaczyć mojego ojca. Chciałbym byście nigdy mnie nie dostali. Nigdy się nie dowiedzieli. Chciałbym nie mieć tego czegoś w sobie. Ale nie mogę. Bardzo wiele bym chciał, ale niewiele to daje. Ty wiesz w ogóle co mi zrobili? Wiesz co się stało w Sali Demonologii tamtego dnia?
- Wiem, że żyjesz... - Bjar zakasłał, znów spunął krwią, po czym kontynuował - A Galienne nie.
- Tak samo ty żyjesz, tak samo żyje Rebberick, bo nie widzę go wśród ciał, a mój ojciec nie. Wiem, że to nie zwróci jej życia, ale wybacz mi. Tam... w kręgu byłem niepoczytalny. Przelany został na mnie szał. Podczas jakiegoś rytuału wypełnili moje serce wściekłością i berserkiem. Ja nawet niewiele pamiętam z tej masakry. Gdyby tego nie zrobili ona wciąż by żyła. Jeśli chcesz mnie zabić to dobrze. Tak jak ja miało prawo zabijać was za mojego ojca tak ty masz prawo chcieć zabić mnie za twoją Galienne. Ale nie teraz. Idź. Wylecz rany i wróć gdy będziesz mógł coś zdziałać. Nie chcę cię zabijać. Zbyt wiele krwi dziś przelałem.
- Teraz i tak tam nie wrócę. - jęknął Bjar i usiadł na ziemi, zbyt poraniony, zbyt zmęczony, zbyt zrozpaczony, by dalej walczyć.
Kain się skrzywił gdy zrozumiał, że kopnięcie bardziej go uszkodziło niż oczekiwał. Ludzie są bardzo delikatni
-Magu. Nie mogę nic od ciebie oczekiwać i tak, prawdopodobnie, uratowałeś mi życie, ale możesz coś dla niego zrobić? Wy umiecie leczyć nawet fatalne rany.
- Dobra, dobra... - mruknął mag rozkrzyżowując ręce, które następnie założył za głowę. Kontynuując, ruszył w kierunku rozmawiających.
-Chwilkę.- Kain zatrzymał go jeszcze po czym zwrócił się do rannego - Wybacz, ale nie mogę ryzykować zdrowia kogoś kto oddaje mi przysługę- powiedział jakby przepraszając po czym przeszukał go pobieżnie czy nie ma jakiegoś sztyletu czy czegokolwiek. Nadmiar bezpieczeństwa, ale cóż... Sam uważął czy przypadkiem niedawny przeciwnik nie uzna tego za doskonałą okazję do zemsty
Bjar nie stawiał oporu, w zasadzie zdawał się być w niejakim otępieniu.
- Głupcze... - wycharczał w końcu - I tak tam nie wrócę. Nie mam po co wracać.
- Tym lepiej. Wierz mi, że nie jestem na tyle głupi by mi zależało na wzmacnianiu moich wrogów. Po prostu nie chcę by jeszcze ktoś dziś ginął. Ty nie zasługujesz na śmierć.
- Mogę wtrącić...? - odezwał się znów mag.
Kain nie odpowiedział ale spojrzał na niego czekając, co było oczywistym “przyzwoleniem”
- Świetnie... - ucieszył się czarodziej - Więc po pierwsze, jeśli nikt ma dziś już nie zginąć, to proponuję zmartwić się o tamtego jęczącego z bólu tam - tu ręką wskazał na Laurela, który, notabene, wcale nie jęczał - po drugie... - kontynuował mag - słyszę, że potrzeba wam silnego zaklęcia uzdrawiającego, po trzecie zaś, jeśli dobrze zrozumiałem, potrzeba wam kogoś, kto wskrzesi waszych bliskich, tak? - zapytał z uśmiechem.
Kain zrobił wielkie oczy i zaraz przystąpił do maga
-To jest możliwe?!
- Niektórzy twierdzą, że owszem. - odparł mag beztrosko, z zaciekawieniem przyglądając się rogom Kaina.
- Co jest do tego potrzebne? Mój ojciec zmarł bite 6 lat temu... wciąż jest szansa?!- Wbił miecz w ziemię i złapał się za twarz “spokój” wyszeptał do siebie- Później. Po kolei. Możesz go wyleczyć nim się wykrwawi?
Mag przeniósł wzrok na Bjara - Wiesz, ja akurat jestem specjalistą od piorunów i tego typu rozwałki... Ale mogę mu trochę pomóc. - Rzekł, po czym przykucnął przy nieszczęśniku i zaczął wyczyniać nad nim jakieś czary. - A resztą zajmiemy się już na miejscu. - dodał.
-Dotrwa? Wy, ludzie, jesteście delikatni... łatwo umieracie. Albo to ja jestem wyjątkowo niedelikatny.
- Cóż, pieszczoszkiem to ty nie jesteś... - oznajmił mag o roześmiał się wesoło. Następnie pomógł wstać Bjarowi, który wciąż był słaby i otumaniony ale czuł się już lepiej. - To co? W drogę! - zarządził czarodziej i ruszył ścieżką.
-I tak nie mam gdzie iść wiec jak najbardziej.- Podszedł jeszcze tylko do Laurela zabierając swój miecz -Cześć przyjacielu... wybacz, że cię tak urządziłem....- powiedział do nieprzytomnego mężczyzny. Zdjął pochwę z pleców, schował do niej miecz i założył spowrotem. Przy ostrzu tej długości inaczej się nie dało. Założył na tył tarczę, po czym się schylił i wziął go na ręcę. Nie sprawiało to problemu.
-Więc prowadź. W ogóle jak cię wołają?
 

Ostatnio edytowane przez Arvelus : 08-07-2011 o 02:24.
Arvelus jest offline