Wyświetl Pojedyńczy Post
Stary 14-07-2011, 13:02   #1
Armiel
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 24798 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
Abandon All Hope: Krwawy Pakt - [horror 18+]



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=JCYhUMggFxM[/MEDIA]


Potężny statek bezszelestnie dryfował przez pustkę kosmosu. Tytaniczna konstrukcja, owoc najnowocześniejszej ludzkiej technologii, unosiła się lecąc w nikomu nie znanym kierunku. Przez niektóre fragmenty kadłuba przebiegały dziwaczne refleksy błyskawic. W innych ziały dziury, a na jeszcze innych krystalizowała się jakaś czerwonawa narośl, niczym wyprute żyły.
Gdyby ktoś zdołał podlecieć bliżej dostrzegłby wielki napis GEHENNA na burtach okrętu kosmicznego.

W chrześcijaństwie słowo to oznaczało miejsce potępienia. Piekło. Jakże trafne było to określenie. Jakże precyzyjnie opisywało to, co działo się we wnętrzu tego stalowego kolosa.

Urządzenia zamontowane na dziobie okrętu poruszyły się. Wielka tarcza, przypominająca antenę, wyraźnie zmieniła położenie, jak łeb węszącego drapieżnika.
Czy antena wyłapała jakieś sygnały i teraz próbowała wzmocnić sygnał? Czy też było to jedynie działanie przypadkowe? W każdym bądź razie w chwilę później gigantyczne silniki GEHENNY zalśniły błękitnym ogniem. Przez konstrukcję kolosa przeszło drżenie. Jedna ze szczelin na burcie powiększyła się i nad fragmentem kolosa pojawiła się para wodna. To dekompresji uległa jakaś do tej pory stabilna sekcja na pokładzie. nastąpiło to blisko jednego z rozdarć na korpusie, przypominającego do złudzenia ślady gigantycznych szponów.

GEHENNA płynnie zmieniła kurs. Silniki pracowały jeszcze przez chwilę, po czym zgasły. Statek dryfował dalej. Ku przeznaczeniu. Nowym kursem wyznaczonym przez sterującą nim SI.




Numer 4354677 - Gabor, nazywany przez współwięźniów „Wieszczem” zadrżał, kiedy poczuł wibrację pokładu. Wielu nie wiedziało, co ona oznacza. Lecz on WIEDZIAŁ. I to było jego przekleństwo.

Wstał ze swojej pryczy i spojrzał na obrazki przyklejone do ściany. Sam je namalował. Własnoręcznie. Bóstwa hinduskie o wielu rekach i niebieskiej skórze. Budda. Bóg chrześcijan na krzyżu. Pogańskie bóstwa. Demony. Wszystkie miały jedną cechę. Twarz. Jedno i to samo oblicze, które „Wieszcz” widział tylko w snach, nigdy wśród więźniów, którzy wyrwali się z cel i teraz próbowali jakoś przetrwać na tym śmietnisku, w które zmieniła się GEHENNA.

Gabor wyszedł z celi. Tuż za progiem dołączyli do niego jego „apostołowie”, jak ich nazywał Wieszcz. Ubrani w pancerze zrobione z elementów zniszczonych podczas buntu robotów STRAŻNIKA. Uzbrojeni w samorobną broń palną i do walki wręcz.

- Będę przemawiał – powiedział Wieszcz. – Teraz.

Twarze „Apostołów” ociekały potem, podobnie zresztą jak twarz Gabora. Coś popierdzieliło się w nastawniach i teraz SEKCJA 1284, w której się znajdowali była, niczym wnętrze cieplarni w agro-domach.

- Gdzie? – zapytał najstarszy, ale i najbardziej oddany z „Apostołów”.

- Z krzyża.

Ruszyli korytarzem.




* * *


Ostatni z gwoździ znalazł się w ciele, w ledwie zabliźnionych ranach. Apostołowie unieśli krzyż – wysoką na ponad trzy metry konstrukcję z drewna i metalu – i ustawili go pionowo. Tłumek, który zebrał się w dawnej stołówce sekcji 1284 zaszemrał, widząc Wieszcza przybitego do krzyża.

Guru skazańców przez chwilę milczał. Jego wychudzona, pokryta dziwacznymi skaryfikacjami pierś poruszała się spazmatycznie, kiedy kaznodzieja łapał oddech.

- Bestia ruszyła! – wykrzyknął ukrzyżowany męczennik nadspodziewanie potężnym głosem. – Czuliście, że silniki zaśpiewały swoją modlitwę, pierwszy raz od dłuższego czasu!

Pot kapał z czoła na pierś Wieszcza.

- Dopełnia się proroctwo! Zapowiedź zagłady! Musimy odnaleźć Wybawcę! Powstrzymać całkowite unicestwienie! Słuchajcie mych słów, a ocalejecie!

Ludzie zaszemrali nerwowo. Nikt nie widział, ani nie słyszał, zbliżającego się zagrożenia. Za chwilę miało się to jednak zmienić.





WSZYSCY

Ktokolwiek wpadł na szalony pomysł, by ponad dziewięć milionów degeneratów i potencjalnych morderców zamknąć na jednym gigantycznym okręcie kosmicznym sam powinien trafić w stworzone przez siebie piekło. Kto wie, może i trafił? Prawie dziesięć milionów socjopatów, psychopatów, gwałcicieli, zabójców, byłych żołnierzy i policjantów oraz pedofilii zamkniętych w ciemnych, zimnych klitkach – niczym wściekłe psy. To musiało się prosić o kłopoty. Musiało.

Jednak to, co się wydarzyło przeszło jakiekolwiek oczekiwania. Piekło przywitało prawie dziesięć milionów dusz. Połknęło je wszystkie, razem z kosmiczną konserwą, na której się znajdowały, a następnie wypluło w nieznane nikomu regiony wszechświata. Czyżby i Piekło uznało, że są zbyt ciężkostrawni? Czyżby demony stwierdziły, że więźniowie stworzą im za duża konkurencję?




Kristi J. Lenox i Raina L. Stars

Agrodomy. Serce Gildii Zero na Odzyskanych Sektorach, jak więźniowie nazywali opanowaną podczas buntu strefę Gehenny. Jakieś dwadzieścia procent całego statku. Niewiele, szczególnie że szesnaście największych gangów więziennych starannie wyznaczyło swoje strefy wpływów i strzegło ich, niczym oka w głowie.

Agrodomy były pod kontrolą Gildii Zero. Tylko ona miała wykwalifikowanych specjalistów potrafiących obsłużyć skomplikowane urządzenia na uprawach. A nawet najbardziej zdeprawowane gnojki z innych gangów wiedziały, że bez żarcia równie dobrze możecie sobie palnąć w łeb.

Numer 3662290 oraz numer 6378143 znane, jako Kristi i Raina pracowały blisko siebie przetwarzając za pomocą dostępnych środków chemicznych pozyskane rośliny w łatwo przyswajalną, wysoko odżywczą papkę, którą inni więźniowie nazywali malowniczo „rzygami’, „sraczką” lub "korytem", a która stanowiła podstawę diety na Gehennie.

Miały przymusową przerwę, więc siedziały gdzie się dało i ociekały potem. Temperatura w agrodomach oscylowała w granicach trzydziestu stopni.

Graf Zero pojawił się jak spod ziemi. Jak zawsze. Był w tym dobry. Wysoki, chudy, z twarzą mokrą od potu, w samym tylko podkoszulku i wygoloną na łyso głową. Jeden z szefów Gildii Zero. Ich bezpośredni zwierzchnik.

- Macie przerwę – powiedział swoim suchym, gruźliczym głosem od którego zawsze przechodziły was ciarki - Agregat biomasy nadal szwankuje. Zostawcie zaczyn w stanie rozkwitu i idźcie odpocząć do swoich pokoi. Poślę po was kogoś, jak będzie można wrócić do pracy.

Pokiwały głowami i ruszyły wykonać polecenie. Jedno już wiedziały o więzieniu. W gangu wykonywało się wszystkie polecenia bez szemrania.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 22-07-2011 o 20:44. Powód: dodanie treści posta
Armiel jest offline